Ksiazka jest refleksja o posludze biskupiej opartej na wydarzeniach, jakie mialy miejsce w zyciu biskupa Karola Wojtyly, poczawszy od 1958 r. Nie brak w niej takze odniesien do czasów po 1978 roku, w których Ojciec Swiety nawiazuje do swojej poslugi apostolskiej. Niepowtarzalna atmosfera papieskich opowiadan sprawia, ze ksiazka staje sie bliska dla wszystkich.

POKÓJ JEGO DUSZY.


wydawnictwo: sw. STANISLAWA BM, Maj 2004


Wstep

Kiedy ukazala sie ksiazka Dar i Tajemnica, zawierajaca wspomnienia i refleksje zwiazane z poczatkami mojego kaplanstwa, dotarlo do mnie wiele glosów, szczególnie od ludzi mlodych, o jej serdecznym odbiorze. Jak slysze, dla wielu z nich to bardziej osobiste dopowiedzenie do Adhortacji Pastores dabo vobis stalo sie cenna pomoca we wlasciwym rozeznaniu wlasnego powolania. Ciesze sie z tego bardzo. Oby Chrystus nadal poslugiwal sie tamtymi rozwazaniami, by wielu mlodych uslyszalo Jego zaproszenie: „Pójdzcie za Mna, a sprawie, ze sie staniecie rybakami ludzi" (Mk 1, 17).

Proszono mnie, bym takze z okazji czterdziestej piatej rocznicy mojej sakry biskupiej i srebrnego jubileuszu poslugi na Stolicy Piotrowej napisal ciag dalszy tamtych wspomnien, rozpoczynajac od 1958 roku, w którym zostalem biskupem. Uznalem, ze trzeba przyjac to zaproszenie, podobnie jak mysl o tamtej pierwszej ksiazce. Dodatkowym motywem do zebrania i uporzadkowania tych wspomnien i refleksji byl proces powstawania dokumentu poswieconego posludze biskupiej: Adhortacji Pastores gregis, w której przedstawilem synteze mysli, jakie zrodzily sie podczas X Zwyczajnego Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów, które mialo miejsce podczas Wielkiego Jubileuszu Roku 2000. Gdy przysluchiwalem sie ich wypowiedziom w auli, a potem siegalem do tekstu propozycji, które mi przedstawili, budzilo sie we mnie wiele wspomnien zwiazanych zarówno z latami, w których dane mi bylo sluzyc Kosciolowi w Krakowie, jak i z nowymi doswiadczeniami, jakie przezywalem w Rzymie jako nastepca Piotra. Podjalem próbe zapisania tych mysli, pragnac podzielic sie z innymi swiadectwem o milosci Chrystusa, który przez wieki powoluje kolejnych nastepców Apostolów i za pomoca kruchych naczyn wlewa laske w serca braci. Temu wspominaniu nieustannie towarzyszyly slowa sw. Pawla skierowane do mlodego biskupa Tymoteusza: „On nas wybawil i wezwal swietym powolaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do wlasnego postanowienia i laski, która nam dana zostala w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami" (2 Tm 1,9). Zapis ten ofiarowuje Braciom w biskupstwie i calemu Ludowi Bozemu. Niech posluzy wszystkim, którzy pragna poznac wielkosc poslugi biskupiej, trud z nia zwiazany, ale takze radosc, jaka codziennie towarzyszy jej wypelnianiu. Zapraszam wszystkich do wznoszenia ze mna Te Deum uwielbienia i dziekczynienia. Ze spojrzeniem utkwionym w Chrystusie, umocnieni nadzieja, która zawiesc nie moze, kroczmy razem drogami nowego tysiaclecia: „Wstancie, chodzmy!" (por. Mk 14, 42).


Czesc I

Powolanie

„Nie wyscie Mnie wybrali, aleja was wybralem" (J 15, 16)

Zródlo powolania

Szukam zródla mego powolania. Ono pulsuje tam... w jerozolimskim Wieczerniku. Dzieki skladam Panu, ze podczas Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 dane mi bylo modlic sie wlasnie tam, w górnej izbie (por. Mk 14, 15), w której odbyla sie Ostatnia Wieczerza. Mysla przenosze sie do owego pamietnego Czwartku, gdy Chrystus, umilowawszy swoich az do konca (por. J 13, 1), ustanowil Apostolów kaplanami Nowego Przymierza. Widze Go schylajacego sie przed kazdym z nas, nastepców Apostolów, by obmywac nam nogi. Slysze, jakby mówil do mnie, do nas te slowa: „Czy rozumiecie, co wam uczynilem? Wy Mnie nazywacie «Nauczycielem» i «Panem» i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jezeli wiec Ja, Pan i Nauczyciel, umylem wam nogi, to i wy powinniscie sobie nawzajem umywac nogi. Dalem wam bowiem przyklad, abyscie i wy tak czynili, jak Ja wam uczynilem" (J 13, 12-15).

Razem z Piotrem, Andrzejem, Jakubem, Janem... sluchamy dalej: „Jak Mnie umilowal Ojciec, tak i Ja was umilowalem. Trwajcie w milosci mojej! Jesli bedziecie zachowywac moje przykazania, bedziecie trwac w milosci mojej, tak jak Ja zachowalem przykazania Ojca mego i trwam w Jego milosci. To wam powiedzialem, aby radosc moja w was byla i aby radosc wasza byla pelna. To jest moje przykazanie, abyscie sie wzajemnie milowali, tak jak Ja was umilowalem. Nikt nie ma wiekszej milosci od tej, gdy ktos zycie swoje oddaje za przyjaciól swoich. Wy jestescie przyjaciólmi moimi, jezeli czynicie to, co wam przykazuje" (J 15, 9-14).

Czyz w tych slowach nie jest zawarte mystenum caritatis naszego powolania? Te Chrystusowe slowa, wypowiedziane w godzinie, na która przyszedl (por. J 12, 27), sa korzeniem kazdego powolania w Kosciele. Z tych slów wyplywaja ozywcze soki, które daja poczatek kazdemu powolaniu: Apostolów i ich nastepców, podobnie jak powolaniu kazdego czlowieka, bo Syn pragnie byc „przyjacielem" kazdego: za wszystkich bowiem oddal swoje zycie. To, co najwazniejsze, najcenniejsze i najswietsze, spotyka sie w tych slowach: milosc Ojca i milosc Chrystusa do nas, Jego i nasza radosc, jak tez nasza przyjazn i wiernosc, która wyraza sie w wypelnieniu przykazan. W tych slowach zawiera sie takze cel i sens naszego powolania: abysmy szli i owoc przynosili, i aby owoc nasz trwal... (por. J 15, 16).

Ostatecznie milosc jest spoiwem wszystkiego: w sposób substancjalny jednoczy Osoby Boskie i jednoczy takze, choc na inny sposób, ludzkie osoby i ich róznorodne powolania. Powierzylismy nasze zycie Chrystusowi, który pierwszy nas umilowal i jako dobry Pasterz poswiecil swoje zycie dla nas. Apostolowie Chrystusa uslyszeli te slowa i odniesli je do siebie jako osobiste wezwanie. Podobnie i my, ich nastepcy, pasterze Kosciola Chrystusowego, nie mozemy nie odczuwac potrzeby zaangazowania, bysmy jako pierwsi odpowiadali na te milosc, w wiernosci, w wypelnianiu przykazan i w codziennym oddawaniu zycia dla przyjaciól naszego Pana.

„Dobry pasterz daje zycie swoje za owce" (J 10, 11). W homilii, która wyglosilem na Placu sw. Piotra 16 pazdziernika 2003 roku z okazji 25-lecia pontyfikatu, powiedzialem: „Apostolowie, slyszac te slowa Chrystusa, nie wiedzieli, ze mówil o sobie. Nie wiedzial nawet Jan, Jego umilowany uczen. Zrozumial to dopiero na Kalwarii, u stóp krzyza, widzac, jak w milczeniu oddaje zycie «za swoje owce». A gdy nadszedl dla niego oraz dla innych Apostolów czas, by podjeli te misje, przypomnieli sobie Jego slowa. Zdawali sobie sprawe, ze zadanie, które im powierzyl, beda mogli wypelnic tylko dlatego, ze On sam - jak zapewnil - bedzie w nich dzialal".

„Nie wyscie Mnie wybrali, ale Ja was wybralem i przeznaczylem was na to, abyscie szli i owoc przynosili, i by wasz owoc trwal" (J 15, 16). Nie wy, lecz Ja! - mówi Chrystus. Oto fundament skutecznosci pasterskiej misji biskupa.

Wezwanie

Jest rok 1958. Jestem w pociagu jadacym w strone Olsztyna z grupa kajakowa. Zaczynamy program wakacyjny, który sie przyjal od 1953 roku: czesc wakacji spedzalismy w górach, najczesciej w Bieszczadach, a czesc na jeziorach mazurskich. Naszym celem byla rzeka Lyna. Dlatego wlasnie - bylo to w lipcu -jestesmy w pociagu jadacym do Olsztyna. Mówie do tak zwanego „admirala" - o ile pamietam, byl nim wówczas Zdzislaw Hey-del: „Zdzisiu, bede musial wylaczyc sie z kajaków, bo otrzymalem wezwanie od Ksiedza Prymasa (od smierci kardynala Augusta Hlonda w roku 1948 byl nim kardynal Stefan Wyszynski) i musze sie do niego zglosic".

Na to „admiral": „Zrobi sie".

Tak tez, kiedy nadszedl wyznaczony dzien, odbilismy od grupy, aby dotrzec do najblizszej stacji kolejowej — do Olsztynka.

Wiedzac o koniecznosci stawienia sie u Ksiedza Prymasa w czasie splywu na Lynie, przezornie zostawilem w Warszawie u znajomych odswietna sutanne. Trudno bylo isc do Prymasa w tej, której uzywalem w czasie wypraw kajakowych (na wycieczki zawsze wozilem ze soba sutanne i komplet ornatów, by odprawiac Msze sw).

Tak wiec naprzód ruszylismy kajakiem po falach rzeki, a potem ciezarówka, która wiozla wory z maka, i tak dotarlem do Olsztynka. Pociag do Warszawy odchodzil pózno w nocy. Zabralem wiec ze soba spiwór, myslac, ze w oczekiwaniu na pociag troche sie zdrzemne i poprosze kogos, zeby mnie obudzil. Nie bylo jednak takiej potrzeby, bo wcale nie zasnalem.

W Warszawie zglosilem sie na ulice Miodowa na oznaczona godzine. Na miejscu stwierdzilem, ze razem ze mna byli wezwani trzej inni ksieza: Slazak, ks. Wilhelm Pluta, proboszcz z Bochni w diecezji tarnowskiej ks. Michal Blecharczyk i ks. Józef Drzazga z Lublina. Z poczatku nie zwrócilem uwagi na ten zbieg okolicznosci. Pózniej zrozumialem, ze oni zostali wezwani w tym samym celu, co ja.

Kiedy wszedlem do gabinetu Ks. Prymasa, uslyszalem od niego, ze Ojciec Swiety mianowal mnie biskupem pomocniczym arcybiskupa Krakowa. W lutym w tym samym roku (1958) zmarl ks. biskup Stanislaw Rospond, który przez wiele lat byl biskupem pomocniczym w Krakowie w czasie ordynariatu ksiecia metropolity kardynala Adama Stefana Sapiehy.

Slyszac slowa Ks. Prymasa zwiastujace mi decyzje Stolicy Apostolskiej, powiedzialem: „Eminencjo, ja jestem za mlody, mam dopiero 38 lat".

Ale Prymas na to: „To jest taka slabosc, z której sie szybko leczymy. Prosze sie nie sprzeciwiac woli Ojca Swietego".

Wiec powiedzialem jedno slowo: „Przyjmuje". „No, to pójdziemy na obiad", zakonczyl Prymas.

Zaprosil nas wszystkich czterech na obiad. Wówczas dowiedzialem sie, ze ks. Wilhelm Pluta byl mianowany biskupem z przeznaczeniem do Gorzowa Wielkopolskiego. Byla to wówczas najwieksza w Polsce administracja apostolska. Obejmowala Szczecin i Kolobrzeg, czyli jedna z najstarszych polskich diecezji, gdyz Kolobrzeg byl erygowany w roku 1000, równoczesnie z ustanowieniem metropolii gnieznienskiej, w sklad której wchodzily biskupstwa: Kolobrzeg, Kraków i Wroclaw. Ksiadz Józef Drzazga zostal mianowany biskupem pomocniczym w Lublinie (w pózniejszych latach przeszedl do Olsztyna), a ksiadz Michal Blecharczyk biskupem pomocniczym w Tarnowie.

Po zakonczeniu tej tak waznej w moim zyciu audiencji zrozumialem, ze nie moge w tej chwili wracac do przyjaciól na kajaki; musialem naprzód pojechac do Krakowa i zawiadomic ks. arcybiskupa Eugeniusza Baziaka, mojego ordynariusza. Oczekujac na nocny pociag do Krakowa, wiele godzin modlilem sie w kaplicy sióstr urszulanek w Warszawie przy ulicy Wislanej.

Ks. arcybiskup Baziak, metropolita lwowski obrzadku lacinskiego, podzielil los wszystkich tzw. przesiedlenców: musial opuscic Lwów. Zamieszkal w Lubaczowie, w tym skrawku archidiecezji lwowskiej, który zostal w granicach PRL po ustaleniach w Jalcie. Ksiaze Sapieha, arcybiskup krakowski, w ostatnim roku przed smiercia prosil, zeby ks. arcybiskup Baziak, zmuszony przemoca opuscic swoja diecezje, byl jego koadiutorem. Tak wiec chronologicznie moje biskupstwo jest zwiazane z tym tak doswiadczanym hierarcha.

Nastepnego dnia zglosilem sie zatem do ksiedza arcybiskupa Eugeniusza Baziaka na ulice Franciszkanska 3 i wreczylem mu list od Ks. Prymasa. Pamietam jak dzis, ze Arcybiskup wzial mnie pod reke i wyprowadzil do poczekalni, gdzie siedzieli ksieza, i powiedzial: Habemus papam. W swietle pózniejszych wydarzen mozna powiedziec, ze byly to slowa prorocze.

Mówie do Ks. Arcybiskupa, ze pragne wrócic na Mazury do opuszczonej grupy przyjaciól plynacych kajakami na Lynie. Odpowiedzial: „To juz chyba nie wypada".

Dosyc tym zmartwiony, poszedlem do kosciola franciszkanów i odprawilem Droge krzyzowa przy stacjach malowanych przez Józefa Mehoffera. Chetnie tam chodzilem na Droge krzyzowa, bo te stacje sa oryginalne, nowoczesne. Potem jeszcze raz wrócilem do arcybiskupa Baziaka ponawiajac swoja prosbe. Powiedzialem: „Prosze jednak pozwolic mi, abym mógl wrócic na Mazury".

Tym razem odpowiedzial: „Bardzo prosze; bardzo prosze. Ale prosze - dorzucil z usmiechem - wrócic na konsekracje".

Zatem jeszcze tego wieczora wsiadlem znowu do pociagu w kierunku Olsztyna. Mialem przy sobie ksiazke Hemingwaya Stary czlowiek i morze. Czytalem ja cala noc, jedynie na chwile zapadajac w drzemke. Czulem sie jakos dziwnie...

Kiedy przyjechalem do Olsztyna, byla w nim juz moja grupa, która dobila tam plynac kajakami po rzece Lyna. „Admiral" wyszedl po mnie na stacje i mówi mi: „I co, zostal Wujek biskupem?"

A ja na to, ze tak. A on: „Zeby mnie..., tak sobie w duchu myslalem i tego Wujkowi zyczylem".

Istotnie nie tak dawno, kiedy obchodzilem dziesieciolecie kaplanstwa, on zyczyl mi tego. W dniu nominacji biskupiej mialem niespelna dwanascie lat kaplanstwa.

Spalem malo i kiedy dotarlem na miejsce, bylem zmeczony. Najpierw jednak, zanim poszedlem odpoczac, udalem sie do kosciola, aby odprawic Msze sw. W kosciele tym byl wtedy duszpasterzem akademickim pózniejszy biskup, ksiadz Ignacy Tokarczuk. Kiedy przespawszy sie troche, obudzilem sie, okazalo sie, ze wiesc juz sie rozeszla, bo ksiadz Tokarczuk powiedzial do mnie: „A, nowy biskup, gratuluje!"

Usmiechnalem sie i poszedlem do grupy kajakowych przyjaciól. Gdy jednak siadlem do wiosla, bylo mi znów jakos dziwnie. Uderzyla mnie zbieznosc dat: data nominacji, która otrzymalem, byl 4 lipca, a ten dzien jest rocznica poswiecenia Katedry Wawelskiej. Jest to rocznica, która zawsze nosilem w sercu. Zdawalo mi sie, ze ta zbieznosc cos znaczy. Myslalem tez, ze moze te kajaki sa juz ostatni raz. Potem jednak, musze zaraz przyznac, okazalo sie, ze jeszcze wiele razy plywalem, nabierajac sil na kajaku na wodach rzek i jezior Mazowsza. Faktycznie, az do 1978 roku.

Nastepca Apostolów

Po letnich wakacjach wrócilem do Krakowa i zaczely sie przygotowania do konsekracji wyznaczonej na dzien 28 wrzesnia, dzien sw. Waclawa, patrona Katedry Wawelskiej. Ten patronat swiadczy o historycznych powiazaniach ziem polskich z Czechami. Sw Waclaw byl ksieciem czeskim, który zginal jako meczennik z rak rodzonego brata. Równiez Czechy czcza go jako swego patrona.

Zasadniczym przygotowaniem do moich swiecen biskupich byly rekolekcje. Odprawilem je w Tyncu. Czesto wedrowalem do tego historycznego opactwa. Tym razem byl to pobyt szczególnie dla mnie wazny. Mialem zostac biskupem, bylem juz nominatem. Do sakry mialem jeszcze dosc duzo czasu, ponad dwa miesiace. Musialem wykorzystac je jak najlepiej.

Rekolekcje trwaly szesc dni - szesc dni medytacji. Mój Boze, ilez tresci! „Nastepca Apostolów" - takie wlasnie slowa w ciagu tych dni uslyszalem z ust znajomego fizyka. Jak widac, ludzie wierzacy przywiazuja szczególna wage do tej apostolskiej sukcesji. Ja - „nastepca" - myslalem z wielka pokora o Apostolach Chrystusa i o tym dlugim, nieprzerwanym lancuchu biskupów, którzy przez wlozenie rak przekazywali swoim kolejnym nastepcom udzial w urzedzie apostolskim. W koncu mieli przekazac

go mnie. Czulem sie osobiscie zwiazany z kazdym z nich. Wielu z tych, którzy poprzedzili w lancuchu sukcesji nas, dzisiejszych biskupów, jest nam znanych z imienia. W wielu przypadkach takze ich pasterskie dziela sa znane i upamietnione. A nawet wtedy, kiedy owi dawni biskupi nie sa nam juz dzisiaj znani, ich biskupie powolanie i dzielo trwa - „by owoc wasz trwal" (J 15, 16). Dzieje sie to takze za sprawa nas, ich nastepców, którzy wlasnie przez ich rece jestesmy zwiazani moca sakramentalnego znaku z Chrystusem, który wybral ich i nas „przed zalozeniem swiata" (Ef 1,4). Zdumiewajacy dar i tajemnica!

„Ecce sacerdos magnus, qui in diebus suis placuit Deo... Ideo iureiurando fecit illum Dominus crescere in plebem suam" - Oto kaplan wielki, który za dni swoich podobal sie Bogu" - tak sie spiewa w liturgii. A przeciez ten wielki i jedyny Kaplan nowego i wiecznego przymierza to sam Jezus Chrystus. Spelnil ofiare swego kaplanstwa umierajac na krzyzu, oddajac zycie swoje za owczarnie, za cala ludzkosc. To On w przeddzien tej krwawej ofiary zlozonej na krzyzu ustanowil sakrament Kaplanstwa podczas Ostatniej Wieczerzy. To On wzial w swoje rece chleb i wypowiedzial nad nim te slowa: „To jest Cialo moje, które za was bedzie wydane na odpuszczenie grzechów". To On potem, wziawszy w swe rece kielich wypelniony winem, wypowiedzial nad nim slowa: „To jest Krew moja nowego i wiecznego przymierza, która za was i za wielu zostanie wylana na odpuszczenie grzechów". I w koncu dodal: „To czyncie na moja pamiatke". Powiedzial to wobec Apostolów, wobec tych Dwunastu, z których pierwszym jest Piotr. Do nich powiedzial: „To czyncie na moja pamiatke".W ten sposób ustanowil ich kaplanami na podobienstwo Jego samego, jedynego, wielkiego Kaplana Nowego Przymierza.

Moze Apostolowie, uczestniczac w Ostatniej Wieczerzy, nie od razu zrozumieli w pelni, co znacza te slowa, które nazajutrz mialy sie spelnic, gdy cialo Chrystusa zostalo rzeczywiscie wydane na smierc krzyzowa, a krew Jego zostala przelana na Krzyzu. Byc moze wtedy rozumieli jedynie, ze mieli powtarzac ryt Wieczerzy z chlebem i winem. Dzieje Apostolskie powiedza potem, ze pierwsi chrzescijanie po wydarzeniach paschalnych trwali na lamaniu chleba i na modlitwie (por. 2, 42). Wtedy jednak znaczenie tego rytu bylo juz dla wszystkich jasne.

W liturgii Kosciola Wielki Czwartek jest dniem, w którym wspomina sie Ostatnia Wieczerze, ustanowienie Eucharystii. Z jerozolimskiego Wieczernika sprawowanie Eucharystii stopniowo roznioslo sie na caly ówczesny swiata. Najpierw przewodniczyli jej Apostolowie w Jerozolimie. Pózniej, w miare jak Ewangelia sie rozszerzala, sprawowali ja — oni sami i ci, na których „wkladali rece" - na coraz to nowych miejscach, poczynajac od Azji Mniejszej. A wreszcie wraz ze sw. Piotrem i sw. Pawlem Eucharystia dotarla do Rzymu, który byl stolica ówczesnego swiata. Po wiekach dotarla nad Wisle.

Pamietam, ze podczas rekolekcji przed swieceniami biskupimi w sposób szczególny dziekowalem Bogu wlasnie za to, ze Ewangelia i Eucharystia dotarly nad Wisle, ze dotarly takze do Tynca. Opactwo Tynieckie pod Krakowem, którego poczatki datuja sie na wiek XI, bylo istotnie miejscem wlasciwym, aby przygotowac sie do przyjecia swiecen w Katedrze Wawelskiej. W roku 2002, podczas wizyty w Krakowie, przed mym odlotem do Rzymu udalo mi sie odwiedzic, choc bardzo krótko, Tyniec. Bylo to swoiste splacenie osobistego dlugu wdziecznosci. Duzo zawdzieczam Tyncowi. Prawdopodobnie nie tylko ja, ale i cala Polska.

Zblizal sie powoli dzien 28 wrzesnia 1958 r. Zanim zostalem wyswiecony, wystapilem oficjalnie jako biskup nominat w Lubaczowie z okazji srebrnego jubileuszu biskupstwa arcybiskupa Baziaka. Byl to dzien Matki Boskiej Bolesnej, który we Lwowie obchodzono 22 wrzesnia. Bylem tam razem z dwoma biskupami z Przemysla: ks. biskupem Franciszkiem Barda i ks. biskupem Wojciechem Tomaka - obaj sedziwi starcy, a ja miedzy nimi mlodzik 38-letni. Dziwnie sie czulem. Tam wlasnie odbyly sie moje pierwsze „przymiary" do biskupstwa. A tydzien pózniej byla konsekracja na Wawelu.

Wawel

Jest we mnie od dziecka szczególne przywiazanie do Katedry Wawelskiej. Nie pamietam, kiedy bylem tam pierwszy raz, ale odkad tam zaczalem bywac, czulem sie szczególnie zauroczony i osobiscie zwiazany z ta katedra. W jakis sposób Wawel zawiera cale dzieje Polski. Przezylem tragiczny czas, kiedy hitlerowcy osadzili tam swego gubernatora Franka i nad zamkiem powiewal sztandar ze swastyka. To bylo dla mnie szczególnie bolesne przezycie. Nadszedl jednak dzien, w którym ten sztandar ze swastyka zniknal i wrócily godla polskie.

