[Scena: Central Perk. Rachel rozmawia z szefem - Terry'm (Max Wright).]
RACHEL: Terry, wiem, wiem, że nie pracuję tu zbyt długo, ale tak się zastanawiam, myślisz, że było by to możliwe, gdybym dostała 100 dolców zadatku ???
TERRY: Zadatku ???
RACHEL: Żebym mogła spędzić święto dziękczynienia z rodziną. Widzisz, co roku jeździmy na narty do Vail, normalnie ojciec płaci za mój bilet, ale teraz zaczęłam być niezależna, no wiesz, właśnie dlatego wzięłam tą pracę.
TERRY: Rachel, Rachel, kochanie. Jesteś okropną, okropną kelnerką. Poważnie, naprawdę do niczego.
RACHEL: Ok, słyszę co masz na myśli. Popieram cię. Um, ale naprawdę bardzo się staram. I myślę, że coraz lepiej mi idzie. Poważnie. Czy ktoś chce kawy ??? [wszyscy na kanapie podnoszą rękę] Oh, patrz na to.
RACHEL: Przepraszam. Cześć, często tu przychodzisz. Tak się zastanawiam, myślisz, że mógłbyś mi dać taki zadatek napiwku ???
KLIENT: Huh ???
RACHEL: Ok, ok, nie szkodzi. Świetnie. Hey, przykro mi że to wtedy rozlałam. [bierze napiwek, który on zostawił] Jeszcze tylko 98.50.
[Monica wchodzi.]
MONICA: Hey. Ross, wiedziałeś, że mama i tata jadą do Puerto Rico na dziękczynienie ???
ROSS: Nie, nie jadą.
MONICA: Tak, jadą. Blymen'owie ich zaprosili.
ROSS: Mylisz się.
MONICA: Nie mylę się.
ROSS: Ależ tak.
MONICA: Nie, właśnie z nimi rozmawiałam.
ROSS: [wstaje przygnębiony] Dzwonię do mamy.
[Joey wchodzi. Jest wyraźnie radosny i ma kolorową twarz.]
JOEY: Hey, hey.
CHANDLER: Hey.
PHOEBE: Hey.
CHANDLER: To ma być coś z wydziału płacz po pomoc. Czy ty masz makijaż ???
JOEY: Tak, mam. Od dzisiaj jestem oficjalnie Joey Tribbiani - aktor i model.
CHANDLER: To zabawne bo myślałem, że wyglądasz bardziej jak Joey Tribbiani, mężczyzna i kobieta.
PHOEBE: Do czego pozujesz ???
JOEY: Znacie te plakaty z darmowej kliniki ???
MONICA: Oh, wow, będziesz jednym z tych "zdrowych, zdrowych, zdrowych facetów" ???
PHOEBE: Wiecie, tez facet z astmą był naprawdę cudny.
CHANDLER: A wiesz chociaż kim ty będziesz ???
JOEY: Nie, ale słyszałem, że nadkwasota jest wolna, więc... [krzyżuje palce]
CHANDLER: Powodzenia stary. Mam nadzieję, że to dostaniesz.
JOEY: Dzięki.
[Ross wraca do kanapy.]
ROSS: [do Moniki] Miałaś rację. Jak oni mogli nam to zrobić, huh ??? To dziękczynienie.
MONICA: Ok, powiem ci coś. Może ja przygotuję kolację u siebie ??? Zrobię tak jak u mamy.
ROSS: Przygotujesz tłuczone ziemniaki z grudkami ???
MONICA: Wiem, one naprawdę nie powinny... [Ross patrzy na nią zmieszany] Zrobię grudki. Joey, ty jedziesz do domu, nie ???
JOEY: Tak.
MONICA: To wnioskuję, Chandler, ty cały czas bojkotujesz wszystkie święta.
CHANDLER: Tak, bez wyjątku.
MONICA: Phoebe, ty będziesz z babcią ???
