Ciechanów

         Okrutna walka przeciągała się dłużej nad zwykłą miarę. Na krużgankach zaległa cisza śmiertelna. Słychać było tylko czasem dźwiękliwe, a czasem głuche uderzenie ostrzy i obuchów o tarcze. I księstwu, i rycerzom, i dwórkom nieobce były podobne widowiska, a jednakże jakieś uczucie podobne do przerażenia ścisnęło jakby kleszczami wszystkie serca. Rozumiano, że tu nie chodzi o wykazanie siły, sprawności, męstwa i że większa jest w tej walce zaciekłość, większa rozpacz, większa i bardziej nieubłagana zawziętość, głębsza zemsta. Z jednej strony: straszne krzywdy, miłość i żal bez dna, z drugiej: cześć całego Zakonu i głęboka nienawiść szły na tym pobojowisku na sąd Boży.
        Tymczasem pojaśniał nieco zimowy, blady ranek, przetarła się szara opona mgły i promień słońca rozświecił błękitny pancerz Krzyżaka i srebrnawą mediolańską zbroję Zbyszka. W kaplicy zadzwoniono tercję, a razem z odgłosem dzwonu całe stada kawek zerwały się z dachów zamkowych łopocąc skrzydłami i kracząc zgiełkliwie (...) Uderzenia toporów stawały się coraz gęstsze. Pot zalewał czoła obu walczących, a przez zwarte zęby dobywał im się z piersi chrapliwy oddech. Patrzący przestali zachowywać się spokojnie i co chwila teraz odzywały się wołania to męskie, to niewieście: "Bij! W niego!... Sąd Boży! Kara Boża! Bóg ci pomagaj!" Książę skinął kilka razy dłonią, by je uciszyć, ale nie mógł ich powstrzymać. Czyniło się coraz głośniej, gdyż dzieci poczęły tu i ówdzie płakać na krużgankach, a wreszcie przy samym boku księżny jakiś młody, łkający głos niewieści zawołał:
- Za Danuśkę, Zbyszku! Za Danuśkę!
        Zbyszko wiedział przecie, że idzie o Danusię. Był pewny, że ten Krzyżak przyłożył ręki do jej porwania, i walcząc z nim - walczył za jej krzywdy. Ale jako młody i chciwy bitew, w chwili walki myślał o samej walce. Nagle ów krzyk uprzytomnił mu jej stratę i jej niedolę. Miłość, żal i zemsta nalały mu ognia do żył. Serce zaskowyczało w nim z rozbudzonego bólu i chwycił go po prostu szał bojowy. Strasznych, podobnych do uderzeń burzy jego ciosów nie mógł już Krzyżak pochwycić ni im wydążyć. Zbyszko uderzył tarczą w jego tarczę z tak nadludzką siłą, że ramię Niemca zdrętwiało nagle i opadło bezwładnie. Ów zaś cofnął się w trwodze i przerażeniu i przechylił się w tył, a wtem w oczach mignął mu błysk topora i ostrze spadło mu jak piorun na prawy bark.
Do uszu widzów doszedł tylko rozdzierający krzyk: "Jezus!..." - po czym Rotgier odstąpił jeszcze krok i runął na wznak na ziemię.

        Henryk Sienkiewicz "Krzyżacy"


 
 

     Opisana powyżej scena miała miejsce na zamku w Ciechanowie, jednakże w czasach, gdy był on jeszcze drewniany. Murowaną warownię wzniósł książę Janusz ok. 1429 roku. Mury obwodowe miały kształt prostokąta. Od południa postawiono dwie cylindryczne wieże, a od północy budynek mieszkalny. Pomiędzy wieżami umiejscowiono pierwotnie wjazd do zamku. Twierdzę rozbudowywano jeszcze za życia księcia, a także później, gdy został nadany królowej Bonie. W czasie tych prac powiększano budynek mieszkalny, podwyższano wysokość murów i wież, zamurowano dotychczasową bramę i przebito nowy wjazd do zamku od zachodu.
    W czasach późniejszych zamek pozbawiony należytej opieki niszczał powoli. Dodatkowych zniszczeń przysporzyły wojska Szwedzkie. Jednakże ocalałe pomieszczenia były jeszcze użytkowane. Dopiero w czasie zaborów, na rozkaz władz pruskich rozebrano budynek mieszkalny na materiał budowlany.
    Dziś pozostały z zamku jedynie mury obwodowe i dwie cylindryczne wieże, w których działa małe muzeum.