Obecna katedra jest z czasów króla Kazimierza Wielkiego. Mam stale przed oczyma wszystkie miejsca tej swiatyni z jej pomnikami. Wystarczy przejsc przez nawe glówna i nawy boczne, aby zobaczyc sarkofagi polskich królów. A kiedy sie zejdzie do krypty wieszczów, napotykamy na groby Mickiewicza, Slowackiego, a ostatnio Norwida.

Jak wspominalem w ksiazce Dar i Tajemnica, bardzo pragnalem swoja pierwsza Msze sw. odprawic na Wawelu w krypcie sw. Leonarda w podziemiach katedry, i tak tez sie stalo. Z pewnoscia to pragnienie zrodzilo sie z glebokiej milosci, jaka darzylem wszystko to, co nioslo w sobie slady mojej Ojczyzny. Jest mi drogie to miejsce, w którym kazdy kamien mówi o Polsce, o polskiej wielkosci. Kiedy bylem ostatnio w Krakowie równiez poszedlem na Wawel i tam modlilem sie przed grobem sw. Stanislawa. Nie moglo zabraknac nawiedzenia tej katedry, która goscila mnie przez dwadziescia lat.

Najdrozszym dla mnie miejscem w Wawelskiej Katedrze jest krypta sw. Leonarda. Jest to czesc dawnej katedry, z czasów króla Boleslawa Krzywoustego. Sama krypta jest swiadkiem jeszcze dawniejszych czasów. Pamieta bowiem pierwszych biskupów z poczatków XI wieku: tu zaczyna sie genealogia krakowskiego episkopatu. Ci pierwsi biskupi nosza tajemnicze imiona Prokop i Prokulf, jakby pochodzenia greckiego. Stopniowo pojawiaja sie coraz to nowe imiona, coraz czesciej juz slowianskie, jak Stanislaw ze Szczepanowa, który zostal biskupem krakowskim w 1072 roku. W roku 1079 zostal zgladzony przez wyslanników króla Boleslawa Smialego. A potem tenze król musial uchodzic z kraju i prawdopodobnie jako pokutnik skonczyl zycie w Osjaku. Kiedy zostalem metropolita krakowskim, to wracajac z Rzymu do Krakowa, w Osjaku odprawilem Msze sw. Tam tez powstal poetycki zapis tego faktu sprzed stuleci: napisalem wiersz zatytulowany Stanislaw.

Swiety Stanislaw, „Ojciec ojczyzny". W niedziele po 8 maja idzie wielka procesja z Wawelu na Skalke. Przez cala droge ludzie spiewaja piesni przeplatane antyfona: „Swiety Stanislawie, patronie nasz, módl sie za nami". Procesja schodzi z Wawelu, przechodzi ulicami Stradom i Krakowska na Skalke, gdzie jest sprawowana Msza sw, której zwykle przewodniczy zaproszony biskup. Po Mszy sw. procesja wraca ta sama droga do katedry, a niesione podczas niej we wspanialym relikwiarzu relikwie glowy sw. Stanislawa zostaja zlozone na oltarzu. O swietosci tego biskupa od poczatku byli przekonani Polacy i bardzo gorliwie zabiegali o jego kanonizacje, która odbyla sie w Asyzu w XIII wieku. W tym umbryjskim miescie do dzis zachowaly sie freski przedstawiajace sw. Stanislawa.

Obok konfesji sw. Biskupa Stanislawa bezcennym skarbem Katedry Wawelskiej jest grób swietej Królowej Jadwigi. Jej relikwie zostaly zlozone pod slynnym krzyzem wawelskim w roku 1987 przy okazji mojej trzeciej pielgrzymki do Ojczyzny. U stóp tego krzyza dwunastoletnia Jadwiga podjela decyzje o malzenstwie z ksieciem litewskim Wladyslawem Jagiella. Ta decyzja w 1386 r. wprowadzila Litwe do rodziny narodów chrzescijanskich.

Ze wzruszeniem wspominam dzien 8 czerwca 1997 r., gdy na Bloniach w Krakowie, podczas kanonizacji, zaczalem homilie slowami: „Dlugo czekalas, Jadwigo, na ten dzien, (...) prawie 600 lat". Zlozyly sie na to rózne okolicznosci, o których trudno teraz mówic. Od dawna zywilem pragnienie, aby Pani Wawelska mogla cieszyc sie tytulem swietej w znaczeniu kanonicznym, urzedowym, i w tym dniu to sie spelnilo. Dziekowalem Bogu, ze dane mi bylo po tylu stuleciach wypelnic to pragnienie, które pulsowalo w sercach calych pokolen Polaków.

Wszystkie te wspomnienia w jakis sposób lacza sie z dniem mojej konsekracji. Bylo to poniekad historyczne wydarzenie. Poprzednie swiecenia biskupie na Wawelu odbyly sie w odleglym 1926 roku. Byl wtedy konsekrowany ks. biskup Stanislaw Ro-spond. A teraz ja.

Dzien konsekracji: Posrodku Kosciola

I tak nadszedl dzien 28 wrzesnia, wspomnienie sw. Waclawa. Na ten dzien byly wyznaczone moje swiecenia biskupie. Mam to wielkie wydarzenie wciaz przed oczyma. Powiedzialbym, ze wtedy jeszcze liturgia byla bogatsza anizeli dzisiaj.

Pamietam poszczególne osoby, które braly w niej udzial. Byl taki obrzed symboliczny niesienia darów, które otrzymywal kon-sekrator. Beczulke z winem i bochen chleba niesli moi koledzy: Zbyszek Silkowski, kolega z gimnazjum, i dzis sluga Bozy Jurek Ciesielski, a w drugiej parze Marian Wójtowicz i Zdzislaw Hey-del. Chyba byl tez Stanislaw Rybicki. Najbardziej czynny byl jednak ks. Kazimierz Figlewicz. Dzien byl pochmurny, ale na koncu zaswiecilo slonce. Jakby dobry znak, promyk slonca padl na tego biednego konsekrowanego.

Po odczytaniu Ewangelii chór spiewal: Veni Creator Spiritus, I mentes tuorum visita: / imple superna gratia, / quae tu creasti pectora... Wsluchiwalem sie w ten spiew i znowu, jak podczas swiecen kaplanskich, a moze z jeszcze wieksza wyrazistoscia, budzila sie we mnie swiadomosc, ze to przeciez Duch Swiety jest sprawca konsekracji. To bylo pociecha i umocnieniem wobec wszelkich ludzkich obaw, jakie wiaza sie z podejmowaniem tak wielkiej odpowiedzialnosci. Ta mysl budzila w mej duszy wielka ufnosc: Duch Swiety oswieci, wzmocni, pocieszy, pouczy... Czy nie taka obietnice zlozyl Chrystus swoim Apostolom?

W liturgii nastepuje szereg czynnosci symbolicznych, a kazda z nich ma swoje znaczenie. Konsekrator stawia pytania, które dotycza wiary i zycia. Ostatnie pytanie brzmi: „Czy chcesz modlic sie nieustannie za lud tobie powierzony i wiernie wypelniac posluge biskupia?" A kandydat odpowiada: „Chce z Boza pomoca". I wtedy konsekrator dopowiada: „Ten, który rozpoczal w tobie dobre dzielo, niech go dokona". I znowu pojawila sie ta mysl ufna i uspokajajaca: Pan rozpoczyna swe dzielo w tobie; nie lekaj sie, powierz Mu swa droge, a On sam bedzie dzialal i swego dziela dokona (por. Ps 37[36], 5).

Przy wszystkich swieceniach (diakonat, kaplanstwo i sakra biskupia) kandydat lezy krzyzem na posadzce. Jest to znak calkowitego oddania siebie Chrystusowi - Temu, który po to, by spelnic swoja kaplanska misje, „ogolocil samego siebie, przyjaw-szy postac slugi (...) unizyl samego siebie, stajac sie poslusznym az do smierci - i to smierci krzyzowej" (Flp 2, 7-8). Ta postawa powraca kazdego Wielkiego Piatku, gdy kaplan przewodniczacy wspólnocie liturgicznej pada na twarz w milczeniu. Tego dnia w swietym Triduum nie odprawia sie Mszy swietej: Kosciól laczy sie we wspomnieniu Pasji Chrystusa, poczawszy od Jego agonii w Ogrójcu, gdy równiez On modlil sie lezac na ziemi. Wtedy w duszy celebransa z cala moca brzmi Jego prosba: „Zostancie tu i czuwajcie ze Mna..." (Mt 26, 38).

Pamietam ten moment, kiedy lezalem krzyzem na posadzce, a zebrani spiewali Litanie do Wszystkich Swietych. Konsekrator wzywal zebranych: „Blagajmy, najmilsi, wszechmogacego Boga, aby temu wybranemu hojnie udzielil laski dla dobra swojego Kosciola". A potem rozpoczal sie spiew litanii:

Panie, zmiluj sie nad nami. Chryste, zmiluj sie...

Swieta Maryjo, Matko Boza,

Swiety Michale,

Swieci Aniolowie Bozy... módlcie sie za nami!

Szczególny kult mam do Aniola Stróza. Od dziecka, jak pewnie wszystkie dzieci, wiele razy modlilem sie: „Anie/e Bozy, strózu mój, ty zawsze przy mnie stój... badz mi zawsze ku pomocy, strzez duszy, ciala mego..." Mój Aniol Stróz wie, co robie. Moja wiara w niego, w jego opiekuncza obecnosc stale sie we mnie poglebia. Sw. Michal, sw. Gabriel, sw. Rafal to Archaniolowie, których czesto na modlitwie przyzywam. Wspominam tez najpiekniejszy traktat sw. Tomasza o aniolach, czystych duchach.

Swiety Janie Chrzcicielu,

Swiety Józefie,

Swieci Piotrze i Pawle,

Swiety Andrzeju...

Swiety Karolu... módlcie sie za nami!

Jak wiadomo, zostalem wyswiecony na kaplana w dniu Wszystkich Swietych. Dzien ten zawsze stanowi dla mnie najwieksze osobiste swieto. Z Bozej dobroci dane mi jest obchodzic rocznice swiecen kaplanskich w dniu, w którym Kosciól wspomina mieszkanców nieba. To oni z wysokosci wstawiaja sie za wspólnota Kosciola, aby umacniala sie jej jednosc dzieki dzialaniu Ducha Swietego, który uzdalnia ja do praktykowania braterskiej milosci: „Bo jak wzajemna komunia chrzescijanska miedzy pielgrzymami prowadzi nas coraz blizej do Chrystusa, tak obcowanie ze swietymi laczy nas z Chrystusem, z którego, jako ze Zródla i Glowy, wyplywa wszelka laska i zycie Ludu Bozego" (Lumen gentium, 50).

Po litanii konsekrowany wstaje i podchodzi do konsekratora, a ten wklada na niego rece. Jest to zasadniczy gest, który zgodnie z tradycja siegajaca Apostolów oznacza przekazanie Ducha Swietego. Potem obaj wspólkonsekrujacy takze wkladaja rece na glowe kandydata. Nastepnie celebrans i wspólkonsekratorzy wypowiedza modlitwe konsekracyjna. Tak wlasnie dopelni sie kluczowy moment swiecen biskupich. Trzeba tu przypomniec slowa z soborowej Konstytucji Lumen gentium: „Aby wypelnic tak wielkie zadanie, Apostolowie zostali ubogaceni przez Chrystusa specjalnym wylaniem Ducha Swietego zstepujacego na nich (por. Dz 1,8; 2, 4; J 20, 22n), sami zas przekazali dar duchowy swoim pomocnikom przez nalozenie na nich rak (por. 1 Tm 4, 14; 2 Tm 1, 6n); dar ten jest przekazywany az do nas w swieceniach biskupich. (...) Z tradycji bowiem, która ujawnia sie szczególnie w obrzedach liturgicznych i w praktyce Kosciola, zarówno wschodniego, jak zachodniego, widac wyraznie, ze przez wlozenie rak i przez slowa swiecen tak udzielana jest laska Ducha Swietego, i swiete znamie tak jest wyciskane, iz biskupi w sposób szczególny i widoczny podejmuja role samego Chrystusa Nauczyciela, Pasterza i Kaplana i dzialaja w Jego osobie" (n. 21).

Konsekratorzy

Nie moge nie wspomniec tu osoby glównego konsekratora, którym byl arcybiskup Eugeniusz Baziak. Wspomnialem juz skomplikowana historie jego zycia i biskupiego poslugiwania. Niemale znaczenie ma dla mnie jego biskupie pochodzenie, skoro to on wlasnie byl dla mnie posrednikiem w sukcesji apostolskiej. Konsekrowal go arcybiskup Boleslaw Twardowski. Jego z kolei konsekrowal arcybiskup Józef Bilczewski, którego dane mi bylo niedawno beatyfikowac we Lwowie na Ukrainie. Bilczewski zas byl konsekrowany przez kardynala Jana Puzyne, biskupa krakowskiego, a wspólkonsekrujacymi byli swiety Józef Sebastian Pelczar, biskup przemyski, i sluga Bozy Andrzej Szep-tycki, arcybiskup greckokatolicki. Czy to nie zobowiazuje? Czy moglem nie brac pod uwage tej tradycji swietosci wielkich pasterzy Kosciola?

Wspólkonsekratorami byli: biskup Franciszek Jop z Opola i biskup Boleslaw Kominek z Wroclawia. Wspominam ich z wielkim szacunkiem i uznaniem. Biskup Jop byl w Krakowie czlowiekiem opatrznosciowym w czasie stalinizmu. Arcybiskup Baziak byl wtedy odosobniony, a on zostal naznaczony jako wikariusz kapitulny w Krakowie. Dzieki niemu Kosciól w tym miescie przetrwal bez wiekszych uszczerbków ciezka próbe czasu.

Równiez biskup Boleslaw Kominek byl zwiazany z Krakowem. W okresie stalinowskim, gdy byl juz biskupem, wladze komunistyczne zakazaly mu objecia diecezji. Wówczas osiadl w Krakowie jako infulat. Potem, gdy bylo to juz mozliwe, mógl kanonicznie objac biskupstwo wroclawskie, a w 1965 roku zostal mianowany kardynalem. To byli wielcy ludzie Kosciola, którzy w trudnych czasach dali swiadectwo osobistej wielkosci oraz wiernosci Chrystusowi i Ewangelii. Jak nie brac pqd uwage tej bohaterskiej spuscizny duchowej?

Gesty liturgii konsekracji

Moje mysli podazaja za wspomnieniem innych waznych gestów liturgicznych. Nalezy do nich najpierw wlozenie na barki ksiegi Ewangelii, podczas gdy spiewa sie specjalna modlitwe konsekracyjna. To polaczenie znaku i slów jest szczególnie wymowne. Pierwsze wrazenie kieruje mysl w strone ciezaru odpowiedzialnosci biskupa za Ewangelie, wagi Chrystusowego wezwania, by po wszystkie krance ziemi niesc ja i glosic, i dawac swiadectwo wlasnym zyciem. Jesli jednak wniknac glebiej w wymowe tego znaku, objawia sie prawda, ze to, co wlasnie sie dokonuje, z Ewangelii sie wywodzi, w niej ma swoje korzenie. Ten, który otrzymuje sakre biskupia, moze wiec zawsze czerpac sile i natchnienie z tej swiadomosci. Wlasnie w swietle Dobrej Nowiny o zmartwychwstaniu Chrystusa staja sie czytelne i skuteczne slowa modlitwy: „Effunde super hunc Elec-tum eam yirtutem, quae a te est, Spiritum principalem, quem dedisti dilecto Filio tuo Iesu Christo, quem ipse donavit sanctis Apostolis... Teraz, Boze, wylej na tego wybranego pochodzaca od Ciebie moc, Ducha Swietego, który wlada i kieruje, którego dales Twojemu umilowanemu Synowi, Jezusowi Chrystusowi, On zas dal go swietym Apostolom..." (Pontyfikat rzymski, Modlitwa konsekracyjna).

Z kolei w liturgii konsekracji dokonuje sie namaszczenia Krzyzmem swietym. Ten gest jest gleboko zakorzeniony w poprzednich sakramentach, poczawszy do Chrztu i Bierzmowania. Przy udzielaniu sakramentu swiecen kaplanskich namaszcza sie rece, przy biskupich zas glowe. Jest to równiez gest mówiacy o przekazaniu Ducha Swietego, który od wewnatrz przenika, bierze w posiadanie i czyni swoim narzedziem czlowieka namaszczonego. To namaszczenie glowy oznacza powolanie do nowych zadan: biskup podejmie w Kosciele zadanie kierowania, a ono go pochlonie doglebnie. Równiez to namaszczenie Duchem Swietym ma to samo zródlo: Jezusa Chrystusa — Mesjasza.

Imie Chrystus jest greckim tlumaczeniem hebrajskiego terminu „masijah - mesjasz", co znaczy „namaszczony". W Izraelu namaszczano w imie Boze tych, którzy zostali przez Niego wybrani do pelnienia szczególnej misji. Mogla to byc misja prorocka, kaplanska lub królewska. Jednak okreslenie „mesjasz" odnoszono przede wszystkim do tego, który mial przyjsc, by ustanowic ostatecznie Boze Królestwo, w którym mialy sie wypelnic obietnice zbawienia. Wlasnie on mial byc „namaszczony" Duchem Panskim jako prorok, kaplan i król.

Okreslenie Namaszczony - Chrystus stalo sie imieniem wlasnym Jezusa, bo w Nim doskonale wypelnilo sie Boskie poslanie, które to pojecie oznacza. Ewangelia nie wspomina, aby Jezus kiedykolwiek byl namaszczony w sposób zewnetrzny, jak w Starym Testamencie Dawid czy Aaron, po którego brodzie splywal wyborny olej (por. Ps 133[132],2). Jezeli mówimy o Jego „namaszczeniu", to mamy na mysli bezposrednie namaszczenie Duchem Swietym, którego znakiem i swiadectwem jest doskonale wypelnienie przez Jezusa poslania, jakie Ojciec Mu powierzyl. Pieknie ujal to sw. Ireneusz biskup: „W imieniu Chrystusa kryje sie Ten, który namascil, Ten, który zostal namaszczony, i samo namaszczenie, którym zostal namaszczony. Tym, który namascil, jest Ojciec; Tym, który zostal namaszczony, jest Syn; a zostal namaszczony w Duchu, który jest Namaszczeniem" (Adversus haereses, III, 18, 3).

Przy narodzeniu Jezusa aniolowie oglaszaja pasterzom: „Dzis w miescie Dawida narodzil sie wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan" (Lk 2, 11). Mesjasz, to znaczy namaszczony. Wraz z nim rodzi sie powszechne, mesjanskie i zbawienne namaszczenie, w którym uczestnicza wszyscy ochrzczeni, i to namaszczenie szczególne, w którym On, Mesjasz, zechcial dac udzial biskupom i kaplanom, wybranym do apostolskiej odpowiedzialnosci za Jego Kosciól. Swiety olej Krzyzma, znak mocy Bozego Ducha, splynal na nasze glowy, wlaczajac nas w mesjanskie dzielo zbawienia, a razem z tym namaszczeniem przyjelismy w jakosciowo specyficzny sposób potrójne zadanie: prorockie, kaplanskie i królewskie.

Krzyzmo

Dziekuje Panu za pierwsze namaszczenie Krzyzmem swietym, które otrzymalem w moich rodzinnych Wadowicach. Mialo ono miejsce podczas Chrztu. Przez to sakramentalne obmycie woda wszyscy jestesmy usprawiedliwieni i wszczepieni w Chrystusa. Otrzymujemy tez po raz pierwszy dar Ducha Swietego. Wlasnie namaszczenie Krzyzmem jest znakiem wylania tego Ducha, który daje nowe zycie w Chrystusie i uzdalnia nas do zycia w Bozej sprawiedliwosci. Nasze pierwsze namaszczenie dopelnila pieczec Ducha Swietego w sakramencie Bierzmowania. Gleboki, bezposredni zwiazek tych sakramentów zachowal sie w liturgii Chrztu osób doroslych. Koscioly Wschodnie zachowaly ten bezposredni zwiazek równiez przy udzielaniu Chrztu dzieciom, które wraz z pierwszym sakramentem otrzymuja równiez Bierzmowanie.

Zwiazek tych dwu pierwszych sakramentów oraz najswietszej tajemnicy Eucharystii z powolaniem kaplanskim i biskupim jest tak mocny i gleboki, ze wciaz na nowo mozemy wdziecznym sercem odkrywac jego bogactwo. My biskupi nie tylko mamy udzial w tych sakramentach, ale jestesmy poslani, aby chrzcic, aby gromadzic Kosciól przy Stole Panskim i aby umacniac uczniów Chrystusa znamieniem Ducha Swietego w sakramencie Bierzmowania. Biskup, sprawujac swoja posluge, ma tak wiele okazji, by sprawowac ten sakrament, znaczac olejem swietego Krzyzma rózne osoby i przekazujac im dar Ducha Swietego, który jest zródlem zycia w Chrystusie.

W wielu miejscach podczas swiecen mozna uslyszec spiew wiernych: „Ludu kaplanski, Ludu królewski, zgromadzenie swiete, Ludu Bozy, spiewaj twemu Panu!" Lubie te piesn o glebokiej tresci:

„Tobie spiewamy, o Synu umilowany Ojca!

Uwielbiamy Cie, Mqdrosci przedwieczna, zywe Slowo Boga.

Tobie spiewamy, jedyny Synu Maryi Panny,

Uwielbiamy Cie, o Chryste, nasz Bracie,

Tys nas przyszedl zbawic.

Tobie spiewamy, Mesjaszu, przyjety przez ubogich,

Uwielbiamy Cie, o Chryste, nasz Królu

cichy i pokorny

(...)

Tobie spiewamy, o Winny Szczepie przez Ojca dany,

Uwielbiamy Cie, o Krzewie Ozywczy,

my, Twe latorosle".

Wszystkie powolania rodza sie w Chrystusie i to wlasnie wyraza za kazdym razem namaszczenie tym samym Krzyzmem: od Chrztu swietego az po namaszczenie glowy biskupa. Stad wlasnie plynie wspólna godnosc wszystkich chrzescijanskich powolan. Z tego punktu widzenia wszystkie one sa sobie równe. Róznice wynikaja natomiast z miejsca, które Chrystus daje kazdemu powolanemu we wspólnocie Kosciola oraz z plynacej stad

odpowiedzialnosci. Trzeba przykladac wielka wage, aby nic nie zginelo (por. J 6, 12): zeby nie zmarnowalo sie zadne powolanie, bo przeciez kazde jest cenne i potrzebne. Za kazde z nich zycie swoje dal Dobry Pasterz (por. J 10, 11). To jest wlasnie odpowiedzialnosc biskupa. Musi on wiedziec, ze jest jego zadaniem robic wszystko, zeby w Kosciele moglo sie znalezc i spelnic kazde powolanie, kazde wybranie czlowieka przez Chrystusa - takze to zwane najmniejszym. Dlatego biskup, tak jak Chrystus, wola, gromadzi, uczy, zbiera przy stole Ciala i Krwi Pana. Zarazem kieruje i sluzy. Ma byc wierny Kosciolowi, to znaczy kazdemu z jego czlonków, nawet najmniejszemu, którego Chrystus powolal i z którym sie utozsamia (por. Mt 25, 45). Na znak tej wiernosci biskup otrzymuje pierscien.

Pierscien i racjonal

Wlozenie pierscienia oznacza, ze biskup jest zaslubiony Kosciolowi. „Accipe anulum, fidei signaculum - Przyjmij pierscien, znak wiernosci, i zachowaj nienaruszona wiare. Strzez od skazenia Boza Oblubienice, to jest Kosciól swiety". „Esto fidelis usque ad mortem... - wezwanie z ksiegi Apokalipsy - Badz wierny az do smierci, a dam ci wieniec zycia" (2, 10). Szczególnym symbolem zwiazku biskupa z Kosciolem jest ten pierscien - znak zaslubin. Dla mnie jest on codziennym przypomnieniem o wiernosci. Jest niejako niemym pytaniem, które odzywa sie w sumieniu: czy jestem calkowicie oddany mojej Oblubienicy - Kosciolowi? Czy jestem wystarczajaco „dla" - dla wspólnot, rodzin, dla ludzi mlodych i starszych, a takze tych, którzy dopiero maja sie narodzic? Pierscien przypomina mi tez o potrzebie bycia mocnym „ogniwem" w lancuchu sukcesji, który laczy mnie z Apostolami. A wytrzymalosc lancucha mierzy sie przeciez najslabszym ogniwem. Musze byc mocnym ogniwem, mocnym sila Boza: „Pan moja moca i tarcza" (Ps 28 [27], 7). „Chociazbym chodzil ciemna dolina, zla sie nie ulekne, bo Ty jestes ze mna. Twój kij i Twoja laska dodaja mi otuchy" (Ps23[22],4).