PHOEBE: Tak, i jej chłopakiem. Ale my dziękczynienie obchodzimy w grudniu, bo on jest wyznawcą Księżyca.
MONICA: Więc jesteś wolna we wtorek.
PHOEBE: Tak. Oh, mogę przyjść ???
MONICA: Tak. Rach, myślisz, że uda ci się z tym Vail ???
RACHEL: Oczywiście. Shoop, shoop, shoop. Jeszcze tylko 102 dolary.
CHANDLER: Myślałem, że 98.50.
RACHEL: Tak było. Ale zbiłam filiżankę.
ROSS: Ja idę do Carol.
PHOEBE: Ooh, ooh! Może i ją zaprosimy ???
ROSS: [naśladuje ją] Ooh, ooh. Jest moją byłą żoną, pewnie chciała by przyprowadzić, ooh, ooh, swoją lesbijską partnerkę.
[Scena: Mieszkanie Carol i Susan. Susan tam jest. Ross wchodzi.]
ROSS: Cześć, jest Carol ???
SUSAN: Nie, jest na zebraniu.
ROSS: Oh, wpadłem tylko żeby zabrać moją czaszkę. No nie moją, ale...
SUSAN: Wejdź.
ROSS: Dzięki. Tak, Carol pożyczyła ją ode mnie na zajęcia, teraz muszę ją zanieść z powrotem do muzeum.
SUSAN: A jak wygląda ???
ROSS: Tak jak twarz bez skóry.
SUSAN: Tak, coś już słyszałam. Poszukamy jej.
ROSS: Ok. [zaczyna przeglądać mieszkanie] Wow, macie sporo książek o lesbijkach.
SUSAN: No wiesz, trzeba skończyć kurs. W innym przypadku nie dadzą pozwolenia.
ROSS: [bierze książkę] Hey, hey, "Yertle the Turtle". Klasyka.
SUSAN: To właściwie czytam dziecku.
ROSS: Temu dziecku, które jeszcze się nie urodziło ??? Czy to nie znaczy czasem, że jesteś... szalona ???
SUSAN: Co, myślisz, że one tam nie słyszą dźwięków ???
ROSS: Nie mówisz poważnie, znaczy się... naprawdę do tego mówisz ???
SUSAN: Tak, cały czas. Chcę, żeby dziecko znało mój głos.
ROSS: A mówisz coś o mnie ???
SUSAN: Tak, tak, cały czas.
ROSS: Poważnie ???
SUSAN: Ale um, ale występujesz pod pseudonimem Bobo - gość od spermy.
[Scena: Mieszkanie Moniki i Rachel. Wszyscy oprócz Rachel tam są.]
ROSS: Skoro ona do tego mówi, to myślę, że ja też powinienem zarezerwować sobie coś czasu dla brzucha. Nie to, że w to wierzę.
PHOEBE: Oh, ja wierzę. Myślę, że dziecko wszystko słyszy. Pokażę ci. To będzie trochę dziwne, ale włóż swoją głowę do tego indyka, a my będziemy rozmawiać, a ty będziesz słyszał wszystko co powiemy.
CHANDLER: chciałem tylko powiedzieć, że nie biorę udziału w tym eksperymencie. Ale włściwie bardzo bym chciał nasmarować ci łeb masłem.
[Rachel wchodzi.]
MONICA: Hey, Rach, zdobyłaś pieniądze ???
RACHEL: Nie, nic. Zapomnijcie o Vail, zapomnijcie, że zobaczę się z rodziną, nie będzie shoop, shoop, shoop.
MONICA: Rach, masz pocztę.
RACHEL: Dzięki, połóż na stole.
MONICA: [stanowczo] Nie, masz tu pocztę.
RACHEL: Dzięki, połóż ją na stole.
MONICA: [daje jej kopertę] Mogła byś to po prostu otworzyć ???
[Rachel otwiera. W środku są pieniądze, których ona potrzebuje.]
