Gdy przed kilkunastoma latami nomenklatura sowiecka zapoczątkowała osławioną "pierestrojkę" i przystąpiła do pokojowego odgórnego demontażu Związku Sowieckiego, Litwini należeli - prawie bez wyjątku - do najgorliwszych entuzjastów tych "demokratycznych" rzekomo przekształceń, ufając, że przyniosą one wolność, sprawiedliwość i dobrobyt ludziom, zamkniętym dotąd w tym "więzieniu narodów" i "imperium zła" jakim istotnie był ZSRR.
Prawie nikt wówczas nie zauważył, iż zachodzące ówcześnie przemiany mają manipulacyjny charakter, a bolszewicka nomenklatura pod ładnie brzmiącymi hasłami przejmuje w bandycki sposób majątek narodowy, rozdzielając go między sobą i tym samym umacnia swoje dotychczasowe uprzywilejowane położenie w kompletnie zdezorientowanych na skutek zmasowanej propagandy społeczeństwach postkomunistycznych.
Musiały minąć lata, by "ślepi" przejrzeli, a "głusi" usłyszeli i wreszcie zrozumieli, co się tak naprawdę wokół nich dzieje. W jednym z ostatnich numerów poczytnego dziennika Litewskiego "Lietuvos Ritas" czytamy: "W związku z przytłaczającym ludzi brzemieniem trudności ekonomicznych, psychologicznych i socjalnych liczba samobójców na Litwie za ostatnie dziesięciolecie się podwoiła. W 2001 r. w małej Republice odebrało sobie życie 1 553 osoby.
Samobójcy stanowią 3,8 proc. liczby wszystkich zmarłych. O ile w ostatnim "radzieckim" 1990 r. w przeliczeniu na 100 tys. mieszkańców dokonano 26,3 samobójstw, to w "jubileuszowym" 2001 - aż 43,9". Dodajemy, że w krajach "prosperujących" Unii Europejskiej ten wskaĽnik równa się 20 samobójstwom na 100 tys. mieszkańców. W latach 1990-2001 w Litwie odebrało sobie życie 13 477 zrozpaczonych mężczyzn oraz 2 989 kobiet.
Proporcjonalnie więcej jest biedy i rozpaczy (płynących z bezrobocia, braku jakichkolwiek perspektyw życiowych, braku środków do życia, kompletnej demoralizacji i zaniku pozytywnych więzi społecznych) na wsi niż w mieście, gdzie można przynajmniej od czasu do czasu coś zarobić lub ukraść.
Z reguły swoistą "uwerturą" do samobójstwa jest alkoholizm z rozpaczy. Co prawda w Polsce w tymże okresie złodziejskiej pseudodemokracji, ustanowionej przez byłych komunistycznych bonzów odebrało sobie życie z tychże przyczyn ponad 50 tys. ludzi, ale trzeba pamiętać, że na Litwie jest dwunastokrotnie mniej ludności niż w RP, gdzie rocznie odbiera sobie życie "tylko" około 6 tysięcy doprowadzonych do rozpaczy obywateli.
Jak twierdzą psycholodzy, przeciętnie uskutecznia się tylko dziesięć procent prób odebrania sobie życia, 90 proc. kończy się "niepowodzeniem". A więc jeśli rocznie ma miejsce 1 600 samobójstw, wynika z tego, iż tych prób jest w sumie w Litwie 16 000, a w Polsce 60 000! Dopiero te liczby obrazują straszliwą sytuację w obydwu sąsiadujących krajach. Dla porównania podajemy, iż w Estonii popełnia się rocznie 33 samobójstwa na 100 tysięcy mieszkańców, na Węgrzech - 32, w Rosji - 39.
Dotychczasowy lider Węgry zostały więc w tych smutnych statystykach zdystansowane przez nowe, posowieckie "narody samobójców" wyniszczane fizycznie i psychicznie przez przemalowaną na demokratycznie byłą nomenklaturę KGB i KPZR.
Prasa litewska często, aczkolwiek też bez żadnego skutku pozytywnego, podnosi zagadnienie masowej emigracji z Republiki młodych ludzi. Aidas Vabuolas np. w tygodniku "Klaipeda" twierdzi, przeprowadzając uderzające porównanie, że o ile w ciągu 50 lat sowieckiej dominacji z Litwy wyprawiono na przymusowe osiedlenie w głąb Rosji 150 tysięcy osób, to tylko w ciągu jednego dziesięciolecia nominalnej niepodległości liczący 3,5 mln. ludności kraj musiało opuścić i udać się za chlebem na obczyznę aż ponad 200 tysięcy osób w wieku produkcyjnym.
Jak pisze litewski publicysta, niebawem powstanie taka sytuacja, że na Litwie pozostaną sami tylko durnie i skończeni nieudacznicy. Na skutek zaś wysokiej umieralności i wymuszonej masowej emigracji ludność Republiki Litewskiej systematycznie się redukuje.
Litewscy dziennikarze zadają więc sobie pytanie, czy globalizacja dla krajów Europy Wschodniej została zaplanowana jako "afrykanizacja" i czy narody tego regionu powinny się biernie przyglądać własnej samozagładzie cywilizacyjnej i kulturowej.
A może jest najwyższy czas, by za pustymi frazesami o "prawach człowieka", "reformach", "prywatyzacji", "demokratyzacji" zobaczyć planową, cyniczną i systematyczną politykę imperialno-destrukcyjną jakichś potężnych i nie znających skrupułów sił politycznych? Czas się obudzić, iluzje w polityce bowiem prowadzą do zbiorowego samobójstwa, a w każdym razie są równoznaczne ze zdradą stanu.