Biskupi krakowscy maja specjalny przywilej, który, jak mi sie zdaje, obejmuje tylko cztery diecezje na swiecie. Mianowicie maja prawo nosic tak zwany „racjonal". W jego formie jest to znak przypominajacy paliusz. W Krakowie jest w skarbcu na Wawelu racjonal — dar królowej Jadwigi. Sam w sobie ten znak nic nie mówi. Przemawia dopiero, gdy racjonal wlozy arcybiskup. Oznacza wtedy jego wladze i posluge - wlasnie dlatego, ze ma wladze, musi sluzyc. Jest to poniekad symbol meki Chrystusa i wszystkich meczenników. Kiedy go zakladalem, wielokrotnie przychodzily mi na mysl slowa juz podeszlego w latach apostola Pawla do jeszcze mlodego biskupa Tymoteusza: „Nie wstydz sie zatem swiadectwa Pana naszego ani mnie, Jego wieznia, lecz wez udzial w trudach i przeciwnosciach znoszonych dla Ewangelii moca Boza!" (2 Tm 1,8).

„Strzez depozytu" (1 Tm 6, 20)

Po modlitwie konsekracyjnej rytual przewiduje przekazanie konsekrowanemu ksiegi Ewangelii. Ten gest wskazuje, ze biskup ma Dobra Nowine przyjac i glosic. Jest on znakiem obecnosci w Kosciele Jezusa Nauczyciela.

Oznacza to, ze nauczanie nalezy do istoty powolania biskupa: ma byc nauczycielem. Wiemy, jak wielu wybitnych biskupów, od starozytnosci po dzisiejsze czasy, w sposób przykladny sprostalo temu wezwaniu. Jako skarb brali sobie do serca roztropne ostrzezenie apostola Pawla: „O, Tymoteuszu, strzez depozytu [wiary], unikajac swiatowej, czczej gadaniny i przeciwstawnych twierdzen falszywej wiedzy" (1 Tm 6, 20). Byli dobrymi nauczycielami, bo skupili cale swoje zycie duchowe wokól sluchania i gloszenia Slowa. To znaczy, ze potrafili porzucic slowa niepotrzebne, zeby z calej mocy trwac przy tym jednym, którego potrzeba (por. Lk 10, 42).

Byc sluga Slowa to jest zadanie biskupa. Wlasnie jako nauczyciel zasiada on na katedrze - na tym krzesle, umieszczonym w wymowny sposób w kosciele, który od niego bierze nazwe: „katedra" - zeby nauczac, glosic i objasniac slowo Boze. Nasze czasy postawily biskupom nauczajacym nowe wymagania, ale tez daly im nowe wspaniale srodki, z pomoca których moga glosic Ewangelie. Latwosc przemieszczania sie pozwala biskupom czesto odwiedzac rózne koscioly i wspólnoty wlasnej diecezji. Mamy do dyspozycji radio, telewizje, internet, slowo drukowane. W gloszeniu slowa Bozego wspomagaja swoich biskupów kaplani i diakoni, katecheci i nauczyciele, wykladowcy teologii, a takze coraz liczniejsi wyksztalceni i wierni Ewangelii ludzie swieccy.

A jednak nic nie moze zastapic obecnosci biskupa, który zasiada na katedrze albo staje na ambonie swojego biskupiego kosciola i osobiscie wyklada slowo Boze tym, których wokól siebie zgromadzil. I on, jak „uczony w Pismie, który stal sie uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare" (Mt 13, 52). Chce tu wspomniec emerytowanego arcybiskupa Mediolanu kardynala Carla Marie Martiniego, którego katechezy gloszone w katedrze mediolanskiej gromadzily rzesze ludzi, przed którymi odkrywal skarb slowa Bozego. To tylko jeden z wielu przykladów, który dowodzi jak wielki jest w ludziach glód zywego slowa. Jakze wazne jest, zeby ten glód byl zaspokojony!

Zawsze towarzyszylo mi to przekonanie, ze jesli mam zaspokajac glód slowa Bozego, trzeba, abym sam - wzorem Maryi -najpierw sluchal tego slowa i rozwazal je w sercu (por. Lk 2, 19). Równoczesnie coraz lepiej rozumialem, ze biskup musi umiec sluchac ludzi, którym glosi Dobra Nowine. Wobec dzisiejszego zalewu slów, obrazów i dzwieków, wazne jest, aby biskup nie dal sie ogluszyc. Musi sluchac Boga i slyszec innych, w przekonaniu, ze wszyscy jestesmy zlaczeni ta sama tajemnica Bozego slowa o zbawieniu.

Mitra i pastoral

Powolanie biskupa z pewnoscia jest wielkim wyróznieniem. Nie oznacza to jednak, ze kandydat zostal wybrany sposród wielu jako wybitny czlowiek i chrzescijanin. Biskup zostaje wyrózniony przez to, ze jego powolaniem jest stanac posrodku Kosciola i byc pierwszym w wierze, pierwszym w milosci, pierwszym w wiernosci i pierwszym w sluzbie. Jezeli ktos widzi w biskupstwie tylko wyróznienie dla siebie samego, nie zdola dobrze wypelnic swojego biskupiego powolania. Pierwsze i najwazniejsze zródlo czci naleznej biskupowi tkwi w odpowiedzialnosci zwiazanej z jego posluga.

„Nie moze sie ukryc miasto polozone na górze" (Mt 5, 14). Biskup jest zawsze na górze, na swieczniku, widoczny dla wszystkich. Ma zdawac sobie sprawe z tego, ze wszystko, co dzieje sie w jego zyciu, nabiera wiekszego znaczenia wobec wspólnoty: oczy wszystkich sa w nim utkwione (por. Lk 4, 20). Jak ojciec rodziny ksztaltuje wiare swoich dzieci przede wszystkim przykladem swojej religijnosci i modlitwy, tak tez biskup buduje swoich wiernych calym swym postepowaniem. Dlatego autor Pierwszego Listu sw. Piotra tak usilnie prosi, by biskupi byli zywym przykladem dla stada (por. 1 P 5, 3). W tej wlasnie perspektywie szczególnej wymowy nabiera znak wlozenia mitry podczas liturgii swiecen. Nowo wyswiecony biskup przyjmuje ja jako zobowiazanie do zaangazowania, aby „jasnial w nim blask swietosci" i by byl godzien „otrzymac niewiednacy wieniec chwaly", gdy ukaze sie Chrystus, „Najwyzszy Pasterz" (por. Pontyfikat rzymski).

Biskup jest w szczególny sposób wezwany do osobistej swietosci, aby wzrastala i poglebiala sie swietosc wspólnoty Kosciola, która zostala mu powierzona. To on jest odpowiedzialny, by bylo realizowane „powszechne powolanie do swietosci", o którym mówi V rozdzial Konstytucji Lumen gentium. Jak pisalem na zakonczenie Wielkiego Jubileuszu, tkwi w tym wezwaniu wewnetrzna dynamika ekle-zjologii (por. Novo millennio ineunte, 30). Lud „zjednoczony jednoscia Ojca, Syna i Ducha Swietego" to Lud nalezacy do Tego, który jest po trzykroc Swiety (por. Iz 6, 3). „Wyznawac wiare w Kosciól jako swiety - pisalem - znaczy wskazywac jego oblicze Oblubienicy Chrystusa, dla której On zlozyl w ofierze samego siebie wlasnie po to, aby ja uswiecic" (Novo millennio ineunte, 30). Dar swietosci, który staje sie zadaniem. Trzeba wciaz uswiadamiac sobie, iz temu zadaniu winno byc podporzadkowane cale zycie chrzescijanina: „ Albowiem wola Boza jest wasze uswiecenie" (1 Tes 4, 3).

Na poczatku lat siedemdziesiatych, nawiazujac do Konstytucji Lumen gentium, napisalem: „Historia zbawienia jest historia calego Ludu Bozego, a zarazem historia ta przebiega poprzez zycie poszczególnych ludzi - osób. W kazdej z tych osób niejako na nowo sie konkretyzuje. Na tym polega zasadnicze znaczenie swietosci, ze jest ona zawsze swietoscia osoby. Na to wskazuje ostatecznie «powszechne» powolanie do swietosci. Powolani sa wszyscy czlonkowie Ludu Bozego, ale kazdy z nich w sposób jedyny i niepowtarzalny" (Upodstaw odnowy. Studium o realizacji Vaticanum H, Kraków 1972, s. 165). Osobista swietosc kazdego przydaje piekna obliczu Kosciola, Oblubienicy Chrystusa, sprawiajac, ze jego przeslanie moze byc latwiej przyjete przez wspólczesny swiat.

Z kolei w obrzedzie konsekracyjnym nastepuje wreczenie pastoralu. Jest to znak wladzy, jaka przysluguje biskupowi dla wypelnienia zadania opieki nad owczarnia. I ten znak wpisuje sie w perspektywe troski o swietosc Ludu Bozego. Pasterz ma bowiem czuwac i chronic, prowadzic kazda owce „na zielone pastwiska" (por. Ps 23 [22], 2) - na te pastwiska, na których odkryje ona, ze swietosc nie jest zarezerwowana dla wybranej grupy „geniuszów" swietosci. „Drogi swietosci sa wielorakie i dostosowane do kazdego powolania" (Novo millennio ineunte, 31). Jaki potencjal drzemie w tej niezliczonej rzeszy ludzi ochrzczonych! Stale modle sie, aby Duch Swiety rozpalal serca biskupów swoim ogniem, abysmy byli pedagogami swietosci, zdolnymi pociagac wiernych naszym przykladem.

Przychodzi na mysl wzruszajace pozegnanie sw. Pawla ze starszymi Kosciola w Efezie: „Uwazajcie na samych siebie i na cale stado, w którym Duch Swiety ustanowil was biskupami, abyscie kierowali Kosciolem Boga, który On nabyl wlasna krwia" (Dz 20, 28). Nakaz Chrystusa przynagla kazdego pasterza: „Idzcie (...)

1 nauczajcie wszystkie narody" (Mt 28, 19). Idzcie... nie zatrzymujcie sie nigdy! Dobrze znamy oczekiwania Boskiego Mistrza: „Ja was wybralem i przeznaczylem was na to, abyscie szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwal" (J 15, 16).

Pastoral z krzyzem, którego uzywam obecnie, jest replika pastoralu papieza Pawla VI. Dostrzegam w nim symbol trzech zadan: troski, przewodnictwa i odpowiedzialnosci. To nie jest znak wladzy w zwyklym rozumieniu tego slowa. To nie jest znak pierwszenstwa czy panowania nad innymi, ale znak sluzby. Jest to znak koniecznej troski o potrzeby owiec: aby mialy zycie i mialy je w obfitosci! (por. J 10, 10). Biskup ma kierowac i przewodzic. Bedzie jednak sluchany i kochany przez swoich wiernych w takiej mierze, w jakiej bedzie nasladowal Chrystusa, Dobrego Pasterza, który „nie przyszedl, aby Mu sluzono, lecz aby sluzyc i dac swoje zycie jako okup za wielu" (Mt 20, 28). „Sluzyc!" - jakze cenie to slowo! Kaplanstwo „sluzebne", zadziwiajaca nazwa...

Mozna czasem uslyszec glos kogos, kto broni wladzy biskupiej rozumianej jako pierwszenstwo: to owce maja isc za pasterzem - mówi - a nie pasterz za owcami. Mozna sie z tym zgodzic, ale w tym sensie, ze to pasterz ma isc przodem i oddawac zycie za owce swoje; ma byc pierwszy w ofierze i oddaniu. „Powstal Pasterz dobry, który wlasne zycie oddal za swoje owce. I umarl za swoja owczarnie" (Liturgia godzin, 4 Niedziela Wielkanocna, Godzina czytan, II responsorium). Biskup ma pierwszenstwo w ofiarnej milosci do wiernych i do Kosciola, na wzór sw. Pawla: „Raduje sie w cierpieniach za was i ze swej strony dopelniam niedostatki udrek Chrystusa w moim ciele dla dobra Jego Ciala, którym jest Kosciól" (Koi 1, 24).

Do roli pasterza z pewnoscia nalezy takze upominanie. Mysle, ze w tym wzgledzie chyba za malo czynilem. Zawsze istnieje problem relacji miedzy wladza a sluzba. Moze powinienem sobie wyrzucac, ze nie dosc próbowalem rzadzic. Jakos to wynika z mojego usposobienia. W jakis sposób jednak mozna to odniesc do woli Chrystusa, który prosil swoich Apostolów nie tyle zeby rzadzili, ile zeby sluzyli. Oczywiscie wladza przynalezy biskupowi, ale wiele zalezy od tego, jak bedzie ona sprawowana. Jezeli biskup kladzie zbytni nacisk na wladze, to ludzie od razu mysla, ze potrafi tylko rzadzic. Przeciwnie, jezeli przyjmuje postawe sluzby, to wierni spontanicznie czuja sie zmobilizowani do sluchania go i chetnie poddaja sie jego wladzy. Wydaje sie, ze trzeba tu pewnej równowagi. Jezeli biskup mówi jedynie: „Ja tu rzadze", albo: „Ja tu tylko sluze", to czegos brak: on ma sluzyc rzadzac i rzadzic sluzac. Wymowny tego wzór znajdujemy w samym Chrystusie: On sluzyl nieustannie, ale równiez w duchu sluzby Bozej potrafil wyrzucic kupców ze swiatyni, kiedy zaszla taka potrzeba. Mysle jednak, ze mimo pewnych trudnosci z upominaniem podjalem wszystkie potrzebne decyzje. Jako metropolita krakowski bardzo sie staralem, zeby je podejmowac kolegialnie, tzn. naradzajac sie z moimi biskupami pomocniczymi i wspólpracownikami. Co tydzien byly sesje kurialne, na których wszystkie sprawy byly omawiane w kontekscie najwiekszego dobra archidiecezji. Moim wspólpracownikom lubilem stawiac dwa pytania. Pierwsze brzmialo: „Jaka prawda wiary rzuca swiatlo na ten problem?" A drugie: „Kogo mozemy wziac albo przygotowac do pomocy?" Znalezienie religijnego uzasadnienia dla dzialania i osoby odpowiedniej do zadan bylo dobrym poczatkiem, rokujacym nadzieje na powodzenie duszpasterskich przedsiewziec.

Wreczenie pastoralu konczy obrzed swiecen. Potem rozpoczyna sie Msza sw, która nowy biskup celebruje razem z konse-kratorami. To wszystko tak bardzo nasycone jest trescia, myslami, osobista swiadomoscia, ze nie da sie tego ani adekwatnie oddac, ani niczego dodac!

Pielgrzymka do sanktuarium Maryi

Po Mszy sw. poszedlem z Wawelu prosto do seminarium, bo tam bylo przyjecie dla zaproszonych gosci, ale jeszcze tego samego wieczora pojechalem z tzw. „srodowiskiem" moich przyjaciól do Czestochowy, gdzie nastepnego dnia rano odprawilem Msze sw. w kaplicy cudownego obrazu Matki Boskiej.

Czestochowa to miejsce szczególne dla Polaków. W jakims sensie utozsamia sie z Polska i z jej historia, a szczególnie z historia zmagan o narodowa niepodleglosc. Tu jest narodowe sanktuarium, zwane Jasna Góra. Clarus Mons - Chiaromonte: ta nazwa, odwolujaca sie do swiatla, które rozprasza mroki, nabierala szczególnego znaczenia dla Polaków przezywajacych ciemne czasy wojen, rozbiorów i okupacji. Wszyscy wiedzieli, ze zródlem tego swiatla nadziei jest obecnosc Maryi w Jej cudownym wizerunku. Tak bylo chyba po raz pierwszy podczas najazdu szwedzkiego zwanego w historii „potopem". Wówczas - rzecz znaczaca - Sanktuarium stalo sie twierdza, której najezdzcy nie udalo sie zdobyc. Naród odczytal wtedy ten fakt jako zapowiedz zwyciestwa. Wiara w opieke Maryi dala Polakom sile do pokonania najezdzcy. Odtad Sanktuarium Jasnogórskie bylo niejako ostoja wiary, ducha, kultury i wszystkiego, co stanowi o tozsamosci narodowej. Tak bylo szczególnie w dlugim okresie rozbiorów i utraty suwerennosci panstwa. Podczas II wojny swiatowej nawiazywal do tego papiez Pius XII, gdy mówil: „Nie zginela Polska i nie zginie, bo Polska wierzy, Polska sie modli, Polska ma Jasna Góre". I te slowa dzieki Bogu spelnily sie.

Potem jednak nadszedl inny ciemny okres w naszych dziejach - czas zmagania z komunizmem. Wladze partyjne mialy swiadomosc tego, czym jest dla Polaków Jasna Góra, cudowny Obraz i maryjna poboznosc, która od poczatku ksztaltuje sie wokól niego. Dlatego, gdy z inicjatywy Episkopatu, a zwlaszcza kardynala

Stefana Wyszynskiego ruszyla z Czestochowy peregrynacja „Czarnej Madonny", która miala nawiedzic wszystkie parafie i wspólnoty w Polsce, wladze komunistyczne robily wszystko, by uniemozliwic to „nawiedzenie". Kiedy Obraz zostal „zaaresztowany" przez milicje, pielgrzymowaly puste ramy, a ich wymowa byla jeszcze bardziej czytelna. W tych ramach bez obrazu odczytywano niemy znak braku wolnosci religijnej. A Naród wiedzial, ze ma do niej prawo i tym bardziej o nia sie modlil. To pielgrzymowanie trwalo prawie dwadziescia piec lat i zaowocowalo posród Polaków niezwyklym umocnieniem w wierze, nadziei i milosci.

Wszyscy wierzacy Polacy pielgrzymuja do Czestochowy. Ja tez od dziecka tam jezdzilem z pielgrzymkami. W roku 1936 byla wielka pielgrzymka mlodziezy akademickiej z calej Polski, polaczona ze zlozeniem uroczystego slubowania przed obrazem. Potem byla ona powtarzana co roku.

Podczas okupacji odbylem te pielgrzymke juz jako student filologii polskiej na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellonskiego. Pamietam ja szczególnie, bo dla podtrzymania tradycji pojechalismy do Czestochowy jako delegaci: Tadeusz Ulewicz, ja i jeszcze ktos trzeci. Jasna Góra byla otoczona przez wojska hitlerowskie. Ojcowie paulini udzielili nam gosciny. Wiedzieli, ze jestesmy delegacja. Bylo to oczywiscie zakonspirowane. Mielismy satysfakcje, ze udalo sie nam te tradycje podtrzymac. Pózniej tez wielokrotnie jezdzilem z róznymi pielgrzymkami - w szczególnosci z pielgrzymka wadowicka.

Co roku na Jasnej Górze odbywaly sie rekolekcje biskupów, zwykle na poczatku wrzesnia. Pierwszy raz uczestniczylem w nich jeszcze jako zwyczajny biskup nominat. Zabral mnie ze soba arcybiskup Baziak. Pamietam, ze tamte rekolekcje prowadzil ks. Jan Zieja, kaplan o wybitnej osobowosci. Naturalnie pierwsze miejsce zajmowal Prymas, kardynal Stefan Wyszynski, czlowiek prawdziwie opatrznosciowy na czasy, w których zylismy.

Chyba z tych pielgrzymek na Jasna Góre zrodzilo sie pragnienie, aby pierwsze kroki w papieskim pielgrzymowaniu skierowac do sanktuarium maryjnego. To pragnienie poprowadzilo mnie w pierwsza podróz apostolska do Meksyku, do stóp Dziewicy z Guadalupe. W milosci Meksykanów i w ogóle mieszkanców Ameryki Srodkowej i Poludniowej do Maryi z Guadalupe -milosci wyrazanej spontanicznie i uczuciowo, ale bardzo intensywnej i glebokiej - jest wiele podobienstw do polskiej poboznosci maryjnej, która uksztaltowala takze moja duchowosc. Serdecznie nazywaja Maryje La Virgen Morenita, co mozna swobodnie przetlumaczyc jako „Czarna Madonna". Jest tam bardzo znana ludowa piesn o milosci mlodzienca do dziewczyny; Meksykanie odnosza te piesn do Matki Bozej. Wciaz brzmia w moich uszach te melodyjne slowa:

„Conoci a una linda Morenita... y la quise mucho.

Por las tardes iba yo enamorado y cannoso a verla.

A/ contemplar sus ojos, mi pasión creda.

Ay Morena, morenita mia, no te ohidare.

Hay un Amor muy grande que existe entre los dos,

entre los dos..." '

Nawiedzilem sanktuarium w Guadalupe podczas mojej pierwszej papieskiej pielgrzymki w styczniu 1979 roku. Decyzja

0 podrózy byla podjeta w odpowiedzi na zaproszenie na posiedzenie Konferencji Biskupów Ameryki Lacinskiej (CELAM) do Puebla de los Angeles. Ta pielgrzymka poniekad natchnela

1 uksztaltowala wszystkie kolejne lata pontyfikatu.

Najpierw zatrzymalem sie na Santo Domingo, skad udalem sie do Meksyku. Bylo czyms niezwykle wzruszajacym, gdy udajac sie do miejsca odpoczynku przejezdzalismy ulicami pelnymi ludzi. Mozna bylo - zeby tak powiedziec - namacalnie odczuc poboznosc tych niezliczonych osób. Kiedy wreszcie dojechalismy na miejsce, gdzie mielismy przenocowac, ludzie wciaz spiewali - a byla juz pólnoc. I wtedy Stas (ks. Stanislaw Dziwisz) doszedl do wniosku, ze musi wyjsc, aby ich uciszyc, tlumaczac im, ze papiez musi pospac. Wtedy sie uspokoili.

Pamietam, ze wyjazd do Meksyku traktowalem troche jak „przepustke", która mogla otworzyc mi droge do polskiej pielgrzymki. Sadzilem bowiem, ze komunisci w Polsce nie beda

(1) Poznalem piekna Ciemnoskóra i bardzo ja polubilem. / Wieczorami szedlem rozkochany i czuly, by ja zobaczyc. / Gdy kontemplowalem jej oczy, moja milosc wzrastala. / Ciemnoskóra, moja ciemnoskóra, nie zapomne o Tobie. / Wielka milosc jest miedzy nami, / miedzy nami...

mogli odmówic mi pozwolenia na przyjazd do Ojczyzny, skoro zostalem przyjety przez kraj o tak swieckiej konstytucji jak ówczesny Meksyk. Chcialem jechac do Polski i tak sie stalo w czerwcu tego samego roku.

Guadalupe, najwieksze sanktuarium w calej Ameryce jest dla tego kontynentu tym, czym Czestochowa dla Polski. To sa dwa troche rózne swiaty: w Guadalupe jest swiat latynoamerykanski, a w Czestochowie swiat slowianski, cala Europa Wschodnia. Mozna sie bylo o tym przekonac podczas Swiatowego Dnia Mlodziezy w 1991 r., gdy po raz pierwszy zjawili sie w Czestochowie mlodzi ludzie pochodzacy spoza polskiej wschodniej granicy: Ukraincy, Lotysze, Bialorusini, Rosjanie... Wszystkie zakatki Europy Wschodniej byly reprezentowane.

Wrócmy jednak do Guadalupe. W roku 2002 dane mi bylo dokonac w tym Sanktuarium kanonizacji Juana Diego. Byla to wspaniala okazja do dziekczynienia Bogu. Juan Diego, przyjaw-szy chrzescijanskie oredzie, nie rezygnujac ze swej rdzennej tozsamosci, odkryl gleboka prawde o nowej ludzkosci, w której wszyscy sa powolani, by byc dziecmi Bozymi w Chrystusie. „Wyslawiam Cie, Ojcze, Panie nieba i ziemi, ze zakryles te rzeczy przed madrymi i roztropnymi, a objawiles je prostaczkom" (Mt 11, 25). A w tej tajemnicy szczególna role miala Maryja.