RACHEL: O mój Boże, oh, jesteście wspaniali.
MONICA: Zrzuciliśmy się wszyscy.
JOEY: [do Moniki] Tak ???
MONICA: [do Joey'a] Wisisz mi 20 dolców.
RACHEL: Dziękuję. Bardzo dziękuję!
MONICA: [podaje Chandler'owi jakąś torbę] Chandler, masz, kupiłam ci tradycyjne dziękczynne gotowe żarcie, masz zupę pomidorową, chipsy serowe i worek specjałów.
RACHEL: Czekaj, zaraz, Chandler, to będziesz jadł na kolacji dziękczynnej ??? Co, co, co jest z tobą i z twoimi świętami ???
CHANDLER: Dobra, mam 9 jat.
ROSS: Oh, nienawidzę tej historii.
CHANDLER: Skończyliśmy właśnie cudowną kolację dziękczynną. Ja...tą część pamiętam dokładnie...miałem wypełnione usta ciastem z dyni, a w tym momencie rodzice postanowili powiedzieć mi, że się rozwodzą.
RACHEL: O mój Boże.
CHANDLER: Tak. Trudno jest teraz cieszyć się dziękczynieniem jak ma się takie wspomnienia.
[Scena: Metro. Joey spostrzega piękną kobietę jak czeka na metro. Podchodzi do niej.]
JOEY: Uh, cześć. Kiedyś razem pracowaliśmy.
KOBIETA: Tak ???
JOEY: Tak, u Macy'ego. ty byłaś tą dziewczyną z obsesją ??? A ja byłem Aramis'em. [udaje, że pryska wodą kolońską] Aramis ??? Aramis ???
KOBIETA: Tak, jasne.
JOEY: Muszę ci powiedzieć. Byłaś najlepsza.
KOBIETA: Nie gadaj.
JOEY: Poważnie, byłaś niesamowita. Wiesz kiedy pryskać, a kiedy się położyć.
KOBIETA: Tak ??? Nie wiesz co to dla mnie znaczy.
JOEY: Ooh, pięknie pachniesz. Co masz na sobie ???
KOBIETA: [prowokująco] Nic.
JOEY: Słuchaj, uh, chcesz się napić drink, albo coś ???
KOBIETA: Tak. [wstaje i zauważa coś za Joey'm] Oh.
JOEY: Co się stało ???
KOBIETA: Przypomniałam sobie właśnie, że mam coś zrobić.
JOEY: Oh. Co ???
KOBIETA: Um, iść sobie.
JOEY: Czekaj, czekaj, czekaj!
[Joey odwraca się i widzi swoją twarz na plakacie. Jest tam napisane: Czego Mario ci nie mówi...choroby weneryczne, nigdy nie wiesz kto to ma. Pojawia się wiele zdjęć, pokazujących umieszczenie plakatu po całym Nowym Jorku.]
[Scena: Central Perk. Joey wchodzi, wszyscy się śmieją.]
JOEY: Więc pewnie wszyscy widzieliście.
RACHEL: Co ???
PHOEBE: Nie, tak się śmialiśmy. No wiesz jak śmiech potrafi być zaraźliwy.
[Scena: Mieszkanie Moniki i Rachel. Joey wchodzi przybity.]
JOEY: Ustawcie kolejne miejsce na dziękczynienie. Moja cała rodzina myśli, że mam chorobę weneryczną.
CHANDLER: Dzisiaj, w taki dzień.
[Scena: Mieszkanie Moniki i Rachel. Monica przygotowuje kolację. Chandler stoi w drzwiach, nie chcąc uczestniczyć w obejściach święta.]MONICA: Mmm, wygląda dobrze. Ok, cydr musuje, indyk się indyczy, ziemniaki się pieką. [zauważa, że Ross jest smutny] Co ???
ROSS: Nie wiem. Nie całkiem jest jak u mamy w kuchni.