Czesc II

Dzialalnosc biskupa

„Spelnij swe poslugiwanie" (2 Tm 4, 5)

Biskupie zadania

Powróciwszy do Krakowa z mojej pierwszej biskupiej pielgrzymki na Jasna Góre, zaczalem chodzic do Kurii. Zostalem mianowany od razu wikariuszem generalnym. Moge szczerze powiedziec, ze zaprzyjaznilem sie z wszystkimi pracownikami Kurii krakowskiej. Ks. Stefan Marszowski, ks. Mieczyslaw Sa-tora, ks. Mikolaj Kuczkowski, ks. infulat Bohdan Niemczewski. Ten ostatni jako dziekan kapituly najbardziej zdecydowanie zabiegal potem, zebym ja zostal mianowany arcybiskupem, wbrew calej arystokratycznej tradycji. W Krakowie bowiem arcybiskupi bywali zwykle wybierani sposród arystokratów. Bylo wiec zaskoczeniem, gdy po nich wszystkich zostalem mianowany ja, „proletariusz". To jednak wydarzylo sie kilka lat pózniej, w 1964 roku. Jeszcze do tego powróce.

W Kurii dobrze sie czulem i lata krakowskie wspominam z wielka wdziecznoscia i radoscia. Zaczeli przychodzic do mnie ksieza, przynoszac rózne sprawy. Z entuzjazmem oddalem sie pracy. A na wiosne zaczely sie wizytacje.

Stopniowo wdrazalem sie w nowe funkcje koscielne. Razem z biskupim powolaniem i konsekracja przyjalem nowe zadania. W zwiezlej syntezie zostaly one ujete w liturgii biskupiej konsekracji. Jak wspomnialem, od czasu mojej sakry w 1958 roku,

obrzed swiecen biskupów ulegl zmianom, jednak jego istota pozostala nienaruszona. Dawny zwyczaj, ustalony przez Ojców Kosciola, nakazywal, aby przyszlego biskupa zapytac wobec ludu, czy chce dochowac wiary i wypelniac powierzony mu urzad poslugiwania. Obecnie pytania te brzmia tak:

Czy chcesz

z laska Ducha Swietego

pelnic az do smierci

powierzony nam przez Apostolów urzad

poslugiwania,

który otrzymasz przez nalozenie naszych rak?

Czy chcesz wiernie i nieustannie glosic Ewangelie Chrystusa?

Czy chcesz zachowac czysty i nienaruszony skarb wiary,

który zgodnie z tradycja

od czasów apostolskich

zawsze i wszedzie strzezony jest w Kosciele?

Czy chcesz budowac Cialo Chrystusa, to jest Jego Kosciól,

i trwac w jednosci z kolegium biskupów,

pod przewodnictwem nastepcy swietego Piotra Apostola?

Czy chcesz wiernie okazywac posluszenstwo nastepcy

swietego Piotra?

Czy jako milujacy ojciec chcesz razem z naszymi wspólpracownikami, prezbiterami i diakonami,

troszczyc sie o swiety Lud Bozy i kierowac go na droge zbawienia?

Czy ze wzgledu na imie Pana

chcesz byc przystepny i milosierny

dla ubogich, przybyszów i wszystkich potrzebujacych?

Czy jako dobry pasterz

chcesz szukac zblakanych owiec

i odnosic je do Panskiej owczarni?

Czy chcesz nieustannie blagac wszechmogacego Boga

za lud swiety i nienagannie pelnic urzad poslugiwania najwyzszego

kaplanstwa? (Pontyfikat rzymski, Obrzed swiecen biskupa)

Slowa tu przytoczone z pewnoscia zapisaly sie gleboko w sercu kazdego biskupa. Stanowia one echo pytan Jezusa nad Jeziorem Galilejskim: „«Szymonie, synu ]ana, czy milujesz Mnie wiecej anizeli ci?» (...) Rzekl do niego: «Pas baranki mojel» I znowu, po raz drugi, powiedzial do niego: «Szymonie, synu Jana, czy milujesz Mnie?» (...) Rzekl do niego: «Pas owce moje\» Powiedzial mu po raz trzeci: «Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?» Zasmucil sie Piotr, ze mu po raz trzeci powiedzial: «Czy kochasz Mnie?» I rzekl do Niego: «Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, ze Cie kocham*. Rzekl do niego Jezus: «Pas owce moje!»" (J 21, 15-17). Nie twoje owce, nie wasze, lecz moje! On bowiem stworzyl czlowieka. On go odkupil. On wykupil wszystkich, co do jednego, za cene swojej Krwi!

Pasterz

Tradycja chrzescijanska utrwalila biblijny obraz pasterza w trzech postaciach: jako tego, który niesie na ramionach zagubiona owce; jako tego, który prowadzi swoje stada na zielone pastwiska; i jako tego, który laska pasterska zagarnia swoje owce i broni je od niebezpieczenstw.

We wszystkich trzech obrazach powraca jedno przeslanie: pasterz jest dla owiec, a nie owce dla pasterza. Jest tak bardzo z nimi zwiazany, ze jest gotów zycie oddac za owce (por. J 10, 11). Kazdego roku w dwudziestym czwartym i dwudziestym piatym tygodniu okresu zwyklego, w Liturgii godzin, pojawia sie dlugie Kazanie o pasterzach sw. Augustyna (por. Godzina czytan). Nawiazujac do Ksiegi proroka Ezechiela, biskup Hippony bardzo ostro pietnuje zlych pasterzy, to znaczy takich, którzy nie troszcza sie o owce, ale o samych siebie: „Zobaczmyz teraz, co prawdomówne Slowo Boze mówi do pasterzy, którzy pasa siebie samych, a nie owce: «Nakarmiliscie sie mlekiem, odzialiscie sie welna; zabiliscie tluste zwierzeta, jednakze owiec nie pasliscie. Slabej nie wzmacnialiscie, o zdrowie chorej nie dbaliscie, skaleczonej nie opatrywaliscie, zablakanej nie sprowadziliscie z powrotem, zagubionej nie odszukaliscie, mocna gnebiliscie; rozproszyly sie owce moje, bo nie mialy pasterza»" (Godzina czytan, poniedzialek XXIV tygodnia). Sw. Augustyn dochodzi jednak do pelnego optymizmu stwierdzenia: „Nie brak dobrych pasterzy, ale wszyscy sa w Jednym. (...) Wszyscy (...) dobrzy pasterze sa w Jednym i jedno stanowia. Gdy oni pasa, Chrystus pasie. (...) W nich bowiem jest Jego glos i Jego milosc" (Godzina czytan, piatek XXV tygodnia).

Jakze przejmujace refleksje o posludze pasterskiej pozostawil nam takze sw. Grzegorz Wielki: „Swiat jest pelen kaplanów, ale niewielu jest robotników na zniwach Pana. Przyjmujemy wprawdzie stan kaplanski, ale zadania urzedu nie spelniamy. (...) Zaniedbujemy obowiazek gloszenia i na nasze nieszczescie — jak widze - nazywamy sie biskupami. Zatrzymujemy godnosc, a pomijamy zobowiazania godnosci. Ci, którzy zostali nam powierzeni, opuszczaja Boga, a my milczymy" (Godzina czytan, sobota XXVII tygodnia). Coroczne przypomnienie, jakie liturgia kieruje do naszej swiadomosci, odwolujac sie do odpowiedzialnosci wobec Kosciola!

„Znam owce moje" (J 10, 14)

Dobry pasterz zna swoje owce i one go znaja (por. J 10, 14). Zapewne jest zadaniem biskupa roztropnie starac sie, by jak najwiecej osób wspóltworzacych z nim lokalny Kosciól moglo go poznac osobiscie. Ze swej strony on sam bedzie sie staral byc blisko nich, by wiedzial, czym zyja, co cieszy i co niepokoi ich serca. Podstawa tego wzajemnego poznania sa nie tyle okazjonalne spotkania, ile raczej prawdziwe zainteresowanie tym, co dzieje sie w ludzkich sercach, bez wzgledu na wiek, stan lub narodowosc kazdego. Takie zainteresowanie obejmuje tych, którzy sa blisko i tych, którzy sa daleko (por. Dekret o pasterskich zadaniach biskupów w Kosciele, 16). Trudno sformulowac jakas systematyczna teorie na temat traktowania ludzi. Niemniej mnie bardzo pomagal personalizm, który zglebialem studiujac filozofie. Kazdy czlowiek jest osoba indywidualna i dlatego nigdy a priori nie moge zaprogramowac jakiegos odniesienia, które byloby wlasciwe dla wszystkich, ale poniekad musze uczyc sie go za kazdym razem od poczatku. Dobrze wyraza to wiersz Jerzego Lieberta:

„ Ucze sie ciebie, czlowieku.

Powoli sie ucze, powoli.

Od tego uczenia trudnego

Raduje sie serce i boli" (Poezje, Warszawa 1983, s. 144).

Dla biskupa jest bardzo wazne miec kontakt z ludzmi i posiasc umiejetnosc kontaktowania sie z nimi na rózne sposoby. Jesli o mnie chodzi, to rzecz znamienna, ze nigdy nie mialem wrazenia, zeby liczba moich kontaktów byla zbyt duza. Niemniej moja stala troska bylo, aby w kazdym przypadku zachowac indywidualny charakter tych odniesien. Kazdy czlowiek jest osobnym rozdzialem. Zawsze dzialalem zgodnie z tym przekonaniem. Zdaje sobie jednak sprawe, ze tego nie mozna sie nauczyc. To po prostu jest, wyplywa z wnetrza.

Zainteresowanie drugim czlowiekiem zaczyna sie od modlitwy biskupa, od jego rozmowy z Chrystusem, który mu powierza „swoich". Modlitwa przygotowuje nas do spotkan z drugimi. Sa to spotkania, w których dzieki duchowemu otwarciu mozemy sie wzajemnie poznawac i rozumiec takze wtedy, kiedy czasu jest niewiele. Ja za wszystkich po prostu modle sie dzien w dzien. Gdy spotykam czlowieka, to juz sie za niego modle i to zawsze pomaga w kontakcie z nim. Trudno mi powiedziec, jak ludzie to odbieraja - trzeba by ich zapytac. Mam jednak taka zasade, ze kazdego przyjmuje jako osobe, która przysyla Chrystus - jako tego, którego mi dal i zarazem zadal.

Nie lubie wyrazenia „tlum", które naznaczone jest anonimowoscia; wole okreslenie „rzesza" (po grecku plethos: Mk 3, 7; Lk 6, 17; Dz 2, 6; 5, 14 i inne). Chodzil Chrystus po drogach Palestyny, a za Nim czesto szly wielkie rzesze ludzi; tak tez bylo w przypadku Apostolów. Oczywiscie posluga, która pelnie, wymaga ode mnie spotkan z wieloma ludzmi, czasem z wielkimi rzeszami. Tak bylo na przyklad w Manili, gdzie byly miliony mlodych ludzi. Jednakze nie mozna bylo w tym przypadku mówic o anonimowym tlumie. I tak jest wszedzie.

W Manili mialem przed oczyma cala Azje. Ilu chrzescijan i ilez milionów ludzi, którzy na tym kontynencie jeszcze nie znaja Chrystusa! Ogromna nadzieje wiaze z dynamicznym Kosciolem na Filipinach i w Korei. Azja: oto nasze wspólne zadanie na trzecie tysiaclecie!

Sprawowanie sakramentów

Najwiekszy skarb, najwieksze bogactwo, jakim dysponuje biskup, to sakramenty. Swieceni przez niego kaplani sluza mu pomoca w udzielaniu sakramentów. Skarb ten zostal zlozony w rece Apostolów i ich nastepców przez Chrystusa na mocy Jego „testamentu", zarówno w najglebszym teologicznym sensie tego slowa, jak tez w jego najprostszym sensie ludzkim. Chrystus, „wiedzac, ze nadeszla godzina Jego, by przeszedl z tego swiata do Ojca" (J 13, 1), „sam Dwunastu sie powierzyl i na pokarm z rak swych dal" (Hymn Pange lingua), polecajac im powtarzac ryt Wieczerzy: lamac chleb i podawac kielich wina, sakramentalne znaki Jego ofiarowanego Ciala i przelanej Krwi. Po smierci i zmartwychwstaniu zlecil im posluge odpuszczania grzechów i udzielania innych sakramentów, poczynajac od Chrztu. Ten skarb Apostolowie przekazali swoim nastepcom. Obok gloszenia slowa, sprawowanie sakramentów jest wiec pierwszym zadaniem biskupów, któremu podporzadkowane maja byc wszystkie inne ich prace. Wszystko w zyciu i dzialaniu biskupa ma sluzyc temu jednemu zadaniu.

Wiemy, ze potrzebujemy w tym pomocy. „Prosimy Cie, Panie, udziel takze nam slabym takich pomocników, albowiem im slabsi jestesmy od Apostolów, tym wiekszej ich liczby potrzebujemy" (Pontyfikat rzymski, Obrzed swiecen prezbiterów). Dlatego wybieramy, przygotowujemy zdatnych do tego kandydatów i wyswiecamy ich na prezbiterów i diakonów. Razem z nami podejmuja oni zadanie gloszenia slowa i sprawowania sakramentów swietych.

Taka perspektywa winna oswiecac i porzadkowac zadania, jakie podejmujemy na co dzien, sprawy, które wypelniaja nasze kalendarze. Oczywiscie dotyczy to nie tylko sprawowania Eucharystii i udzielania Bierzmowania posrodku zgromadzonego Kosciola, lecz takze udzielania Chrztu swietego dzieciom, a nade wszystko doroslym, którzy za sprawa pracy apostolskiej wspólnoty naszego Kosciola lokalnego zostali przygotowani, aby stac sie uczniami Chrystusa. Nie mozna tez nie doceniac osobistego sprawowania sakramentu Pokuty, czy nawiedzania chorych z ustanowionym specjalnie dla nich sakramentem Namaszczenia. Do zadan biskupa nalezy równiez troska o swietosc malzenstwa, jaka powinien okazywac nie tylko za posrednictwem proboszczów, ale takze osobiscie, starajac sie, gdy jest to mozliwe, blogoslawic zaslubinom. Naturalnie wiekszosc tych zadan podejmuja kaplani jako wspólpracownicy biskupów. Jednak osobiste zaangazowanie pasterza diecezji w sprawowanie sakramentów jest dla powierzonego mu ludu - swieckich i prezbiterów -dobrym przykladem. Jest to dla nich bardziej czytelny znak jego wiezi z Chrystusem, obecnym i dzialajacym we wszystkich tajemnicach sakramentalnych. Sam Chrystus pragnie, bysmy byli narzedziami dziela zbawienia, które On realizuje poprzez sakramenty Kosciola. To wlasnie w tych skutecznych znakach laski odslania sie przed oczyma ludzkiej duszy oblicze Chrystusa, milosiernego Zbawcy i Dobrego Pasterza. Biskup, który osobiscie sprawuje sakramenty, ukazuje sie w sposób czytelny wszystkim jako znak Chrystusa zawsze obecnego i dzialajacego w swoim Kosciele.


Wizytacje duszpasterskie

Jak juz wspomnialem, regularnie chodzilem pracowac do Kurii, ale szczególnie cenilem sobie wizytacje duszpasterskie. Bardzo je lubilem, gdyz dawaly mi one mozliwosc bezposredniego kontaktu z ludzmi. Mialem odczucie, ze ich wówczas „wychowywalem". Przychodzili do mnie kaplani i swieccy, przychodzily rodziny, mlodzi i starzy, zdrowi i chorzy, rodzice z ich dziecmi i z ich problemami; przychodzili wszyscy ze wszystkim. To bylo zycie.

Pamietam dobrze pierwsza wizytacje w Mucharzu pod Wadowicami. Byl tam stary proboszcz, taki rasowy kaplan, pralat. Nazywal sie Józef Motyka. Wiedzial, ze to moja pierwsza wizytacja i bardzo byl tym wzruszony. Powiedzial, ze dla niego bedzie ona chyba ostatnia. Uwazal, ze musi byc dla mnie przewodnikiem. Wizytacja obejmowala caly dekanat i trwala dwa miesiace - maj i czerwiec. Po wakacjach natomiast wizytowalem mój rodzinny dekanat wadowicki.

Wizytacje odbywaly sie na wiosne i w jesieni. Nie zdazylem zwizytowac wszystkich parafii, których bylo ponad trzysta. Choc bylem 20 lat biskupem w Krakowie, nie zdazylem. Pamietam, ze ostatnia parafia archidiecezji krakowskiej, która wizytowalem, byla parafia sw. Józefa na Zlotych Lanach, na nowo powstalym osiedlu Bielska-Bialej. Proboszczem parafii Opatrznosci Bozej w tym miescie byl ks. Józef Sanak, u którego nocowalem. Po powrocie z tej wizytacji odprawilem Msze sw. za zmarlego papieza Jana Pawla I i pojechalem do Warszawy, by wziac udzial w obradach Komisji Episkopatu, a potem wyruszylem do Rzymu... nie wiedzac, ze trzeba bedzie tam pozostac.

Wizytacje moje byly raczej dlugie: moze dlatego nie zdazylem wszystkich parafii odwiedzic. Wypracowalem sobie wlasny model wypelniania tego pasterskiego obowiazku. Byl wprawdzie model tradycyjny i od niego zaczalem we wspomnianym Mucharzu. Stary pralat, którego tam zastalem, byl mi w tym cennym przewodnikiem. Pózniej jednak, kierujac sie pozyskiwanym doswiadczeniem, uznalem za stosowne wprowadzic pewne zmiany. Nie zadowalal mnie raczej jurydyczny ksztalt, jaki w przeszlosci mialy wizytacje; chcialem wprowadzic wiecej tresci duszpasterskiej.

Wypracowalem pewien schemat. Zawsze wizytacja zaczynala sie przywitaniem, w którym braly udzial rózne osoby i grupy: starsi, dzieci i mlodziez. Potem wprowadzano mnie do kosciola, gdzie mialem przemówienie, które mialo sluzyc nawiazaniu kontaktu z ludzmi. Nastepnego dnia szedlem najpierw do konfesjonalu i spowiadalem penitentów - godzine, dwie, w zaleznosci od sytuacji.

Potem byla Msza sw. i odwiedziny w domach, przede wszystkim u chorych, ale nie tylko. Niestety do szpitali komunisci nie wpuszczali. Byli takze chorzy, przywozeni do kosciola na osobne spotkanie. To w diecezji organizowala sluga Boza Hanna Chrzanowska. Zawsze czulem, ze osoby cierpiace stanowia fundamentalne oparcie w zyciu Kosciola. Pamietam, ze przy pierwszych kontaktach chorzy mnie oniesmielali. Potrzeba bylo sporo odwagi, aby stanac wobec cierpiacego i niejako wniknac w jego ból fizyczny i duchowy, aby nie ulegac zaklopotaniu i okazac przynajmniej odrobine pelnego milosci wspólczucia. Gleboki sens tajemnicy ludzkiego cierpienia odslonil mi sie pózniej. W slabosci chorych zawsze dostrzegalem coraz bardziej objawiajaca sie sile — sile milosierdzia. Chorzy niejako „prowokuja" milosierdzie. Przez swoja modlitwe i ofiare nie tylko wypraszaja milosierdzie, ale stanowia „przestrzen milosierdzia", czy lepiej „otwieraja przestrzen" dla milosierdzia. Swoja choroba i cierpieniem wzywaja do czynów milosierdzia i stwarzaja mozliwosc ich podejmowania. Mialem zwyczaj powierzac chorym sprawy Kosciola i zawsze przynosilo to dobry skutek. W czasie wizytacji udzielalem równiez sakramentów: bierzmowalem mlodziez i blogoslawilem malzenstwa.

Z kolei spotykalem sie oddzielnie z róznymi grupami, np. z nauczycielami, pracownikami parafii, z mlodzieza. Bylo takze osobne spotkanie w kosciele z wszystkimi malzenstwami, polaczone ze Msza sw, a konczylo sie specjalnym blogoslawienstwem udzielanym oddzielnie kazdej z par. Podczas takiego spotkania byla oczywiscie homilia specjalnie dla malzenstw. Zawsze ze szczególnym wzruszeniem przezywalem spotkania z rodzinami wielodzietnymi, jak równiez z matkami oczekujacymi na narodzenie dziecka. Pragnalem wyrazic moje uznanie dla macierzynstwa i ojcostwa. Zaangazowanie duszpasterskie na rzecz par malzenskich i rodzin towarzyszylo mi od poczatku kaplanstwa. Jako duszpasterz akademicki organizowalem kursy przedmalzenskie, a pózniej, jako biskup, wspieralem duszpasterstwo rodzin. Z tych doswiadczen, z tych spotkan z narzeczonymi, malzenstwami i rodzinami zrodzil sie poetycki dramat Przed sklepem jubilera i ksiazka Milosc i odpowiedzialnosc, a potem, bardziej wspólczesnie, równiez List do Rodzin.

Byly tez osobne spotkania z ksiezmi. Chcialem kazdemu dac okazje do tego, by mógl zwierzyc sie, podzielic radosciami i troskami swego poslugiwania. Dla mnie te spotkania okazaly sie cenna okazja, by dzieki nim poznawac skarbiec madrosci zgromadzony przez lata apostolskiego trudu.

Przebieg wizytacji duszpasterskiej zalezal od warunków danej parafii. Faktycznie ich sytuacje byly bardzo rózne. Na przyklad wizytacja w parafii Mariackiej w Krakowie trwala dwa miesiace: tyle jest w niej kosciolów i kaplic. Zupelnie inaczej bylo w Nowej Hucie: nie bylo tam kosciola, ale byly dziesiatki tysiecy mieszkanców. Istniala jedynie mala kapliczka, dobudowana do dawnej szkoly. Trzeba pamietac, ze byly to czasy postalinow-skie i trwala walka z religia. Rzad nie zgadzal sie na budowe nowych kosciolów w „socjalistycznym miescie", jakim miala byc Nowa Huta.


Walka o kosciól

Wlasnie w Krakowie-Nowej Hucie nieustannie trwala zacieta walka o budowe kosciola. Ta wielotysieczna dzielnica byla zamieszkala w wiekszosci przez przybywajacych z calej Polski pracowników wielkiego zakladu metalurgicznego. Zgodnie z zalozeniem wladz, Nowa Huta miala byc wzorowo „socjalistyczna", czyli pozbawiona jakichkolwiek zwiazków z Kosciolem. Nie mozna bylo jednak zapomniec, ze ci ludzie, którzy przybyli tu w poszukiwaniu pracy, nie mieli zamiaru wyrzec sie swoich katolickich korzeni.

Zmagania zaczely sie od duzego osiedla w Bienczycach. Poczatkowo, na skutek pierwszych nacisków, wladze komunistyczne wydaly pozwolenie na budowe kosciola i wydzielono teren. Tam tez ludzie od razu postawili krzyz. To pozwolenie jednak, dane jeszcze za czasów ksiedza arcybiskupa Baziaka, cofnieto i wladze zarzadzily likwidacje krzyza. Wierni zdecydowanie sie temu przeciwstawili. Wywiazala sie wrecz walka z milicja - byly ofiary, ranni. Prezydent miasta prosil, zeby „uspokoic ludzi". To byl jeden z pierwszych aktów dlugiej walki o wolnosc i godnosc te] czesci narodu, która losy rzucily do nowej czesci Krakowa.

Ostatecznie ta walka zostala wygrana, choc za cene dlugotrwalej „wojny nerwów". Prowadzilem rozmowy z wladzami, glównie z kierownikiem Wojewódzkiego Urzedu do Spraw Wyznan. Byl to czlowiek, który wprawdzie w rozmowie zachowywal sie grzecznie, ale byl twardy i nieustepliwy przy podejmowaniu decyzji, które zdradzaly ducha zlosliwosci i uprzedzen.

Dzielo budowy kosciola podjal i doprowadzil pomyslnie do konca ks. proboszcz Józef Gorzelany. Madrym pociagnieciem duszpasterskim byla zacheta, jaka skierowal do parafian, by kazdy z nich przyniósl kamien, który bedzie wykorzystany przy budowie fundamentów i murów. W ten sposób kazdy czul sie osobiscie zaangazowany we wznoszenie murów nowej swiatyni.

Podobna sytuacje przezywalismy w osrodku duszpasterskim w Mistrzejowicach. Glównym bohaterem tamtejszych wydarzen byl heroiczny ksiadz Józef Kurzeja, który przyszedl do mnie i sam zaproponowal, ze pójdzie sprawowac swoja posluge na tym osiedlu. Byla tam bowiem mala budka, w której chcial zaczac kate-chizowac, w nadziei, ze powoli bedzie mógl stworzyc nowa parafie. Tak tez sie stalo, ale zmagania o kosciól w Mistrzejowicach ks. Józef przyplacil zyciem. Szykanowany przez wladze komunistyczne dostal zawalu serca i zmarl w wieku trzydziestu dziewieciu lat.

W walce o kosciól w Mistrzejowicach pomagal mu ks. Mikolaj Kuczkowski. Pochodzil z Wadowic, podobnie jak ja. Pamietam go z tego czasu, kiedy byl jeszcze prawnikiem i mial narzeczona, piekna dziewczyne, Nastke, prezeske Katolickiego Stowarzyszenia Mlodziezy. Gdy zmarla, postanowil zostac ksiedzem. W 1939 roku wstapil do seminarium i rozpoczal studia filozoficzne i teologiczne. Zakonczyl je w 1945 roku. Bylem z nim bardzo zzyty i on mnie takze lubil. Chcial — jak zwyklo sie mówic - „wyprowadzic mnie na ludzi". Po swieceniach biskupich osobiscie zadbal, abym przeprowadzil sie do domu biskupów krakowskich przy ul. Franciszkanskiej 3. Wielokrotnie moglem przekonac sie, jaki byl dobry dla ks. Józefa Kurzei, pierwszego proboszcza w Mistrzejowicach. Jesli chodzi o samego ks. Józefa, to moge powiedziec, ze byl czlowiekiem prostym i dobrym (jedna z jego sióstr jest sercanka). Jak wspomnialem, ks. Kuczkowski bardzo mu pomagal w jego dzialaniach, a kiedy ks. Józef zmarl, zrezygnowal ze stanowiska kanclerza Kurii i przejal po nim parafie w Mistrzejowicach. Tam tez obaj zostali pochowani w krypcie pod kosciolem, który zbudowali.

Mozna by duzo o nich opowiadac. Pozostali dla mnie wymownym przykladem braterstwa kaplanskiego, które z uznaniem obserwowalem i któremu towarzyszylem jako biskup: ,}Nierny przyjaciel potezna obrona, kto go znalazl, skarb znalazl" (Syr 6, 14). Prawdziwa przyjazn, która rodzi sie w Chrystusie: „Nazwalem was przyjaciólmi..." (J 15, 15).

Sprawe wznoszenia kosciolów w PRL bardzo posunal naprzód biskup Ignacy Tokarczuk w pobliskiej diecezji przemyskiej. Budowal je nielegalnie, za cene wielu ofiar i szykan ze strony lokalnych wladz komunistycznych. Mial jednak o tyle korzystniejsza sytuacje, ze wspólnoty w jego diecezji byly przewaznie na wsi; mieszkancy wsi, oprócz tego, ze bardziej wrazliwi na sprawy religii, nie byli poddani takiej kontroli milicji, jak mieszkancy miast.

Z wielka wdziecznoscia i szacunkiem mysle o proboszczach, którzy budowali w tamtych czasach koscioly. Ta wdziecznoscia obejmuje wszystkich budowniczych kosciolów, gdziekolwiek sa na swiecie. Zawsze staralem sie ich wspomagac. W Nowej Hucie znakiem takiego wsparcia staly sie pasterki odprawiane pod golym niebem, bez wzgledu na mróz. Najpierw celebrowalem je w Bienczycach, potem równiez w Mistrzejowicach i na Wzgórzach Krzeslawickich. Stanowilo to dodatkowy argument w pertraktacjach z wladzami, bo mozna bylo sie odwolywac do prawa wiernych do ludzkich warunków w publicznym manifestowaniu ich wiary.

Mówie o tym wszystkim, bo nasze ówczesne doswiadczenia pokazuja, jak rózne moga sie okazac zadania pasterskie biskupa. Jest w tych dziejach takze echo pasterskich przezyc zwiazanych z dzieleniem losów powierzonej mu owczarni. Moglem osobiscie przekonac sie, jak bardzo prawdziwe jest to, co zostalo powiedziane w Ewangelii o owcach, które ida za dobrym pasterzem: za obcym nie pójda, bo znaja glos swego pasterza. Ma on takze inne owce, które nie sa z jego owczarni. I te musi przyprowadzic (por. J 10,4-5.16).


Czesc III

Obowiazki naukowe i duszpasterskie

„...pelni szlachetnych uczuc, ubogaceni wszelka wiedza..."

(Rz 15, 14)

Wydzial Teologiczny w kontekscie innych wydzialów uniwersyteckich

Jako biskup Krakowa czulem sie zmuszony takze do podjecia obrony Wydzialu Teologicznego Uniwersytetu Jagiellonskiego. Uwazalem to za swój obowiazek. Wladze panstwowe utrzymywaly, ze ten Wydzial zostal przeniesiony do Warszawy. Pretekstem bylo utworzenie w Warszawie w 1953 roku ATK - Akademii Teologii Katolickiej, pod panstwowym zarzadem. Walka zostala o tyle wygrana, ze pózniej w Krakowie powstal niezalezny Papieski Wydzial Teologiczny, a potem Papieska Akademia Teologiczna.

W tych zmaganiach umacnialo mnie przeswiadczenie, ze nauka, obejmujaca róznorakie dziedziny, jest nieocenionym dziedzictwem narodu. Oczywiscie w rozmowach z wladzami komunistycznymi przedmiotem obrony byla przede wszystkim teologia, bo ten kierunek byl szczególnie zagrozony. Nigdy jednak nie zapominalem o innych galeziach wiedzy, równiez tych pozornie z teologia nie zwiazanych.

Z tymi dziedzinami nauki mialem kontakty glównie przez fizyków. Czesto spotykalismy sie i rozmawiali o najnowszych odkryciach w kosmologii. To bylo fascynujace zajecie, potwierdzajace Pawlowe twierdzenie, ze do jakiegos poznania Boga mozna docierac równiez przez poznanie stworzonego swiata (por.Rz 1, 20-23). Te krakowskie spotkania sa co jakis czas kontynuowane w Rzymie i w Castel Gandolfo. Ich organizatorem jest profesor Jerzy Janik.

Zawsze tez dokladalem staran, zeby istnialo odpowiednie duszpasterstwo ludzi nauki. Ich kapelanem w Krakowie byl jakis czas ks. profesor Stanislaw Nagy, którego niedawno wynioslem do godnosci kardynala, pragnac niejako wyrazic w ten sposób uznanie dla nauki polskiej.

Biskup i swiat kultury

Wiadomo, ze nie wszyscy biskupi sa szczególnie zainteresowani dialogiem z naukowcami. Wielu przedklada zadania duszpasterskie w szerokim tego slowa znaczeniu, nad kontakty z ludzmi nauki. Uwazam jednak, ze warto, zeby duchowni, ksieza i biskupi, mieli osobisty kontakt ze swiatem nauki i tymi, którzy go tworza. Biskup powinien dbac przede wszystkim o swoje uczelnie katolickie. Ale nie tylko. Powinien tez miec zywy kontakt z calym zyciem akademickim: czytac, spotykac sie, dyskutowac, dowiadywac sie, co sie dzieje w tym srodowisku. Oczywiscie sam biskup jest wezwany nie do tego, by byc naukowcem, ale pasterzem. Jako pasterz jednak nie moze nie interesowac sie ta czescia swojej owczarni, skoro do niego nalezy przypominac naukowcom, ze maja obowiazek sluzyc swoja wiedza prawdzie, a przez to pomnazac dobro wspólne.

W Krakowie staralem sie miec równiez kontakt z filozofami: Romanem Ingardenem, Wladyslawem Strózewskim, Andrzejem Póltawskim, a takze z ksiezmi-filozofami: Kazimierzem Kló-sakiem, Józefem Tischnerem i Józefem Zycinskim. Moje osobiste filozofowanie jest niejako rozpiete miedzy dwoma biegunami: arystotelizmem-tomizmem i fenomenologia. Interesowalem sie szczególnie mysla Edyty Stein, postaci niezwyklej równiez z punktu widzenia egzystencjalnej drogi: urodzona we Wroclawiu Zydówka, która odnalazla Chrystusa, przyjela Chrzest, wstapila do klasztoru karmelitanek, jakis czas byla w Holandii, skad nazisci wywiezli ja do Oswiecimia. Tam poniosla smierc w komorze gazowej, a cialo jej spalono w krematorium. Studiowala u Husserla, byla kolezanka naszego filozofa Ingardena. Dane mi ja bylo beatyfikowac w Kolonii, a potem kanonizowac w Rzymie. Oglosilem Edyte Stein, siostre Terese Benedykte od Krzyza jedna z patronek Europy, razem ze swieta Brygida Szwedzka i swieta Katarzyna Sienenska. Trzy kobiety obok trzech patronów: Cyryla, Metodego i Benedykta.

Interesowala mnie jej filozofia, czytalem jej pisma, miedzy innymi Endliches und Ewiges Sein, ale przede wszystkim fascynowalo mnie jej niezwykle zycie, jej tragiczne losy wkomponowane w historie milionów innych bezbronnych ofiar naszej epoki. Ofiara systemu hitlerowskiego, uczennica Edmunda Husserla, zakonnica - prawdziwie niezwykly „przypadek ludzki".

Ksiazki i studium

Wiele jest obowiazków, jakie spadaja na barki biskupa. Znam to dobrze z wlasnego doswiadczenia i zdaje sobie sprawe, jak bardzo moze brakowac czasu. Jednak to samo doswiadczenie nauczylo mnie, jak bardzo biskupowi potrzeba skupienia i studium. Potrzebuje on odnawiajacej sie stale glebokiej formacji teologicznej, a takze szerszego zainteresowania mysla i slowem. Sa to skarby, którymi dziela sie ze soba ludzie myslacy. Chcialbym dlatego powiedziec tu kilka slów o znaczeniu lektury w moim biskupim zyciu.

Zawsze mialem dylemat: Co czytac? Staralem sie wybierac to, co najistotniejsze. Tyle rzeczy sie publikuje. Nie wszystkie sa wartosciowe i pozyteczne. Trzeba umiec wybierac i radzic sie, co czytac.

Od dziecka lubilem ksiazki. Do tradycji czytania ksiazek wdrazal mnie mój ojciec. Siadal obok mnie i czytal mi calego Sienkiewicza i innych pisarzy polskich. Kiedy umarla matka, zostalismy we dwóch z ojcem. I on nie przestawal zachecac mnie do poznawania najbardziej wartosciowej literatury. Nigdy tez nie stawal na przeszkodzie mojemu zainteresowaniu teatrem. Gdyby nie wybuchla wojna i nie zmienila sie radykalnie sytuacja, to moze perspektywy, jakie otwieraly przede mna uniwersyteckie

studia literatury polskiej, pociagnelyby mnie bez reszty. Kiedy powiadomilem Mieczyslawa Kotlarczyka o mojej decyzji zostania ksiedzem, powiedzial: „Czlowieku, co ty robisz? Chcesz zmarnowac talent?" Tylko ks. arcybiskup Sapieha nie mial watpliwosci.

Róznych autorów przeczytalem jeszcze jako student polonistyki. Naprzód siegnalem po literature piekna, zwlaszcza dramatyczna. Czytalem Szekspira, Moliera, polskich wieszczów: Norwida, Wyspianskiego. Fredre, oczywiscie. Mialem zamilowania aktorskie, sceniczne. Nieraz wiec myslalem sobie, które postacie chcialbym zagrac.

Czesto, póki jeszcze zyl Kotlarczyk, obsadzalismy mozliwe role in abstracto: kto by mógl grac konkretna postac. Minelo. Pózniej niektórzy mówili: „Ty sie nadajesz..., bylbys wielkim aktorem, gdybys zostal w teatrze".

A przeciez liturgia jest takze pewnego rodzaju mysterium granym, inscenizowanym. Pamietam, jak wielkie wrazenie na mnie zrobilo, gdy ksiadz Figlewicz zaprosil mnie, pietnastoletniego chlopca, na Triduum Sacrum na Wawel i uczestniczylem w Ciemnej Jutrzni antycypowanej w srode po poludniu. To byl dla mnie duchowy wstrzas. Triduum paschalne jest dla mnie do dzisiaj wstrzasajacym przezyciem.

Nadszedl potem czas literatury filozoficznej i teologicznej. Jako seminarzysta clandestinus dostalem podrecznik metafizyki prof. Kazimierza Waisa ze Lwowa i ksiadz Kazimierz Klósak powiedzial: „Ucz sie! Jak sie nauczysz, to zdasz egzamin". Kilka miesiecy przedzieralem sie przez ten tekst. Zglosilem sie na egzamin i zdalem. I to byl przelom w moim zyciu. Nowy swiat mi sie otworzyl. Zaczalem studiowac ksiazki teologiczne. Potem podczas studiów w Rzymie zaczalem zglebiac Sume Teologiczne sw. Tomasza.

Byly zatem dwa etapy mojej drogi intelektualnej: pierwszy polegal na przejsciu od myslenia literackiego do metafizyki; drugi prowadzil mnie od metafizyki do fenomenologii. To mi dalo warsztat pracy naukowej. Pierwszy etap poczatkowo przypadl na okres okupacji, kiedy pracowalem w fabryce „Solvay", a po kryjomu studiowalem teologie w seminarium. Pamietam, ze gdy zglosilem sie do rektora ks. Jana Piwowarczyka, powiedzial: „Przyjme pana, ale nawet rodzona matka nie moze wiedziec, ze pan tu studiuje". Taka byla wówczas sytuacja. Jakos udalo sie przebrnac. A potem bardzo mi pomógl ksiadz Ignacy Rózycki, który ofiarowal mi mieszkanie u siebie i stworzyl zaplecze do pracy naukowej.

Duzo pózniej ksiadz profesor Rózycki zaproponowal mi temat pracy habilitacyjnej w oparciu o dzielo M. Schelera Der Formalismus in der Ethik und materiale Wertethik. Tlumaczylem sobie te ksiazke na polski i pisalem teze. To byl nowy przelom. Prace habilitacyjna ukonczylem i obronilem w listopadzie 1953 roku. Recenzentami rozprawy byli ks. Aleksander Usowicz, Stefan Swiezawski i teolog ks. Wladyslaw Wicher. Byla to ostatnia habilitacja na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellonskiego przed jego likwidacja przez komunistów. Wydzial -jak wyzej wspomnialem - zostal przeniesiony na Akademie Teologii Katolickiej do Warszawy, a ja od jesieni 1954 r. podjalem wyklady na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, co umozliwil mi prof. Swiezawski, z którym do dzis sie przyjaznie.

Ksiedza profesora Rózyckiego nazywalem Ignac. Lubilem go i ta przyjazn byla wzajemna. On mnie zachecil do robienia habilitacji. On wlasciwie byl jej moderatorem. Kilka lat mieszkalismy razem, stolowalismy sie razem. Gotowala nam pani Marysia Gromek. Mialem tam pokój, który doskonale pamietam. Miescil sie on w kamienicy kanoników wawelskich polozonej przy ul. Kanoniczej 19 i byl moim „domem" przez szesc lat. Nastepnie zamieszkalem pod nr 21, az wreszcie, za sprawa ks. kanclerza Mikolaja Kuczkowskiego, znalazlem sie w palacu biskupim przy ul. Franciszkanskiej 3.

W mojej lekturze i studium zawsze staralem sie harmonijnie laczyc sprawy wiary, sprawy myslenia i sprawy serca. To nie sa osobne obszary. Kazdy przenika i ozywia pozostale. W tym przenikaniu sie wiary, mysli i serca szczególna role odgrywa zdumienie nad cudem osoby — nad podobienstwem czlowieka do Boga jedynego w Trójcy, nad najglebszym zwiazkiem milosci i prawdy, daru wzajemnego i zycia, które z niego sie rodzi, nad przemijaniem i przychodzeniem ludzkich pokolen.

Dzieci i mlodziez

Osobne miejsce w tej refleksji trzeba poswiecic dzieciom i mlodziezy. Oprócz spotkan z nimi podczas wizytacji byly jeszcze inne. Zawsze moja szczególna uwaga cieszyl sie swiat studencki. Mam wiele pieknych wspomnien zwiazanych z duszpasterstwem uniwersyteckim, ku któremu kierowal mnie sam charakter Krakowa, miasta tradycyjnie uwazanego za centrum akademickie. Bylo bardzo wiele okazji do spotkan: od konferencji i dyskusji, po dni skupienia i rekolekcje. Oczywiscie utrzymywalem tez scisle kontakty z kaplanami, którym zostalo powierzone duszpasterstwo w tym sektorze.

Komunisci zlikwidowali wszystkie przedwojenne katolickie stowarzyszenia mlodziezowe. Trzeba wiec bylo szukac sposobu, zeby te strate wyrównac. I tu znalazl sie ks. Franciszek Blach-nicki, dzis juz sluga Bozy. Zainicjowal on tak zwany „Ruch oa-zowy". Bardzo sie z tym ruchem zwiazalem i usilowalem go wspierac na rózne sposoby. Bronilem przed wladzami komunistycznymi, wspieralem finansowo i bralem udzial w spotkaniach. Gdy przychodzily wakacje, stale bywalem na tzw. „oazach", czyli na letnich zgrupowaniach mlodziezy nalezacej do wspomnianego ruchu. Przemawialem, rozmawialem z nimi, spiewalem z nimi piosenki przy ognisku, chodzilem po górach. Nierzadko celebrowalem Msze sw., czesto pod golym niebem. Wszystko to stanowilo realizacje intensywnego programu duszpasterskiego. Podczas pielgrzymki do mego Krakowa w 2002 roku oazowi-cze spiewali piosenke:

„Pan kiedys stanal nad brzegiem. Szukal ludzi gotowych pójsc za Nim, by lowic serca slów Bozych prawde.

O Panie, to Ty na mnie spojrzales, Twoje usta dzis wyrzekly me imie. Swoja barke pozostawiam na brzegu. Razem z Toba nowy zaczne dzis lów".

Powiedzialem im wtedy, ze ta oazowa piesn niejako wyprowadzila mnie z Ojczyzny do Rzymu. Jej gleboka tresc byla mi wsparciem, kiedy stanalem wobec decyzji konklawe. A potem nie rozstawalem sie z ta piesnia w ciagu calego pontyfikatu. Zreszta stale mi ja przypominano, nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach swiata. Zawsze przypominala mi ona moje biskupie spotkania z mlodzieza. Oceniam bardzo pozytywnie to wielkie doswiadczenie. Przynioslem je ze soba do Rzymu. Tu takze szukalem jakiegos jego spozytkowania, stwarzajac okazje do spotkan z mlodymi. Swiatowe Dni Mlodziezy wyrastaja poniekad z tamtego doswiadczenia.

Drugim ruchem mlodziezowym byl tzw. „Sacrosong". Byl to rodzaj festiwalu muzyki i piosenki religijnej, któremu towarzyszyla modlitwa i refleksja. Spotkania odbywaly sie w róznych miejscach w Polsce i przyciagaly duzo mlodziezy. W nich takze

uczestniczylem i troche pomagalem finansowo w ich organizacji. Dobrze wspominam te spotkania. Zawsze lubilem spiewac. Mówiac prawde, spiewalem wlasciwie przy kazdej mozliwej okazji. Najwiecej jednak i najchetniej spiewalem wlasnie z mlodzieza. Teksty bywaly rózne, zaleznie od okolicznosci: przy ognisku byly to piesni ludowe, harcerskie, a z racji swiat narodowych, rocznicy wybuchu wojny czy powstania warszawskiego, spiewalo sie teksty zolnierskie i patriotyczne. Sposród nich szczególnie lubie Czerwone maki na Monte Cassino, Pierwsza brygade, w ogóle piosenki powstancze i partyzanckie.

Rytm roku liturgicznego w inny sposób okresla charakter tego spiewania. Na Boze Narodzenie zawsze spiewa sie w Polsce duzo koled, a przed Wielkanoca - piesni pasyjne. Te staropolskie piesni zawieraja cala chrzescijanska teologie. Stanowia skarb zywej tradycji przemawiajacy do serc kazdego pokolenia, ksztaltujacy wiare. W maju i pazdzierniku oprócz piesni maryjnych spiewamy w Polsce litanie i godzinki. Nie sposób wymienic wszystko. Jakiez bogactwo tkwi w tej ludowej poezji spiewanej do dzisiejszego dnia! Jako biskup staralem sie pielegnowac te zwyczaje, a mlodziez byla szczególnie chetna, by podtrzymywac tradycje. Sadze, ze razem duzo korzystalismy z tego skarbca prostej i glebokiej wiary, jaki ojcowie zawarli w piesniach.

18 maja 2003 roku bylo mi dane kanonizowac Matke Urszule Ledóchowska, wielka wychowawczynie. Urodzila sie w Austrii, ale pod koniec XIX wieku cala rodzina przeprowadzila sie do Lipnicy Murowanej w diecezji tarnowskiej. Przez kilka lat mieszkala takze w Krakowie. Jej rodzona siostra Maria, zwana Matka Afryki", zostala beatyfikowana. Brat Wlodzimierz byl generalem jezuitów. Przyklad tego rodzenstwa wskazuje, ze pragnienie swietosci rozwija sie ze szczególna moca, jezeli znajduje odpowiedni klimat w dobrej rodzinie. Ilez zalezy od srodowiska rodzinnego! Swieci rodza i wychowuja swietych!

Kiedy wspominam takich wychowawców, spontanicznie mysle o dzieciach. Zawsze, podczas wszystkich wizytacji, takze tych, które odbywaja sie tu w Rzymie, usilowalem i usiluje znalezc czas na spotkanie z dziecmi. Nie przestawalem tez zachecac ksiezy, by hojnie poswiecali im czas w konfesjonale. Jest szczególnie wazne, by dobrze formowac sumienia dzieci i mlodziezy. Niedawno przypomnialem o koniecznosci godnego przyjmowania Komunii swietej (por. Ecclesia de Eucharistia, 37), a tego rodzaju postawe ksztaltuje sie juz od spowiedzi przed pierwsza Komunia. Kazdy z nas z pewnoscia jest w stanie ze wzruszeniem wspomniec wlasna pierwsza dziecieca spowiedz.

Wzruszajace swiadectwo milosci pasterskiej wobec dzieci dal mój poprzednik sw. Pius X, przez decyzje dotyczaca pierwszej Komunii swietej. Nie tylko obnizyl wiek konieczny, by móc przystapic do Stolu Panskiego, z czego i ja skorzystalem w maju 1929 roku, ale takze otworzyl mozliwosc przyjecia Komunii swietej jeszcze przed ukonczeniem siódmego roku zycia, jesli dziecko wykazuje wystarczajace rozeznanie. Duszpasterska decyzja ówczesnej Komunii swietej warta jest pochwaly i przypomnienia. Przyniosla wiele owoców swietosci i apostolstwa wsród dzieci, sprzyjajac takze rozwijaniu sie powolan kaplanskich.

Zawsze towarzyszylo mi przekonanie, ze nie uda nam sie dobrze wychowac dzieci bez modlitwy. Jako biskup staralem sie zachecac rodziny i wspólnoty parafialne, aby wyrabialy w dzieciach pragnienie spotkania z Bogiem na prywatnej modlitwie. W tym duchu niedawno pisalem: „Modlitwa rózancowa za dzieci, a jeszcze bardziej z dziecmi, stanowi pomoc duchowa, której nie nalezy lekcewazyc" (Rosanum Wirginis Mariae, 42).

Duszpasterstwo dzieci trzeba oczywiscie kontynuowac w wieku ich dorastania. Czesta spowiedz i kierownictwo duchowe pomaga mlodziezy w rozeznawaniu zyciowego powolania i chroni ja przed pogubieniem sie przy wchodzeniu w dorosle zycie. Pamietam, ze w listopadzie 1964 roku, podczas prywatnej audiencji, papiez Pawel VI powiedzial do mnie: „Bo dzisiaj, drogi bracie, my musimy bardzo sie troszczyc o mlodziez uczaca sie. Glówne zadanie naszego duszpasterstwa biskupiego to ksieza, robotnicy i studenci". Sadze, ze slowa te podyktowalo osobiste doswiadczenie. Sam przeciez Giovanni Battista Montini, kiedy pracowal w Sekretariacie Stanu, byl przez wiele lat zaangazowany w duszpasterstwo akademickie jako Asystent Generalny Katolickiej Federacji Uniwersyteckiej we Wloszech (FUCI -Federazione Vniversitaria Cattolica Italiana).