MONICA: Dobra, dość tego. Wiesz co ??? Zejdź mi z drogi i przestań narzekać.
ROSS: Teraz już lepiej.
[Rachel wchodzi, podniecona.]
RACHEL: Kupiłam bilety! Mam bilety! Za 5 godzin, shoop, shoop, shoop.
CHANDLER: Oh, musisz przestać tak shoop'ać.
RACHEL: Ok, spakuję się.
JOEY: Chandler, mógłbyś wreszcie wejść ???
CHANDLER: Nie, wolę utrzymać bezpieczny dystans od tej wesołości.
[Phoebe bierze kawałek ciasta z dyni i macha przed twarzą Chandler'a.]
PHOEBE: Uwaga, ciasto z dyni się zbliża!
CHANDLER: Ok, wszyscy się śmialiśmy jak to robiłaś z nadziewaniem, ale to już nie jest śmieszne.
[Chandler wychodzi.]
JOEY: Hey, Monica, mam pytanie. Nie wiedzę kostek.
MONICA: To nie pytanie.
JOEY: Ale mama zawsze je robiła. To tradycja. Bierzesz kawałek indyka na widelec, trochę sosu z żurawin i kostkę! Już i tak jest źle bo jestem chory i nie mogę być z rodziną.
MONICA: Dobrze, świetnie. Ziemniaki będą potłuczone z grudkami i uformowane w kostki.
ROSS: Ok, idę pogadać z moim nienarodzonym dzieckiem.
[Ross sięga po coś jedzenia, Monica wali go po łapach.]
MONICA: Ah!
ROSS: Ok, mama nigdy nie biła.
[Ross wychodzi.]
PHOEBE: [tłucze ziemniaki] Ok, gotowe.
MONICA: Co, Phoebe, potłukłaś ziemniaki ??? Ross chciał grudki!
PHOEBE: Oh, przepraszam, oh, myślałam, że wystarczyło dodać groch i cebulę.
MONICA: Po co mieli byśmy to robić ???
PHOEBE: No bo tak robiła moja mama, no wiesz, zanim umarła.
MONICA: Ok, 3 rodzaje ziemniaków.
RACHEL: Ok, dobrze wam. Dzięki za wszystko. [zaczyna wychodzić, uderzając każdego swoimi nartami] Oh, przepraszam! Oh, przepraszam!
[Chandler wpada do mieszkania.]
CHANDLER: Stało się coś niesamowitego. Wielki pies właśnie się urwał.
JOEY: Balon ???
CHANDLER: Nie, nie, ta postać z bajki. Jasne, że balon. Jest w wiadomościach. Zaraz przed tym jak dotarł do Macy'ego, urwał się i widziano go jak leciał nad parkiem Washingtona. Idę na dach, kto ze mną ???
RACHEL: Ja nie mogę, muszę iść.
CHANDLER: Daj spokój. Taki wielki pompowany pies lata nad miastem. Jak często to się zdarza ???
PHOEBE: Prawie nigdy.
MONICA: Masz klucze ??? Czy Masz klucze!
RACHEL: Ok.
[Wszyscy wychodzą.]
[Scena: Mieszkanie Carol. Ross przygotowuje się, żeby gadać do brzucha.]
CAROL: Jak tylko będziesz gotowy.
ROSS: Ok, ok, już. [kuca obok niej] Ok, w co mam mówić, tu ??? Znaczy się, żeby była korzystna akustyka, ale...
CAROL: Celuj w brzuch.
ROSS: Ok, ok, ok, ok, już. Wiesz co, nie mogę tego zrobić. Uh, to zbyt dziwne. Głupi się czuję.
CAROL: Więc tego nie rób, w porządku. Nie musisz tego robić, bo Susan to robi.
ROSS: [szybko zaczyna mówić] Hey, mały. Cześć.
[Scena: Przed mieszkaniem Moniki i Rachel. Wszyscy wracają z dachu.]