Katecheza

Zostalo nam powierzone zadanie, by isc i nauczac wszystkie narody (por. Mt 28, 19). W dzisiejszych realiach spolecznych mozemy to zadanie wypelniac przede wszystkim przez katecheze. Ma sie ona rodzic z przemyslenia Ewangelii, ale takze ze zrozumienia spraw tego swiata. Trzeba rozumiec doswiadczenia ludzi i jezyk, jakim sie ze soba porozumiewaja. To jest wielkie zadanie Kosciola. Trzeba, by zwlaszcza duszpasterze byli hojni w zasiewie, choc potem inni beda zbierac owoce ich trudu. „Oto powiadam wam: Podniescie oczy i popatrzcie na pola, jak sie biela na zniwo. Zniwiarz otrzymuje juz zaplate i zbiera plon na zycie wieczne, tak iz siewca cieszy sie razem ze zniwiarzem. Tu bowiem okazuje sie prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. ]a was wysialem, abyscie zeli to, nad czym wy sie nie natrudziliscie. Inni sie natrudzili, a wy w ich trud weszli-sae" (} 4, 35-38).

Wiemy dobrze, ze katecheza nie moze poslugiwac sie jedynie pojeciami abstrakcyjnymi. Oczywiscie sa one konieczne, bo gdy mówimy o rzeczywistosciach nadprzyrodzonych nie mozna uniknac pojec filozoficznych. Katecheza jednak ustawia na pierwszym miejscu czlowieka i spotkanie z nim w znakach i symbolach wiary. Katecheza to zawsze jest milosc i odpowiedzialnosc — odpowiedzialnosc, która rodzi sie z milosci dla tych, których spotykamy w drodze.

Nowy Katechizm Kosciola Katolickiego, który zostal mi przedlozony do zatwierdzenia w 1992 roku, zrodzil sie z pragnienia, by jezyk wiary byl bardziej przystepny i zrozumialy dla wspólczesnych ludzi. Znaczaca jest juz wymowa obrazu Dobrego Pasterza umieszczonego jako „logo" na okladce wszystkich wydan Katechizmu. Rysunek ten pochodzi z plyty nagrobnej z III wieku, znajdujacej sie w rzymskich katakumbach Domitylli. Jak to zostalo wyjasnione, ta figura „sugeruje calosciowe znaczenie Katechizmu: Chrystus Dobry Pasterz, który swoim autorytetem (laska) prowadzi i strzeze swoich wiernych (owce), przyciaga ich melodyjna symfonia prawdy (flet) oraz pozwala im spoczac w cieniu «drzewa zycia», swego odkupienczego Krzyza, który otwiera na nowo raj" (por. komentarz do „logo" na okladce Katechizmu). Z tego obrazu mozna odczytac troske Pasterza o kazda owce. Jest to troska pelna cierpliwosci, jakiej potrzeba, by dotrzec do poszczególnego czlowieka w sposób dla niego zrozumialy. Jest tu równiez dar jezyków, to znaczy dar przemawiania w jezyku zrozumialym dla naszych wiernych. O ten dar mozemy blagac Ducha Swietego.

Czasami biskup latwiej dociera do doroslych blogoslawiac ich dzieci i poswiecajac im troche czasu. Jest to czasem cenniejsze, niz dlugi wywód o szacunku wobec slabego czlowieka. Dzisiaj potrzeba wiele wyobrazni, zebysmy sie uczyli rozmawiac o wierze i o sprawach najbardziej fundamentalnych dla czlowieka. Potrzeba zatem wielu kochajacych i myslacych ludzi, bo wyobraznia zyje z milosci i z mysli, i sama karmi nasza mysl i rozpala milosc.

Caritas

Do obowiazków pasterza nalezy takze troska o najmniejszych w ewangelicznym rozumieniu tego slowa. Juz w Dziejach Apostolskich i w Listach sw. Pawla czytamy o zbiórkach organizowanych przez Apostolów, aby wyjsc naprzeciw potrzebom ubogich. Pragne tu przywolac przyklad sw. Mikolaja, biskupa z Miry w Azji Mniejszej w IV wieku. W nabozenstwie do tego swietego, który byl biskupem w czasie, gdy chrzescijanie Wschodu i Zachodu nie byli jeszcze podzieleni, spotykaja sie obie tradycje: wschodnia i zachodnia. W jednej i drugiej doznaje on przeciez czci. Jego postac, choc odziana w wiele legend, wciaz fascynuje, zwlaszcza dobrocia. Zwracaja sie do niego z ufnoscia przede wszystkim dzieci.

Ile spraw materialnych mozna zalatwic, gdy sie zaczyna od ufnej modlitwy! Jako dzieci czekalismy wszyscy na sw. Mikolaja i na dary, jakie nam przynosil. Komunisci chcieli go pozbawic swietosci, wiec wymyslili „Dziadka Mroza". Niestety, ostatnio takze na Zachodzie Mikolaj stal sie popularny w kontekscie konsumpcyjnym. Wydaje sie, ze dzis zapomniano o tym, ze jego dobroc i hojnosc byly przede wszystkim miara jego swietosci. On przeciez wyróznial sie jako swiety biskup, troskliwy o biednych i potrzebujacych. Pamietam, ze jako dziecko mialem do niego osobiste odniesienie. Oczywiscie, jak kazde dziecko, oczekiwalem na dary, jakie mial mi przyniesc 6 grudnia. To oczekiwanie jednak mialo równiez wymiar religijny. Tak jak moi rówiesnicy, zywilem czesc dla tego swietego, który bezinteresownie obdarowuje ludzi prezentami, a przez to okazuje im pelna milosci troske.

W rzeczywistosci Kosciola role sw. Mikolaja, czyli tego, który troszczy sie o potrzeby najmniejszych, pelni instytucja o nazwie Caritas. Komunisci rozwiazali te organizacje, której protektorem byl po wojnie kardynal Sapieha. Jako jego nastepca staralem sie przywrócic ja do zycia i wspierac jej dzialalnosc. Duzo mi w tej dziedzinie pomógl ks. infulat Ferdynand Machay, archiprezbiter kosciola Mariackiego w Krakowie. Przez niego poznalem wspomniana juz sluzebnice Boza Hanne Chrzanowska, córke wielkiego profesora Ignacego Chrzanowskiego, aresztowanego na poczatku wojny. Dobrze go pamietam, choc nie bylo mi dane blizej go poznac. Dzieki zaangazowaniu Hanny Chrzanowskiej powstalo i uksztaltowalo sie w archidiecezji duszpasterstwo chorych. Rózne byly jego inicjatywy - miedzy innymi rekolekcje dla chorych w Trzebini. To bylo zawsze duze przedsiewziecie, które okazalo sie bardzo cenne: wielu ludzi bylo w nie zaangazowanych, takze wielu mlodych, gotowych do pomocy.

W Liscie apostolskim na poczatek nowego tysiaclecia przypomnialem wszystkim o potrzebie ksztaltowania twórczej milosci. „Potrzebna jest dzis nowa «wyobraznia milosierdzia»" (Novo millennio ineunte, 50). Jak nie wspomniec w tym kontekscie tej, która znamy jako prawdziwa „Misjonarke Milosierdzia", Matki Teresy.

Juz w pierwszych dniach po wyborze na Stolice Piotrowa spotkalem te mala, wielka siostre, która odtad czesto do mnie przychodzila, zeby mi powiedziec, gdzie i kiedy udalo sie jej otworzyc nowe domy, ogniska opieki nad najbiedniejszymi. Po upadku partii komunistycznej w Albanii dane mi bylo nawiedzic ten kraj. Byla tam równiez Matka Teresa. Albania to przeciez byla jej ojczyzna. Spotkalem ja jeszcze wiele razy, odbierajac coraz to nowe swiadectwa jej pelnego pasji oddania sprawie najubozszych wsród ubogich. Matka Teresa zmarla w Kalkucie, pozostawiajac po sobie czula pamiec i dzielo wielkiej rzeszy jej duchowych córek. Juz za jej zycia wielu uwazalo ja za swieta. Za taka zostala powszechnie uznana, gdy zmarla. Dziekuje Bogu, ze dane mi bylo beatyfikowac ja w pazdzierniku 2003 roku, w czasowej bliskosci 25-lecia pontyfikatu. Mówilem wtedy: „Swiadectwo zycia Matki Teresy przypomina wszystkim, ze ewangelizacyjna misja Kosciola dokonuje sie poprzez milosc, karmiona modlitwa i sluchaniem Slowa Bozego. Bardzo wymownie ten styl misjonarski przedstawia obraz ukazujacy nowa blogoslawiona, która jedna reka trzyma dziecko, a w drugiej przesuwa paciorki rózanca. Kontemplacja i dzialanie, ewangelizacja i promocja czlowieczenstwa; Matka Teresa glosi Ewangelie swoim zyciem w calosci ofiarowanym ubogim, ale jednoczesnie w calosci spowitym modlitwa" (19 pazdziernika 2003 r.). Oto tajemnica ewangelizacji przez milosc czlowieka plynaca z milosci Boga. Na tym polega owa caritas, która winna inspirowac biskupa w kazdym dzialaniu.


Czesc IV

Ojcostwo biskupa

„Zginam kolana moje przed Ojcem,

od którego bierze nazwe wszelki

ród na niebie i na ziemi"

(Ef 3, 14-15)

Wspólpraca ze swieckimi

Swieccy, realizujac swoje powolanie w swiecie, moga osiagac swietosc nie tylko przez czynne zaangazowanie na rzecz biednych i potrzebujacych, ale takze ozywiajac spoleczenstwo duchem chrzescijanskim, przez wypelnianie swych obowiazków zawodowych i swiadectwo przykladnego zycia rodzinnego. Mam na mysli nie tylko tych, którzy zajmuja czolowe stanowiska w zyciu spolecznym, ale wszystkich, którzy potrafia przemieniac swoja codziennosc w modlitwe, stawiajac Chrystusa w centrum swojej dzialalnosci. On sam przyciagnie wszystkich do siebie, zaspokajajac ich laknienie i pragnienie sprawiedliwosci (por. Mt 5, 6).

Czy nie taka wlasnie nauka plynie z zakonczenia przypowiesci o dobrym Samarytaninie (por. Lk 10, 34-35)? Dokonawszy wstepnego opatrzenia ran, Samarytanin zwrócil sie do wlasciciela gospody, aby mial piecze nad rannym. Jak by sobie poradzil bez niego? W rzeczywistosci wlasciciel gospody, pozostajac w ukryciu, wykonal najwieksza czesc pracy. Wszyscy moga dzialac jak on, wykonujac w duchu sluzby swoje zadania. Kazda praca, w sposób mniej lub bardziej bezposredni, daje okazje, aby pomagac potrzebujacym. Oczywiscie, tak jest nade wszystko w przypadku pracy lekarza, nauczyciela, przedsiebiorcy, którzy nie zamykaja oczu na potrzeby innych. Ale równiez urzednik, pracownik fizyczny, rolnik moga znalezc wiele mozliwosci sluzenia blizniemu, byc moze posród wlasnych trudnosci, czasem nawet powaznych. Wierne wypelnienie wlasnych obowiazków zawodowych juz jest realizacja milosci wobec jednostek i wobec spoleczenstwa.

Biskup, ze swej strony, jest powolany do tego, zeby nie tylko sam pobudzal i tworzyl tego rodzaju spoleczne inicjatywy chrzescijanskie, ale zeby pozwolil powstawac i rozwijac sie w jego Kosciele dobrym dzielom zainicjowanym przez inne osoby. Ma tvlko czuwac, zeby wszystko dzialo sie w milosci i w wiernosci wobec Chrystusa, „który nam w wierze przewodzi i \q wydoskonala" (Hbr 12, 2). Trzeba ludzi szukac, ale trzeba tez pozwolic kazdemu, kto okazuje dobra wole, znalezc sie we wspólnym domu Kosciola.

Jako biskup popieralem wiele inicjatyw wiernych swieckich. Byly one bardzo rózne, jak np. Duszpasterstwo Rodzin, wspólne seminaria kleryków ze studentami medycyny nazywane „Kler--med", Instytut Rodziny. Przed wojna byla aktywna Akcja Katolicka z jej czterema galeziami: meska, zenska oraz mlodziez meska i zenska. Teraz w Polsce sie ona odradza. Bylem równiez przewodniczacym Komisji Apostolstwa Swieckich w Episkopacie Polskim. Popieralem pismo katolickie „Tygodnik Powszechny" i staralem sie dodawac odwagi gromadzacemu sie wokól niego srodowisku. Wtedy bylo to niezwykle potrzebne. Przychodzili do mnie redaktorzy, uczeni, lekarze, artysci... Czasem wchodzili po kryjomu, gdyz byly to czasy dyktatury komunistycznej. Organizowalo sie tez rózne sympozja - dom byl niemal zawsze zajety, pelen zycia. A siostry sercanki musialy wszystkich wyzywic...

Popieralem tez rózne nowo powstajace inicjatywy, w których odnajdywalem tchnienie Bozego Ducha. Jednak z Droga Neokatechumenalna dopiero w Rzymie sie spotkalem. Podobnie bylo z Opus Dei, które erygowalem w 1982 roku jako pra-lature personalna. To dwa fenomeny w Kosciele budzace wielkie zaangazowanie swieckich. Obie te inicjatywy wyszly z Hiszpanii, która tylekroc w dziejach Kosciola dawala opatrznosciowe impulsy duchowej odnowy. W pazdzierniku 2002 roku dane mi bylo wlaczyc w poczet swietych Josemarie Escrive de Bala-guera, zalozyciela Opus Dei, zarliwego kaplana, apostola swieckich na nowe czasy.

W latach mojego poslugiwania w Krakowie zawsze czulem duchowa bliskosc czlonków Dziela Maryi, Focolarinów. Podziwialem ich aktywna dzialalnosc apostolska, zmierzajaca do tego, aby Kosciól stawal sie coraz bardziej „domem i szkola komunii". Od czasu mego przybycia do Rzymu niejednokrotnie przyjmowalem w Castel Gandolfo pania Chiare Lubich wraz z reprezentantami licznych galezi Ruchu Focolari. Z zywotnosci Kosciola we Wloszech zrodzil sie tez ruch Communione e Libe-razione. Jego promotorem jest ks. pralat Luigi Giussani. Wiele jest w swiecie ludzi swieckich inicjatyw, które poznalem w ostatnich latach. Mysle, na przyklad, biorac srodowisko francuskie, o UArche i o Foi et lumiere Jeana Vaniera. Sa jeszcze inne, ale nie sposób je wszystkie wyliczyc. Ogranicze sie do powiedzenia, ze wspieram je i ze sa one obecne w mojej modlitwie. Wiaze z nimi wielkie nadzieje, pragnac, by w ten sposób wypelnialo sie ewangeliczne wezwanie: „Idzcie i wy do mojej winnicy" (Mt 20, 4). Jak bowiem pisalem w Adhortacji Chnstifideles laici: „To wezwanie dotyczy nie tylko biskupów, kaplanów, zakonników i zakonnic, ale wszystkich, takze swieckich, których Bóg wzywa osobiscie, powierzajac im do spelnienia misje w Kosciele i w swiecie" (n. 2).

Wspólpraca z zakonami

Zawsze bardzo dobrze zylem z zakonami i wspólpracowalem z nimi. Kraków jest chyba najwiekszym w Polsce skupiskiem zakonów, zenskich i meskich. Wiele z nich tam powstalo, wiele znalazlo przystan, jak np. felicjanki, które przywedrowaly z ówczesnego Królestwa. Trzeba tu wspomniec bl. Honorata Koz-minskiego, który zalozyl wiele zenskich zgromadzen bezhabito-wych - owoc jego gorliwej pracy w konfesjonale. Pod tym wzgledem to byl geniusz. Bl. Matka Angela Truszkowska, zalozycielka felicjanek, która u nich spoczywa w Krakowie, tez dzialala pod jego kierunkiem. Warto podkreslic, ze w Krakowie najwiecej jest rodzin zakonnych dawnych, sredniowiecznych - jak franciszkanie i dominikanie, czy z czasów pózniejszych - jak jezuici czy kapucyni. Zakonnicy z tych rodzin slyna jako wielcy spowiednicy, takze spowiednicy ksiezy (w Krakowie ksieza chetnie spowiadaja sie u kapucynów). Wiele zakonów znalazlo sie w czasach zaborów w archidiecezji, bo, nie mogac sie rozwijac w Królestwie, przybywaly na terytorium ówczesnej Rzeczpospolitej Krakowskiej, gdzie mogly cieszyc sie wzgledna wolnoscia. Najlepszym dowodem, ze moje kontakty z zakonami byly dobre, jest biskup Albin Malysiak ze zgromadzenia ksiezy misjonarzy. Byl gorliwym proboszczem w Krakowie-Nowej Wsi, a potem zostal biskupem. To ja wysunalem jego kandydature - jego i Stanislawa Smolenskiego. Obu tez konsekrowalem.

Zakony nie utrudnialy mi zycia. Ze wszystkimi mialem dobre kontakty, uznajac w nich wielka pomoc w misji biskupa. Mam tu na mysli takze to wielkie zaplecze duchowe, jakie stanowia zakony kontemplacyjne. W Krakowie sa dwa Karmele, przy ul. Kopernika i przy ul. Lobzowskiej, sa klaryski, dominikanki, wizytki i benedyktynki w Staniatkach. Wielkie centra modlitwy: modlitwa i pokuta, a takze katechizacja. Pamietam, ze kiedys mówilem mniszkom klauzurowym: „Niech ta krata laczy was ze swiatem, a nie dzieli, otoczcie plaszczem modlitwy glob ziemski". Jestem przekonany, ze nieustannie, na calym globie ziemskim, te drogie siostry maja swiadomosc swego istnienia dla swiata i nie przestaja sluzyc Kosciolowi powszechnemu przez swe oddanie, milczenie i gleboka modlitwe.

Wielkie oparcie moze w nich znalezc kazdy biskup. Doswiadczylem tego wielokrotnie, kiedy, stajac wobec trudnych problemów, prosilem poszczególne zakony kontemplacyjne o modlitewne wsparcie. Czulem moc tego wstawiennictwa i wielokrotnie dziekowalem tym osobom skupionym w wieczernikach modlitwy, ze pomogly mi rozwiazac sprawy po ludzku beznadziejne.

Urszulanki mialy w Krakowie internat. Matka Angela Kur-pisz zawsze mnie zapraszala na rekolekcje dla studentek. Bywalem czesto u szarych urszulanek na Jaszczurówce. Co roku korzystalem z ich gosciny. Uksztaltowala sie taka tradycja, ze w Nowy Rok o pólnocy odprawialem Msze sw. u franciszkanów w Krakowie, a rano jechalem do urszulanek do Zakopanego i szedlem na narty. W tym czasie zwykle byl snieg. Zostawalem wiec u nich az do 6 stycznia. Tego dnia po poludniu wyjezdzalem, zeby zdazyc na wieczór do Katedry w Krakowie na Msze sw. o godz. 18.00. Potem bylo spotkanie koledowe na Wawelu. Pamietam, ze raz bedac na nartach chyba z ksiedzem Józefem Rozwadowskim (pózniejszym biskupem lódzkim) pobladzilismy gdzies w okolicy Doliny Chocholowskiej. Musielismy potem pedzic - jak zwyklo sie mówic - „jak wariaci", aby zdazyc na czas.

Czesto tez na dni skupienia chodzilem do sióstr albertynek na Pradniku Czerwonym. Bardzo bylo mi u nich dobrze. Bywalem równiez w Rzasce pod Krakowem. Z malymi siostrami Karola de Foucauld zylem w przyjazni, znalem je i wspólpracowalem z nimi.

Wiele czasu spedzilem w Tyncu. Odprawialem tam swoje rekolekcje. Znalem dobrze ojca Piotra Rostworowskiego, u którego nieraz sie spowiadalem. Znam tez ojca Augustyna Jankow-skiego, bibliste, który byl moim kolega jako profesor. Stale mi przysyla swoje nowe ksiazki. Do Tynca albo do ojców kamedu-lów na Bielany jezdzilem na dni skupienia. Jako mlody ksiadz prowadzilem na Bielanach rekolekcje dla studentów od sw. Floriana i pamietam, jak raz poszedlem w nocy do kosciola. Ku memu zaskoczeniu zastalem tam studentów i wiedzialem, ze mieli zamiar trwac tam nieprzerwanie - wymieniajac sie - przez cala noc.

Zakony sluza Kosciolowi i biskupowi takze. Trudno nie doceniac ich swiadectwa wiary opartego o sluby ubóstwa, czystosci i posluszenstwa, i ich stylu zycia wedlug reguly ulozonej przez zalozyciela czy zalozycielke: dzieki tej wiernosci, rózne rodziny zakonne moga realizowac pierwotny charyzmat i sprawic, aby owocowal on w przyszlych pokoleniach. Nie mozna tez zapominac o przykladzie braterskiej milosci, która lezy u podstaw kazdej zakonnej wspólnoty. To ludzkie, ze od czasu do czasu, moze pojawic sie jakis problem, ale zawsze mozna znalezc rozwiazanie, jesli biskup potrafi wsluchac sie w to, co ma do powiedzenia wspólnota, szanujac jej autonomie, i jesli wspólnota ze swej strony bedzie zdolna faktycznie uznac w biskupie ostatecznie odpowiedzialnego za duszpasterstwo na terytorium diecezji.

Prezbiterium

Powolan w Archidiecezji Krakowskiej bylo dosc duzo, a niektóre lata byly szczególnie obfite. Na przyklad po pazdzierniku 1956 roku prosby o przyjecie do seminarium byly szczególnie liczne. Tak tez bylo w czasie Milenium chrztu Polski. To chyba taka prawidlowosc, ze po wielkich wydarzeniach jest wiecej powolan. Rodza sie one przeciez na gruncie konkretnego zycia calego Ludu Bozego. Kardynal Sapieha mówil, ze seminarium to jest pupilla oculi - zrenica oka biskupa, tak samo jak nowicjat dla przelozonego zakonnego. Latwo to zrozumiec: powolania sa przyszloscia diecezji, zakonu, a ostatecznie przyszloscia Kosciola. Osobiscie dbalem o seminaria szczególnie. Równiez teraz codziennie modle sie za Seminarium Rzymskie i w ogóle za wszystkie seminaria na terenie Rzymu, w calej Italii, w Polsce i na swiecie.

Modle sie zwlaszcza za seminarium w Krakowie. Stamtad wyszedlem i przynajmniej w ten sposób pragne splacac dlug wdziecznosci. Gdy bylem biskupem krakowskim, staralem sie w sposób szczególny troszczyc o powolania. Kiedy przychodzil koniec czerwca, zawsze pytalem, ilu kandydatów zglosilo sie na rok nastepny. Potem, gdy juz byli w seminarium, spotykalem sie z kazdym z osobna, rozmawialem, zasiegalem wiadomosci o rodzinie i razem ocenialismy prawdziwosc powolania. Zapraszalem tez kleryków na poranna Msze sw. w mojej kaplicy, a potem na sniadanie. To byla bardzo dobra okazja, aby ich poznawac. Równiez wigilie Bozego Narodzenia spedzalem w seminarium albo zapraszalem kleryków do siebie na ul. Franciszkanska. Nie wyjezdzali na Swieta do rodzin i chcialem im jakos wynagrodzic ten brak. To wszystko moglo miec miejsce, gdy bylem w Krakowie. W Rzymie jest trudniej, gdyz seminaria sa liczne. Odwiedzilem jednak wszystkie osobiscie i, gdy nadarzyla sie sposobna okazja, zapraszalem tez do Watykanu rektorów.