RACHEL: Podobał mi się ten moment jak ten wielki cień pojawił się nad parkiem.
PHOEBE: Tak, ale czy musieli go zestrzelić ??? Znaczy się, to było po prostu podłe.
MONICA: Ok, indyk powinien być już teraz kruchy na zewnątrz i soczysty wewnątrz. Czemu tu stoimy ???
RACHEL: Czekamy aż otworzysz drzwi. Ty masz klucze.
MONICA: Nie, nie mam.
RACHEL: Tak, masz. Jak wychodziliśmy powiedziałaś: "mam klucze".
MONICA: Nie. Zapytałam "czy masz klucze ???"
RACHEL: Nie, nie, nie, powiedziałaś: "mam klucze".
CHANDLER: Czy któraś z was ma klucze ???
MONICA: [spanikowana] Kuchenka jest włączona.
RACHEL: Oh, muszę zabrać bilet!
JOEY: Zaraz, zaraz, zaraz, mamy zapasowy klucz.
MONICA: No to idź po niego, idź!
JOEY: Tym tonem niczego nie przyspieszysz.
MONICA: [zła] Joey!
JOEY: Tym tak.
[Joey idzie do siebie po zapasowy klucz.]
[Scena: Mieszkanie Carol. Carol czyta coś, Ross mówi do brzucha.]
ROSS: Wszyscy mi mówili, musisz wybrać specjalność, wybierz specjalność. Więc, wybrałem paleontologię. Nie masz pojęcia o czym mówię, bo...spójrzmy na to, jesteś płodem. Ciesz się lepiej że nie masz skrzeli.
CAROL: Słuchaj, nie musisz już do niego mówić. Możesz zaśpiewać jak chcesz.
ROSS: Oh, proszę. Mam śpiewać do twojego brzucha, ok ???
[Susan wchodzi.]
SUSAN: Cześć, jak leci ???
ROSS: Shh! [śpiewa] Here we come, walkin' down the street, get the funniest looks from, everyone we meet. Hey, hey! [do Carol] Hey, uh, poczułaś to ???
CAROL: Tak.
ROSS: Tak zawsze, uh... ???
CAROL: Nie, to był pierwszy raz.
SUSAN: Śpiewaj dalej! Śpiewaj!
ROSS: Hey, hey, jesteś moim dzieckiem i nie mogę się doczekać, żeby cię zobaczyć. Jak ty...
jak wyjdziesz kupie ci bagietkę, pójdziemy do zoo.
SUSAN: Poczułam!
ROSS: Hey, hey, jestem twoim tatusiem. To ja jestem bez piersi.
[Scena: Na zewnątrz mieszkania Moniki i Rachel. Joey ma na talerzyku pełno kluczy i każdy próbuje.]
JOEY: Nie, nie ten.
MONICA: Możesz się pośpieszyć ???
JOEY: Hey, mam tylko jedną dziurkę od klucza i z trylion kluczy. Policz sobie.
MONICA: A po co wam aż tyle kluczy ???
CHANDLER: [sarkastycznie] NA wypadek taki jak ten.
RACHEL: [łapie Chandlera za koszulę] Dobra, słuchaj panie uśmieszku. Gdyby nie ty i ten głupi balon, siedziała bym teraz w samolocie i patrzyłam na kobiety, które robią tak [naśladuje ruchy stewardessy]. Ale nie jestem.
MONICA: Przysięgam, że powiedziałaś, że miałaś klucze.
RACHEL: Nie, nie. Nie mówiła bym tak, chyba, żebym miała klucze, więc widocznie nie miałam.
PHOEBE: Ooh, ok, dość. Koniec z tymi kluczami. Nikt nie mówi o kluczach.
[Krótka cisza.]
MONICA: Czemu ja miała bym mieć klucze ???
RACHEL: Pomijając fakt, że mówiłaś, że je masz ???
MONICA: Ale nie miałam.
RACHEL: A powinnaś mieć.
MONICA: Czemu ???
RACHEL: Bo tak!
MONICA: Co ???
RACHEL: Bo tak!
MONICA: Czemu ??? Bo mam dbać o wszystko ??? Nie dość, że przygotowuję świąteczną kolację dla wszystkich??? Każdy chce innych ziemniaków, więc je robię. A czy ktoś dba o to jakich ja chcę ziemniaków ??? Nieeeeeee, nie, nie! [zaczyna płakać] Phoebe ma mieć z grochem i cebulą, Mario swoje kostki, a to moje pierwsze dziękczynienie, wszystko się spaliło, i, i ja... Ja...
CHANDLER: Ok, Monica, teraz tylko psy cię słyszą, drzwi otwarte. Idziemy.
[Wchodzą, w mieszkaniu jest pełno dymu.]
MONICA: Indyk się spalił. [sprawdza garnki] Ziemniaki spalone, wszystko zniszczone.
[Ross wchodzi, śpiewa.]
ROSS: Here we come, walkin' down the...tu nie pachnie jak u mamy.
MONICA: Nie, nie, nie, no nie ??? Ale chciałeś grudki, Ross ??? [bierze garnek ze spalonymi ziemniakami] No to proszę, wszystko mamy.
RACHEL: Oh, Boże, to świetnie! Koniec moich planów, wygląda na to, że jestem tu z wami do końca.
JOEY: Hey, wszyscy mieliśmy lepsze plany. Nikt tego nie wybierał.
MONICA: Oh, tak ??? To po co na mnie tak najeżdżaliście, żebym robiła tą wspaniałą, świąteczną kolację ???
JOEY: Nazywasz to wspaniałą ???
(wszyscy krzyczą)
MONICA: Przestać, przestać, przestać!
CHANDLER: Teraz to prawdziwe święta.
[Przerwa. Każdy siedzi smutny. Phoebe jest przy oknie.]
PHOEBE: Ooh.
RACHEL: Co ???
PHOEBE: Obleśny golas wyjmuje indyka z kuchenki. O mój Boże. Nie jest sam. Obleśny golas spędza święta z obleśną naguską.
[Wszyscy biegną do okna.]
JOEY: Muszę to zobaczyć. Dobra ty obleśny golasie!
MONICA: Ooh, obleśne golasy tańczą!
PHOEBE: To miło, że kogoś ma.
[Przerwa. Wszyscy siedzą przy stole, jedzą kanapki z serem zdjęte z grilla.]
CHANDLER: Mam pokroić ???
RACHEL: Jak najbardziej.
CHANDLER: Ok, kto chce jasny ser, a kto ciemny ???
ROSS: Nie chcę nawet myśleć o ciemnym.
MONICA: [trzyma kanapkę] Ktoś się chce podzielić ???
JOEY: Oh, ja.
PHOEBE: Ooh, musicie pomyśleć życzenie.
MONICA: Życzenie ???
PHOEBE: Dajcie spokój, to dziękczynienie. Ooh, masz większą połowę. Czego sobie życzysz ???
JOEY: Większej połowy.
CHANDLER: Chcę wznieść toast. Mały toast, ding ding. Wiem, że to nie jest takie dziękczynienie, które sobie wszyscy zaplanowaliście, ale dla mnie, to jest naprawdę świetnie, wiecie, bo nie ma tu żadnych rozwodów ani wymiotów. Tak sobie myślę, że jakbyście pojechali do Vail, byli z rodziną, jakbyście nie mieli syfa, nie byli byśmy tu teraz razem, nie ??? Więc jak idzie o mnie to jestem wdzięczny za to, że wasze święta się nie udały.
Wszyscy: To takie słodkie.
ROSS: I hey, za zepsutą Gwiazdkę.
RACHEL: I schrzaniony Nowy Rok.
CHANDLER: Dobrze!