Biskup nie moze zaniedbywac przedstawiania mlodym wielkiego idealu kaplanstwa. Mlode serce jest w stanie zrozumiec taka „szalona milosc", która wymaga calkowitego oddania. Nie ma milosci ponad Milosc, te pisana przez duze M! Podczas ostatniej pielgrzymki do Hiszpanii zwierzylem sie mlodziezy: „Zostalem wyswiecony, majac 26 lat. Minelo lat 56. Wracajac pamiecia do tych lat, moge was zapewnic, ze warto poswiecic sie sprawie Chrystusa i przez milosc do Niego poswiecic sie sluzbie czlowiekowi. Warto oddac zycie za Ewangelie i za braci!" (Madryt, 3 maja 2003 r.). Mlodzi zrozumieli przeslanie i odpowiedzieli na moje slowa chóralnie skandujac, jak refren: „Warto! Warto!"

Troska o powolania wyraza sie takze przez wlasciwy wybór kandydatów do kaplanstwa. Biskup powierza wiele zwiazanych z tym zadan swoim wspólpracownikom, wychowawcom seminaryjnym, ale sam ponosi najwieksza odpowiedzialnosc za formacje kaplanów. To biskup wybiera i powoluje w imieniu Chrystusa, ostatecznie wtedy, kiedy podczas swiecen mówi: „Z pomoca Pana Boga i Zbawiciela naszego Jezusa Chrystusa, wybieramy tych naszych braci na urzad kaplana" (Pontyfikat rzymski, Swiecenia prezbiterów). Wielka odpowiedzialnosc. Swiety Pawel przestrzega Tymoteusza: „Na nikogo rak pospiesznie nie nakladaj" (1 Tm 5, 22). Nie chodzi o jakas szczególna surowosc, ale o zwyczajne poczucie odpowiedzialnosci w imie rzeczy najwiekszej, jaka naszym rekom powierzono. W imie daru i tajemnicy zbawienia zostaly ustanowione wysokie wymagania zwiazane z kaplanstwem.

Chce tu wspomniec sw. Józefa Sebastiana Pelczara (1842— 1924), biskupa diecezji przemyskiej, którego dane mi bylo kanonizowac w dniu moich osiemdziesiatych trzecich urodzin razem z juz wspomniana sw. Urszula Ledóchowska. Sw. Biskup Pelczar znany byl w Polsce równiez dzieki swej twórczosci. Pragne tu wspomniec jego ksiazke: Rozmyslania o zyciu kaplanskim, czyli ascetyka kaplanska. Dzielo to zostalo wydane w Krakowie, kiedy byl jeszcze profesorem Uniwersytetu Jagiellonskiego (kilka miesiecy temu, wyszlo jej nowe wydanie). Ksiazka ta jest owocem jego bogatego zycia wewnetrznego i gleboko wplynela na cale pokolenia kaplanów polskich, zwlaszcza w moich czasach. W jakis sposób i moje kaplanstwo zostalo uksztaltowane przez to dzielo ascetyczne.

Tarnów i sasiedni Przemysl naleza do tych diecezji, które w skali swiatowej wydaja najwieksza liczbe powolan. W diecezji tarnowskiej dlugie lata byl ordynariuszem mój przyjaciel, arcybiskup Jerzy Ablewicz. Wywodzil sie z Przemysla, z duchowego dziedzictwa sw. Józefa Pelczara. To Pasterze, którzy stawiali bardzo wysokie wymagania, najpierw sobie, a potem swoim ksiezom i klerykom. Sadze, ze tu tkwi tajemnica wielosci powolan w tych diecezjach. Mlodych pociagaja wymagania i wysokie idealy.

Zawsze lezala mi na sercu jednosc prezbiterium. W tym celu, dostrzegajac koniecznosc kontaktu z ksiezmi, ustanowilem zaraz po Soborze, w roku 1968, Rade Kaplanska, która dyskutowala nad programami duszpasterskiej dzialalnosci kaplanów. Kazdego roku, co jakis czas, w róznych regionach archidiecezji byly organizowane spotkania, podczas których rozwazano konkretne problemy, jakie wysuwali ksieza.

Wlasnym stylem zycia biskup pokazuje, ze „wzorzec Chrystusowy" nie przezyl sie, ze jest ciagle aktualny, takze i w dzisiejszych warunkach. Mozna powiedziec, ze diecezja odzwierciedla sposób bycia jej biskupa. Jego cnoty - jego czystosc, praktyka ubóstwa, prostota, jego wrazliwosc sumienia — zapisuja sie niejako w sercach kaplanów. A potem te wartosci przekazuja oni powierzonym im wiernym - i tak mlodzi ludzie sa pociagani do wielkodusznego odpowiadania na Chrystusowe wezwanie.

Mówiac o tej trosce, nie sposób nie wspomniec o tych, którzy porzucili kaplanstwo. Równiez o nich biskup nie moze zapomniec - równiez oni maja prawo do miejsca w sercu biskupa. Ich dramaty czasami wskazuja na zaniedbania formacji kaplanskiej. Do formacji kaplanskiej nalezy równiez, jesli zachodzi taka potrzeba, odwazne dawanie upomnienia braterskiego, a takze gotowosc — ze strony kaplana - do przyjecia takiego upomnienia. Chrystus mówi do swoich uczniów: „Gdy brat twój zgrzeszy (¦¦¦), idz i upomnij go w cztery oczy. Jesli cie uslucha, pozyskasz swego brata" (Mt 18, 15).

Dom biskupi

Nie tylko wizytacje i inne publiczne wystapienia dawaly okazje do spotkan z ludzmi. Dom przy ulicy Franciszkanskiej 3 byl otwarty dla wszystkich. Biskup jest pasterzem. Wlasnie dlatego ma byc z ludzmi, byc dla ludzi, sluzyc ludziom. Ludzie mieli do mnie zawsze bezposredni dostep, otwarte drzwi dla wszystkich.

Dom biskupi byl miejscem róznych spotkan, sesji naukowych. Byl tez miejscem, gdzie rozwijalo sie „Studium dla Rodziny". W jednym z pokoi zostala otworzona poradnia rodzinna. Byly to przeciez czasy, kiedy wszelkie wieksze spotkania

swieckich wladze traktowaly jako dzialalnosc antypanstwowa. Dom biskupi stal sie miejscem schronienia. Zapraszalem rózne osoby - naukowców, filozofów, humanistów. Tu takze regularnie odbywaly sie spotkania z ksiezmi. Salon sluzyl nieraz za sale wykladowa. Zbieraly sie w nim chocby wspomniane juz: Instytut Teologii Rodziny i seminaria „Kler-med". Dom ten, mozna powiedziec, „tetnil zyciem".

Z tym krakowskim domem biskupim wiaza sie liczne wspomnienia postaci mojego wielkiego poprzednika, który pozostal w pamieci pokolen krakowskich ksiezy jako niedoscigniony swiadek tajemnicy ojcostwa. „Ksiaze niezlomny" - tak byl okreslany

powszechnie arcybiskup Adam Stefan Sapieha. Z takim tytulem przeszedl on przez wojne i okupacje. Niewatpliwie ma swoje szczególne miejsce w historii mego powolania. On bowiem stal u poczatków jego rozwoju. Opowiadalem juz o tym w ksiazce Dar i Tajemnica.

Ksiaze kardynal Sapieha byl w calym tego slowa znaczenia polskim arystokrata. Urodzil sie w Krasiczynie pod Przemyslem. Kiedys pojechalem tam specjalnie, by zobaczyc zamek, w którym sie urodzil. Zostal kaplanem diecezji lwowskiej. W Watykanie, przy Piusie X pelnil funkcje Cameriere segreto parteci-pante. W tym czasie bardzo wiele zrobil dla polskiej sprawy. W roku 1912 zostal mianowany biskupem i wyswiecony osobiscie przez sw. Piusa X z przeznaczeniem na stolice krakowska. Jego ingres odbyl sie w tym samym roku. Bylo to zatem krótko przed pierwsza wojna swiatowa. Po wybuchu wojny zalozyl Krakowski Biskupi Komitet Pomocy dla Dotknietych Kleska Wojny, nazywany powszechnie „Ksiazeco-Biskupim Komitetem" (KBK). Z czasem Komitet rozwinal swoja dzialalnosc i objal caly kraj. Sapieha byl nieslychanie czynny podczas wojny, zdobywajac w ten sposób wielki mir w calym kraju. Zostal kardynalem dopiero po drugiej wojnie swiatowej. Od czasów Olesnickiego byli przed nim kardynalami w Krakowie arcybiskupi Du-najewski i Puzyna. Jednak to Sapieha w szczególny sposób zasluzyl sobie na tytul „Ksiaze niezlomny".

Tak, Sapieha byl moim wzorem, bo byl przede wszystkim pasterzem. Jeszcze przed wybuchem drugiej wojny swiatowej prosil Papieza o zwolnienie go z Krakowa, chcial bowiem przejsc na emeryture. Jednakze Pius XII nie wyrazil zgody. Powiedzial

mu: „Zanosi sie na wojne, bedziesz potrzebny". Umarl jako kardynal krakowski, majac 82 lata.

W kazaniu pogrzebowym Ks. Prymas Wyszynski zadal kilka znaczacych pytan: „Gdy wiec my, goscie i przyjaciele wasi, patrzymy na was, najmilsi bracia-kaplani, jak zwartym wiencem uczuc otaczacie te trumne kryjaca szczatki drobnej postaci, która nie mogla zniewalac was ani wzrostem, ani sila fizyczna - to pragne was zapytac dla wlasnego doswiadczenia, dla poglebienia wlasnej madrosci pasterskiej, powiedzcie nam biskupom, kaplani krakowscy, coscie wy w nim milowali? Co was bralo za serca, coscie w nim widzieli, ze tej duszy, jak Polska cala, poddaliscie sie? Wszak mozna tu mówic smialo o powszechnej milosci kaplanskiej do swojego Arcypasterza" (Ksiega Sapiezynska, Kraków 1986, s. 776). Istotnie ten pogrzeb w lipcu 1951 r. to bylo nieslychane wydarzenie w latach stalinowskich: szedl wielki pochód z ulicy Franciszkanskiej na Wawel - zwarte szeregi ksiezy, zakonnic, ludzi swieckich. Szly, szly, a wladze nie potrafily przeszkodzic. Byly wobec tego, co sie dzialo, bezsilne. Moze dlatego wymyslono potem proces Kurii Krakowskiej - posmiertny proces przeciw Sapieze. Za zycia komunisci nie smieli go tknac, choc on sie z tym liczyl, zwlaszcza gdy aresztowali kardynala Mindszenty'ego. Nie odwazyli sie.

Przy nim odbywalem moje seminarium: bylem klerykiem, a potem ksiedzem. Mialem do niego wielkie zaufanie i moge powiedziec, ze go kochalem, jak go kochali inni ksieza. Czesto w ksiazkach pisza, ze Sapieha mnie w jakims sensie przygotowywal - moze to i prawda. I to jest tez zadanie biskupa: przygotowywac tych, którzy ewentualnie mogliby go zastapic.

Ksieza cenili go moze i dlatego, ze byl ksieciem, ale kochali go przede wszystkim dlatego, ze byl ojcem - troszczyl sie o czlowieka. A to jest najwazniejsze, co sie liczy: biskup ma byc ojcem. Oczywiscie zaden czlowiek nie realizuje doskonale ojcostwa, bo ono realizuje sie w pelni jedynie w Bogu Ojcu. Jednak my w jakis sposób w tym ojcostwie Boga partycypujemy. Tej prawdzie dalem wyraz w medytacji o tajemnicy ojca, zatytulowanej Promieniowanie ojcostwa:

„Powiem wiecej: ze zbioru slów, których uzywam, postanowilem wyrzucic slowo «moje». Jakzez moge tak mówic czy myslec, gdy wiem, ze wszystko jest Twoje. Chociaz nie Ty rodzisz w kazdym ludzkim rodzeniu, ale przeciez ten, który rodzi, jest Twój. Nawet ja sam bardziej jestem Twój niz «mój». Wiec zdobylem swiadomosc tego, ze nie wolno mi mówic «moje» na Twoje. Nie wolno mi tak mówic, myslec, czuc. Musze sie od tego wyzwolic, z tego wyzuc - niczego nie miec, niczego nie chciec na wlasnosc (a «mój» to znaczy «wlasny»)" (Poezje i dramaty).

Ojcostwo na wzór sw. Józefa

Biskupstwo niewatpliwie jest urzedem, ale trzeba, aby biskup za wszelka cene walczyl, aby nie „zurzedniczal". Nie moze zapomniec, ze ma byc ojcem. Jak powiedzialem, ksiaze Sapieha dlatego byl tak kochany, ze byl dla swoich ksiezy ojcem. Kiedy mysle o tym, kto moze byc pomoca i wzorem dla wszystkich powolanych do ojcostwa - w rodzinie albo w kaplanstwie, a tym bardziej w sluzbie biskupiej - przychodzi mi na mysl swiety Józef.

Dla mnie takze kult sw. Józefa laczy sie z doswiadczeniami przezywanymi w Krakowie. Blisko palacu biskupiego sa przy ulicy Poselskiej siostry bernardynki. Maja w swoim kosciele, pod wezwaniem wlasnie sw. Józefa, stale wystawienie Najswietszego Sakramentu. Chodzilem tam w wolnych chwilach i modlilem sie, a mój wzrok czesto wedrowal w kierunku bardzo czczonego w tym kosciele, pieknego obrazu przybranego ojca Jezusa. Tam tez prowadzilem niegdys rekolekcje dla prawników. Lubilem rozwazac o sw. Józefie w kontekscie Swietej Rodziny: Jezus, Maryja, Józef. Wzywalem ich razem do pomocy w róznych sprawach. Rozumiem dobrze te jednosc i milosc Swietej Rodziny: trzy serca, jedna milosc. Szczególnie duszpasterstwo rodzin zawierzalem sw. Józefowi.

W Krakowie jest jeszcze inny kosciól pod wezwaniem sw. Józefa, a mianowicie na Podgórzu. Bywalem tam w trakcie wizytacji. Wyjatkowe znaczenie ma natomiast sanktuarium sw. Józefa w Kaliszu. Przybywaja tam z pielgrzymkami dziekczynnymi ksieza, byli wiezniowie z Dachau. Byla w tym nazistowskim obozie taka grupa, która powierzyla sie sw. Józefowi - i zostali uratowani. Po powrocie do Polski zaczeli jezdzic kazdego roku w dziekczynnej pielgrzymce do Sanktuarium w Kaliszu i zawsze mnie na te spotkania zapraszali. Wsród nich jest arcybiskup Kazimierz Majdanski, biskup Ignacy Jez, a takze kardynal Adam Kozlowiecki, misjonarz w Afryce.

Opatrznosc przygotowala swietego Józefa do pelnienia roli ojca Jezusa Chrystusa. W poswieconej mu Adhortacji apostolskiej Redemptoris Custos napisalem: „Jak wynika z tekstów ewangelicznych, prawna podstawa ojcostwa Józefa bylo malzenstwo z Maryja. Bóg wybral Józefa na malzonka Maryi wlasnie po to, by zapewnic Jezusowi ojcowska opieke. Wynika stad, ze ojcostwo Józefa - wiez, która laczy go najscislej z Chrystusem, szczytem wszelkiego wybrania i przeznaczenia - dokonuje sie poprzez malzenstwo z Maryja" (n. 7). Józef zostal wezwany, aby byc dziewiczym malzonkiem Maryi wlasnie po to, aby byl ojcem dla Jezusa. Ojcostwo sw. Józefa, tak jak macierzynstwo Najswietszej Maryi Panny, ma pierwszorzedny charakter chrystologiczny. Wszystkie przywileje Maryi wynikaja z tego, ze jest Ona Matka Chrystusa. Podobnie wszystkie przywileje sw. Józefa wynikaja z tego, ze mial za zadanie pelnic role ojca Chrystusa.

Wiemy, ze Chrystus zwracal sie do Boga Ojca slowem Abba - slowem bliskim i rodzinnym, takim, jakim dzieci Jego narodu zwracaja sie do swoich ojców. Pewnie tez, jak inne dzieci, tym samym slowem zwracal sie do Józefa. Czy mozna powiedziec wiecej o tajemnicy ludzkiego ojcostwa? Sam Chrystus, jako czlowiek, doswiadczal ojcostwa Boga poprzez swoje synostwo wobec sw. Józefa. Spotkanie z Józefem jako ojcem wpisalo sie w objawienie, które przez Chrystusa stalo sie objawieniem ojcowskiego imienia Boga. Gleboka to tajemnica!

Chrystus jako Bóg mial wlasne doswiadczenie Boskiego ojcostwa i synostwa w lonie Trójcy Przenajswietszej. Jako czlowiek doswiadczyl synostwa dzieki sw. Józefowi. On ze swojej strony ofiarowal Dziecku, które wzrastalo u jego boku, podpore meskiej równowagi, jasnego widzenia spraw i odwagi. Sluzyl zaletami dobrego ojca, czerpiac sile z tego najwyzszego zródla, od którego bierze nazwe wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi (por. Ef 3, 15). Zarazem w tym, co ludzkie, on sam nauczyl wielu rzeczy Syna Bozego, któremu zbudowal i dal na ziemi dom.

Dla sw. Józefa zycie z Jezusem bylo ciaglym odkrywaniem wlasnego ojcowskiego powolania. W niezwykly sposób, nie dajac swojemu Synowi zycia ciala, stawal sie ojcem. Czyz nie taka realizacja ojcostwa zostala zaproponowana nam, kaplanom i biskupom, jako wzór? Wlasciwie wszystko, co robilem w mojej posludze biskupiej, przezywalem jako wyrazanie takiego ojcostwa: Chrzest, spowiedz, Eucharystia, nauczanie, napominanie, zacheta, to bylo dla mnie realizacja ojcostwa.

O domu zbudowanym Synowi Bozemu przez swietego Józefa trzeba myslec, szczególnie kiedy dotykamy tematu kaplanskiego i biskupiego celibatu. Celibat daje pelna szanse na realizacje takiego ojcostwa: ojcostwa czystego, calkowicie oddanego Chrystusowi i Jego dziewiczej Matce. Kaplan wolny od osobistej troski o rodzine, moze sie oddac calym sercem misji duszpasterskiej. Zrozumiala jest zatem stanowczosc, z jaka Kosciól obrzadku lacinskiego bronil tradycji celibatu swoich kaplanów, nie ulegajac naciskom, jakie w historii pojawialy sie od czasu do czasu. Oczywiscie jest to tradycja wymagajaca, ale okazuje sie, ze wydala wyjatkowo obfite owoce duchowe. Jest jednak motywem radosci swiadomosc, ze równiez kaplanstwo zonatych w katolickim Kosciele wschodnim dalo wspaniale dowody gorliwosci duszpasterskiej. Szczególnie w walce z komunizmem ksieza zonaci byli nie mniej heroiczni jak celibatariusze. Jak to stwierdzil kiedys kardynal Josyf Slipyj, wobec komunistów zachowywali sie oni tak samo, jak ich koledzy celibatariusze.

Trzeba tez podkreslic, ze sa za celibatem glebokie racje teologiczne. Encyklika Sacerdotalis caelibatus, która w 1967 roku oglosil mój czcigodny poprzednik Pawel VI, tak to mniej wiecej ujmuje (por. nn. 19-34):

— Istnieje przede wszystkim motywacja chrystologiczna: Chrystus, ustanowiony Posrednikiem miedzy Ojcem i rodzajem ludzkim, pozostal celibatariuszem, aby calkowicie poswiecic siebie sluzbie Bogu i ludziom. Komu dane jest uczestniczyc w godnosci i misji Chrystusa jest wezwany, aby podzielal równiez to calkowite oddanie.

- Istnieje motywacja eklezjologiczna: Chrystus umilowal Kosciól, Cialo swoje, poswiecajac dla tego Kosciola calego siebie, aby sobie przysposobic Oblubienice chwalebna, swieta i nieskalana. Wybierajac celibat, kaplan obiera jako wlasna te dziewicza milosc Chrystusa do Kosciola, czerpiac z niej moc nadprzyrodzonej plodnosci.

- Istnieje w koncu motywacja eschatologiczna: przy zmartwychwstaniu - jak powiedzial Jezus - „nie beda sie ani zenic, ani za maz wychodzic, lecz beda jak aniolowie Bozy w niebie" (Mt 22, 30). Celibat kaplanski zapowiada nadejscie ostatecznych czasów zbawienia i w jakis sposób antycypuje wypelnienie sie Królestwa, potwierdzajac, ze istnieja wyzsze wartosci, które pewnego dnia zajasnieja we wszystkich dzieciach Bozych.

Usilujac kontestowac celibat, wysuwa sie czasami argument samotnosci kaplana, samotnosci biskupa. Na podstawie mojego doswiadczenia zdecydowanie oddalam ten argument. Osobiscie nigdy nie czulem sie samotny. Prócz swiadomosci bliskosci Pana, równiez po ludzku zawsze mialem kolo siebie liczne osoby, utrzymywalem wiele serdecznych kontaktów z ksiezmi -dziekanami, proboszczami, wikariuszami - i z osobami swieckimi kazdej kategorii.

Byc ze swoim ludem

Trzeba myslec o domu, jaki sw. Józef zbudowal dla Syna Bozego, równiez wtedy, gdy mówi sie o ojcowskim zobowiazaniu biskupa, by byc z tymi, których mu powierzono. To diecezja jest domem biskupa. Nie tylko dlatego, ze on tam wlasnie pracuje i mieszka, ale w sensie o wiele glebszym: diecezja jest domem biskupa, bo jest tym miejscem, na którym ma sie kazdego dnia okazywac jego wiernosc wobec Kosciola — jego Oblubienicy. Kiedy Sobór Trydencki — wobec wczesniejszych w tej dziedzinie zaniedban - podkreslil i opisal obowiazek przebywania biskupa w jego diecezji wyrazil zarazem gleboka intuicje: biskup ma byc ze swoim Kosciolem we wszystkich waznych chwilach. Nie powinien go opuszczac bez istotnej przyczyny na czas dluzszy niz miesiac - jak dobry ojciec rodziny, który stale jest ze swoimi, a kiedy musi sie z nimi rozlaczyc, teskni do nich i pragnie jak najszybciej do nich powrócic.

Wspominam w zwiazku z tym postac wiernego biskupa tarnowskiego Jerzego Ablewicza. Ksieza w jego diecezji wiedzieli, ze w piatki nie przyjmuje. Tego dnia bowiem pielgrzymowal pieszo czternascie kilometrów do Tuchowa, do Sanktuarium Maryjnego w diecezji. Po drodze przygotowywal modlitwa niedzielne kazanie. Byl znany z tego, ze bardzo niechetnie opuszczal swoja diecezje. Byl stale ze swoimi, najpierw w modlitwie, a potem w dzialaniu. Najpierw jednak w modlitwie. To z niej wyrasta i rozwija sie tajemnica naszego ojcostwa. To w modlitwie stajemy jako ludzie wiary obok Maryi i Józefa, by razem z Nimi i z tymi wszystkimi, których Bóg nam powierza, budowac dom dla Syna Bozego - Jego swiety Kosciól.

Kaplica przy Franciszkanskiej 3

Kaplica w domu arcybiskupów krakowskich jest dla mnie miejscem szczególnym. W niej zostalem wyswiecony przez kardynala Sapiehe na kaplana 1 listopada 1946 r., choc zwyklym miejscem swiecen jest katedra. O miejscu i terminie moich kaplanskich swiecen zawazyla decyzja ordynariusza o poslaniu mnie na studia do Rzymu.

Swiety Pawel, bedac juz doswiadczonym Apostolem, pisze pod koniec zycia do Tymoteusza: „Sam zas cwicz sie w poboznosci. Bo cwiczenie cielesne nie na wiele sie przyda; poboznosc zas przydatna jest do wszystkiego, majac obietnice zycia obecnego i tego, które ma nadejsc" (1 Tm 4, 7-8). Kaplica w domu, tak blisko, na wyciagniecie reki, to przywilej kazdego biskupa, ale jednoczesnie jakze wielkie zobowiazanie. Po to kaplica jest tak blisko, zeby wszystko w zyciu biskupa - nauczanie, decyzje, duszpasterstwo - zaczynalo sie u stóp Chrystusa utajonego w Najswietszym Sakramencie. Sam widzialem, jak tym zyl arcybiskup krakowski, ksiaze Adam Stefan Sapieha. Ksiadz Prymas kardynal Wyszyn-ski tak o nim mówil we wspomnianym juz kazaniu pogrzebowym na Wawelu: „Jeden, sposród wielu innych, rys tego zycia mie zastanowil. Gdy po Konferencji Episkopatu, po calodziennej, niekiedy jakzez nuzacej pracy, wszyscy odczuwali trud i wracali do siebie, ten niezmordowany czlowiek podazal do swej zimnej kaplicy i tam pozostawal w mroku nocy przed Bogiem. Jak dlugo? Nie wiem. Nigdy nie slyszalem, podczas póznych godzin pracy w domu arcybiskupim, powrotnych kroków Kardynala. Wiem jedno, ze powazny wiek dawal mu prawo do wypoczynku. Kardynal musial jednak trud swej pracy calodziennej zamykac jakas zlota klamra i zamykal go brylantem modlitwy. To byl czlowiek modlitwy!" (Ksiega Sapiezynska, Kraków 1986, s. 776).

Usilowalem nasladowac ten niedoscigniony przyklad. W domowej kaplicy nie tylko sie modlilem, ale takze siedzialem i pisalem. Tu pisalem moje ksiazki, wsród nich opracowanie Osoba i czyn. Jestem przekonany, ze kaplica to miejsce, z którego pochodzi szczególne natchnienie. To ogromny przywilej móc mieszkac i pracowac w przestrzeni tej Obecnosci. Przyciagajaca Obecnosc - niczym potezny magnes. Mój serdeczny, juz niezyjacy przyjaciel Andre Frossard, w ksiazce Bóg istnieje, spotkalem Go gleboko ujal moc i piekno tej Obecnosci. Jednak nie zawsze konieczne jest fizyczne przyjscie do kaplicy, zeby duchowo wejsc w przestrzen Najswietszego Sakramentu. Zawsze wewnetrznie odczuwalem, ze to On, Chrystus, jest wlascicielem mego biskupiego domu, a my, biskupi, jestesmy tylko tymczasowymi dzierzawcami. Tak bylo na Franciszkanskiej przez prawie dwadziescia lat i tak jest tu w Watykanie.


Czesc V

Kolegialnosc biskupia

"I ustanowil Dwunastu, aby Mu towarzyszyli,

by mógl wysylac ich na gloszenie nauki"

(Mk 3, 14)

Biskup w diecezji

Sobór Watykanski II stal sie dla mnie mocnym impulsem do zintensyfikowania dzialalnosci duszpasterskiej. Wlasciwie od tego nalezaloby wszystko zaczac. 3 czerwca 1963 r. zmarl papiez Jan XXIII. To on zwolal Sobór, który rozpoczal sie 11 pazdziernika 1962 r. Bylo mi dane brac w nim udzial od poczatku. Pierwsza sesja zostala otwarta w pazdzierniku, a zakonczyla sie 8 grudnia. Uczestniczylem w posiedzeniach wraz z Ojcami soborowymi jako wikariusz kapitulny archidiecezji krakowskiej.

Po smierci Jana XXIII konklawe w dniu 21 czerwca 1963 r. wybralo papiezem arcybiskupa Mediolanu, kardynala Giovan-niego Battiste Montiniego, który przybral imie Pawla VI. W jesieni tegoz roku Sobór podjal swe obrady na drugiej sesji, podczas której równiez bylem obecny w takim samym charakterze. 30 grudnia 1963 r. zostalem mianowany arcybiskupem metropolita krakowskim. Ogloszenie tej nominacji nastapilo w styczniu 1964 r.,. a 8 marca, w niedziele Laetare, odbyl sie mój uroczysty ingres do katedry na Wawelu.

Pamietam, ze na progu katedry wital mnie prof. Franciszek Bielak i wspomniany juz ks. infulat Bohdan Niemczewski, pre-pozyt kapituly. Wprowadzili mnie do katedry, gdzie mialem zajac tron biskupi osierocony po smierci kardynala Sapiehy i arcybiskupa Baziaka. Nie pamietam szczególów przemówienia, które wtedy wyglosilem, ale pamietam, ze byly to mysli pelne wzruszen zwiazanych z Katedra Wawelska, jej dziedzictwem kulturowym, do którego „od zawsze" bylem przywiazany, jak to juz wczesniej podkreslilem.

Paliusz

Mysle tez o glebokim i poruszajacym znaku paliusza, który otrzymalem w tym samym roku 1964. Na calym swiecie metropolici, na znak jednosci z Chrystusem Dobrym Pasterzem i z Jego Wikariuszem, sprawujacym urzad Piotrowy, nosza na ramionach ten znak wykonany z welny jagniat poswieconych w dniu swietej Agnieszki. Tylekroc jako papiez moglem go przekazywac w dniu swietych Apostolów Piotra i Pawla nowym metropolitom. Jakze piekna symbolika! W ksztalcie paliusza mozemy dostrzec obraz owieczki, która Dobry Pasterz bierze na swoje ramiona i niesie, by ja ocalic i nakarmic. W tym symbolu uwidacznia sie to, co nas wszystkich jako biskupów laczy na pierwszym miejscu: troska i odpowiedzialnosc za powierzona nam owczarnie. To w tej trosce i odpowiedzialnosci mamy tworzyc jednosc i jej strzec.

Od 8 marca 1964 roku, dnia mojego ingresu, uczestniczylem dalej w Soborze juz jako arcybiskup metropolita i tak bylo az do jego zakonczenia w dniu 8 grudnia 1965 roku. Doswiadczenie Soboru, spotkania w wierze z biskupami Kosciola powszechnego, i zarazem nowa odpowiedzialnosc za powierzony mi Kosciól w Krakowie, pozwolily mi glebiej zrozumiec miejsce biskupa w Kosciele.

Biskup w swoim Kosciele lokalnym

Iakie jest miejsce, które dobroc Boza wyznacza w Kosciele biskupowi? Od samego poczatku, na mocy wlaczenia w sukcesje apostolska, biskup staje wobec Kosciola powszechnego. Jest poslany na caly swiat i wlasnie dlatego staje sie znakiem powszechnosci Kosciola. Odczuwam ten powszechny wymiar Kosciola od dziecka, to jest od kiedy nauczylem sie recytowac slowa wyznania wiary: pierze w jeden, swiety, powszechny i apostolski Kosciól". Ta wlasnie powszechna wspólnota jednoczy w sobie swiadectwa tylu róznych miejsc, czasów i ludzi wybranych przez Boga i zgromadzonych w Kosciele „od Adama, «od sprawiedliwego Abla, az po ostatniego wybranego»" (Lumen gentium, 2). Te znaki i te zwiazki tak wymownie dochodza do glosu w liturgii swiecen biskupich, ze przywoluja na mysl cala historie zbawienia wraz z jej celem, którym jest jednosc wszystkich ludzi w Bogu. Ponoszac odpowiedzialnosc za Kosciól powszechny, kazdy biskup stoi równoczesnie posrodku swojego Kosciola partykularnego, to znaczy posrodku tego zgromadzenia, które Chrystus powierzyl wlasnie jemu, zeby za sprawa jego poslugi biskupiej coraz pelniej realizowala sie tajemnica Kosciola Chrystusa, znaku zbawienia dla wszystkich. W Konstytucji dogmatycznej o Kosciele Lumen gentium czytamy: „Kosciól Chrystusa jest prawdziwie obecny we wszystkich prawowitych miejscowych zgromadzeniach wiernych, które o ile trwaja przy swoich pasterzach nazywane sa w Nowym Testamencie Kosciolami. (...) W kazdej wspólnocie oltarza, przy swietej posludze biskupa, pokazuje sie symbol owej milosci i «jednosci Ciala Mistycznego, bez której nie moze byc zbawienia». W tych wspólnotach, choc nieraz sa one szczuple i ubogie albo zyja w rozproszeniu, obecny jest Chrystus, którego moca jednoczy sie jeden, swiety, katolicki i apostolski Kosciól" (n. 26).

Tajemnica biskupiego powolania w Kosciele polega wlasnie na tym, ze odnajduje sie on zarazem w tej jednej widzialnej wspólnocie, dla której jest ustanowiony, i w Kosciele powszechnym. Byloby niewatpliwie uproszczeniem i ostatecznie niezrozumieniem tajemnicy myslec, ze biskup tylko reprezentuje Kosciól powszechny w swojej wspólnocie diecezjalnej - jaka dla mnie byl Kraków - i zarazem reprezentuje ja wobec Kosciola powszechnego, w taki sposób jak na przyklad ambasadorzy reprezentuja wlasne panstwa albo organizacje miedzynarodowe. Biskup jest znakiem obecnosci Chrystusa w swiecie. A jest to obecnosc, która wychodzi naprzeciw ludziom tam, gdzie sa; wzywa ich po imieniu, podnosi, umacnia przeslaniem Dobrej Nowiny i gromadzi przy jednym Stole. Dlatego biskup, który nalezy do calego swiata i do Kosciola powszechnego, przezywa swoje powolanie w oddaleniu od innych czlonków episkopatu, aby pozostawac w scislym zwiazku z ludzmi, których w imie Chrystusa gromadzi w swoim lokalnym Kosciele. Zarazem staje sie dla tych wlasnie ludzi, których gromadzi, znakiem pokonywania ich samotnosci, gdyz prowadzi ich ku wiezi z Chrystusem, a w Nim ku tym wszystkim, których Bóg wybral przed nimi od poczatku swiata i tym, których gromadzi dzisiaj na calym swiecie, jak równiez ku tym, których zgromadzi jeszcze w swoim Kosciele po nich, az po wezwanych w ostatniej godzinie. Wszyscy przez posluge i znak biskupa sa obecni w lokalnym Kosciele.

Biskup sprawuje swoja posluge w Kosciele w sposób prawdziwie odpowiedzialny, gdy potrafi wzbudzic w wiernych zywe poczucie jednosci z nim, a poprzez jego osobe z wszystkimi wiernymi Kosciola na swiecie. Osobiscie doswiadczylem tej serdecznej jednosci w moim Krakowie ze strony ksiezy, zakonów i swieckich. Niech Bóg im to wynagrodzi! Swiety Augustyn, proszac o pomoc i zrozumienie, mawial do wiernych: „Byc moze wielu zwyklych chrzescijan zdaza do Boga droga latwiejsza od naszej, idac tym szybciej, im mniejszy ciezar odpowiedzialnosci spoczywa na ich barkach. My natomiast bedziemy musieli zdac sprawe Bogu przede wszystkim z naszego zycia jako chrzescijanie, a nastepnie w sposób szczególny z wypelnienia naszej poslugi jako pasterze" (Serm. 46, 1-2).

Taka jest tajemnica mistycznego spotkania ludzi „z kazdego narodu i wszystkich pokolen, ludów i jezyków" (Ap 7, 9) z Chrystusem obecnym w biskupie diecezji, wokól którego w okreslonym momencie historycznym gromadzi sie lokalny Kosciól. Jakze mocna jest ta wiez! Jakimi wspanialymi wiezami laczy nas i spaja! Tego doswiadczylem podczas Soboru. Doswiadczylem zwlaszcza kolegialnosci: caly episkopat z Piotrem! Ponownie to przezycie powrócilo do mnie w sposób szczególny podczas rekolekcji dla Kurii Rzymskiej zgromadzonej wokól papieza Pawla VI, które prowadzilem w roku 1976. Do tego jeszcze powróce.

Kolegialnosc

Warto powrócic mysla do poczatków. Z woli naszego Pana i Mistrza powolany zosta! apostolski urzad. Rosla wokól Niego wspólnota tych, których sam chcial (por. Mk 3, 13). W niej ksztaltowaly sie i poglebialy osobowosci poszczególnych jej czlonków, poczawszy od Szymona Piotra. Do tego Kolegium uczniów i przyjaciól Chrystusa kazdy nowy biskup zostaje wprowadzony przez powolanie i konsekracje. Kolegium! Udzial we wspólnocie wiary, swiadectwa, milosci i odpowiedzialnosci jest darem, który otrzymujemy wraz z tym powolaniem i konsekracja. Jak wielki to dar!

Dla kazdego z nas obecnosc innych stanowi wsparcie, które wyraza sie przez wiez modlitwy i sluzby, przez swiadectwo i dzielenie sie owocami pasterskiej pracy. Z tego punktu widzenia, dzis takim szczególnym umocnieniem sa dla mnie spotkania i relacje skladane przez biskupów podczas wizyt ad limina apo-stolorum. Bardzo pragne, by to, co laska Boza sprawia przez serce, umysl i rece kazdego z nich, bylo znane i drogie wszystkim. Dzisiejsza latwosc komunikacji umozliwia nam czeste i owocne spotkania. Daje to nam wszystkim, biskupom Kosciola katolickiego, mozliwosc szukania dróg umocnienia biskupiej kolegialnosci, takze przez chetna wspólprace w Konferencjach episkopatów i wymiane doswiadczen w wielkiej rodzinie Kosciola na calym swiecie. Jesli biskupi odwiedzaja sie wzajemnie i przekazuja sobie ich radosci i troski, z pewnoscia pomaga im to zachowac „duchowosc komunii", o której pisalem w Liscie apostolskim Novo millennio ineunte (por. 43-45).

Juz przed wyborem na Stolice Piotrowa spotykalem sie z wieloma biskupami z calego swiata, chociaz czesciej oczywiscie z biskupami z najblizszych krajów europejskich. Byly to spotkania wzajemnego umocnienia. Niektóre z nich, zwlaszcza z biskupami z krajów pozostajacych pod dyktatura komunistyczna, byly czasami dramatyczne. Mysle tu na przyklad o pogrzebie kardynala Stefana Trochty w ówczesnej Czechoslowacji, kiedy to kontakty z miejscowym Kosciolem byly utrudniane czy wrecz uniemozliwiane przez wladze komunistyczne.

Ostatnie duszpasterskie spotkanie z biskupami sasiedniego kraju, zanim kardynalowie zadecydowali, abym objal tron sw. Piotra, bylo w Niemczech, gdzie wraz z Prymasem Wyszynskim udalismy sie z wizyta duszpasterska we wrzesniu 1978 roku. Byl to zarazem wazny znak pojednania pomiedzy naszymi narodami. Wszystkie te spotkania znalazly niezwykla, intensywna kontynuacje w codziennych spotkaniach z biskupami z róznych stron swiata, jakie bylo mi dane odbyc po wyborze na stolice swietego Piotra.

Szczególnym wyrazem kolegialnosci sa wizyty ad limina apo-stolorum. Zasadniczo co 5 lat (czasem sa jednak pewne opóznienia) przybywaja do Watykanu biskupi z calego swiata. Jest ponad dwa tysiace diecezji. Teraz ja jestem tym, który ich przyjmuje. Za czasów papieza Pawla VI, bylem tym, którego papiez goscil. Bardzo sobie cenilem te spotkania z Pawiem VI. Wiele sie od niego nauczylem, równiez tego, jak powinny przebiegac te spotkania, jednak potem wypracowalem sobie wlasny schemat: najpierw spotykam sie z kazdym biskupem osobiscie, potem zapraszam cala grupe na obiad, a w koncu wspólnie odprawiamy poranna Msze sw. i mamy wspólne spotkanie.

Korzystam bardzo wiele z tych spotkan z biskupami. Móglbym rzec po prostu, ze od nich „ucze sie Kosciola". Nieustannie musze to robic, bo od biskupów ucze sie rzeczy wciaz nowych. Z rozmów z nimi dowiaduje sie o sytuacji Kosciola w róznych czesciach swiata: w Europie, w Azji, Ameryce, Afryce czy w Oceanii.

Pan Bóg dal mi sily, abym mógl wiele tych krajów odwiedzic, powiedzialbym wiekszosc z nich. To ma bardzo wielkie znaczenie, bo osobisty pobyt w jakims kraju, nawet krótki, pozwala zobaczyc wiele. Poza tym te spotkania daja mozliwosc bezposredniego zetkniecia sie z ludem, co jest bardzo wazne zarówno na poziomie relacji miedzyludzkich, jak i koscielnych. Tak bylo równiez w przypadku sw. Pawla, który nieustannie byl w drodze. Totez, gdy sie czyta to, co pisal do róznych wspólnot, czuje sie, ze on byl u nich, ze znal ludzi w tych miejscach i znal ich problemy. Tak samo jest to wazne w kazdym czasie, równiez dzisiaj.

Zawsze lubilem podrózowac. Jest dla mnie jasne, ze papiez ma to niejako zadane przez samego Chrystusa. Juz jako biskup diecezjalny bardzo lubilem wizytacje i uwazalem, ze jest bardzo wazne wiedziec, co sie dzieje w parafiach, znac ludzi i spotykac sie z nimi bezposrednio. To, co stanowi kanoniczne wskazanie, wlasnie wizytacja duszpasterska, bylo w rzeczywistosci podyktowane doswiadczeniem zycia. Wzorem jest tu sw. Pawel. Piotr tez, ale Pawel przede wszystkim.

Ojcowie soborowi

W czasie pierwszej sesji soborowej, jeszcze jako biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej, mialem okazje dziekowac kardynalowi Giovanni Montiniemu za wielkoduszny i cenny dar archidiecezji mediolanskiej dla kolegiaty sw. Floriana w Krakowie, jakim byly trzy nowe dzwony (symboliczny, ale jakze wymowny dar, takze z racji imion, jakie zostaly nadane dzwonom: „Panna Maryja", „Ambrozy-Karol Boromeusz" i „Florian"). Z prosba o taki dar zwrócil sie ks. Tadeusz Kurowski, prepozyt kolegiaty sw. Floriana. Arcybiskup Montini, który zawsze mial wiele zyczliwosci dla Polaków, okazal wielkie serce dla tego projektu i wiele zyczliwosci dla mnie, wówczas bardzo mlodego biskupa.

Wloscy koledzy, którzy - zeby tak powiedziec - pelnili obowiazki gospodarzy Soboru i w ogóle Watykanu, zawsze zdumiewali zyczliwoscia i uniwersalizmem. W czasie pierwszej sesji Soboru zaskakujacym doswiadczeniem powszechnosci Kosciola byla dla mnie liczna obecnosc biskupów z Afryki. Siedzieli w róznych punktach Bazyliki sw. Piotra, w której, jak wiadomo, odbywaly sie prace Soboru. Wsród nich byli wybitni teologowie i gorliwi pasterze. Mieli wiele do powiedzenia. Sposród innych najbardziej zachowal sie w mojej pamieci arcybiskup Raymond-Marie Tchidimbo z Conakry, który duzo sie nacierpial od komunistycznego prezydenta swego kraju i w koncu musial udac sie na wygnanie. Mialem serdeczny i czesty kontakt z kardynalem Hyacinthe Thiandoun, czlowiekiem o wyjatkowej osobowosci. Inna wybitna postacia byl kardynal Paul Zoungrana. Obaj kultury francuskiej, mówili doskonale w tym jezyku, jakby byl ich wlasnym. Zaprzyjaznilem sie z tymi dostojnikami, gdy mieszkalem w Kolegium Polskim.

Bardzo czulem sie bliski kardynalowi Gabrielowi Marii Gar-rone. Francuz, starszy ode mnie o dwadziescia lat. Odnosil sie do mnie bardzo serdecznie, powiedzialbym po przyjacielsku. Razem ze mna zostal kardynalem i po Soborze byl prefektem Kongregacji ds. Wychowania Katolickiego. Chyba bral jeszcze udzial w konklawe. Drugim Francuzem, z którym sie zaprzyjaznilem, byl teolog Henri de Lubac SJ, którego ja sam kreowalem wiele lat pózniej kardynalem. Sobór to byl nadzwyczajny okres poznawania biskupów i teologów, zwlaszcza w poszczególnych Komisjach. Kiedy byl komentowany Schemat 13 (który potem stal sie Konstytucja duszpasterska o Kosciele w swiecie wspólczesnym Gaudium et spes) i mówilem o personalizmie, przyszedl do mnie ojciec de Lubac i powiedzial: „Tak, tak, tak, w tym kierunku". W ten sposób dodal mi ducha, co mialo szczególne znaczenie dla mnie; bylem przeciez stosunkowo mlodym czlowiekiem.

Z Niemcami tez bylem zaprzyjazniony. Z kardynalem Alfredem Bengschem, o rok ode mnie mlodszym. Z Josephem Hóffnerem z Kolonii, Josephem Ratzingerem - to byli duchowni wyjatkowo przygotowani teologicznie. Pamietam szczególnie wówczas mlodziutkiego profesora Ratzingera. Towarzyszyl podczas Soboru kardynalowi Josephowi Fringsowi, arcybiskupowi Kolonii, jako ekspert teologii. Potem Pawel VI mianowal go arcybiskupem Monachium i kreowal go kardynalem. Byl na konklawe, które powierzylo mi posluge sw. Piotra. Gdy umarl kardynal Franjo Seper, poprosilem go, aby objal po nim funkcje prefekta Kongregacji Doktryny Wiary. Bogu dziekuje za obecnosc i pomoc kardynala Ratzingera - to wypróbowany przyjaciel. Niestety, zyje juz bardzo niewielu biskupów i kardynalów, którzy brali udzial w Soborze (11 X 1962 - 8 XI 1965).

To bylo wielkie wydarzenie koscielne i dziekuje Panu Bogu za to, ze moglem uczestniczyc w nim od pierwszego do ostatniego dnia.

Kolegium kardynalskie

W pewnym sensie sercem kolegium biskupiego jest kolegium kardynalów, którzy otaczaja Nastepce Piotra i wspomagaja go w jego swiadectwie wiary dla calego Kosciola. Zostalem wlaczony do tego Kolegium w czerwcu 1967 roku.

Zgromadzenie kardynalów szczególnie dobrze uwidacznia zasade wspólpracy i wzajemnego umacniania sie w wierze, na której zbudowane jest cale misyjne dzielo Kosciola. Zadanie Piotra jest takie, jakie wyznaczyl mu Jezus: Ty zas, nawróciwszy sie, utwierdzaj braci (por. Lk 22, 32). Od pierwszych wieków Nastepcy Piotra korzystali ze wspóldzialania z kolegium biskupów, prezbiterów i diakonów odpowiedzialnych wraz z nimi za miasto Rzym i najblizsze mu diecezje („suburbicariae"). Zaczeto ich okreslac „viri cardinales". Oczywiscie, przez stulecia zmienily sie formy tej wspólpracy. Jednak jej zasadnicza wymowa, ze jest ona znakiem dla Kosciola i swiata, pozostaje niezmieniona.

Poniewaz odpowiedzialnosc pasterska Nastepcy Piotra obejmuje caly swiat, stopniowo okazalo sie pozyteczne, aby w calym chrzescijanskim swiecie byli obecni „viri cardinales", którzy sa mu szczególnie bliscy w poczuciu odpowiedzialnosci i w bezwzglednej gotowosci do skladania swiadectwa wierze, jesli to konieczne, az do przelania krwi (stad kolor ich szat jest purpurowy, jak krew meczenników). Jestem wdzieczny Bogu za to oparcie i za odpowiedzialnosc, jaka kardynalowie Kurii Rzymskiej i calego swiata niosa wraz ze mna. Im bardziej gotowi sa byc dla innych oparciem, im bardziej utwierdzaja ich w wierze, tym bardziej w konsekwencji sa tez zdolni uniesc ogromna odpowiedzialnosc za dokonywany pod tchnieniem Ducha Swietego wybór tego, który przyjmie Urzad Piotrowy.

Synody

Moje zycie biskupie zaczelo sie praktycznie wraz z zapowiedzia Soboru. Jak wiadomo, jednym z owoców Soboru bylo ustanowienie Synodu Biskupów, który papiez Pawel VI utworzyl 15 wrzesnia 1965 roku. W tych latach odbylo sie wiele synodów. Podczas kazdego z nich duza role spelnia sekretarz generalny. Najpierw byl nim kardynal Wladyslaw Rubin, którego wojenne losy przyprowadzily przez Liban do Rzymu. Pawel VI powierzyl mu tworzenie Sekretariatu Synodu. To nie bylo latwe zadanie. Staralem sie go w tym wspomagac, jak potrafilem, szczególnie dobra rada. Potem jego zadania przejal Josef Tomko, po którym nastapil Jan Schotte.

Tych synodów, jak powiedzialem, odbylo sie wiele. Oprócz tych, które mialy miejsce jeszcze za Pawla VI, byly synody o rodzinie, o sakramencie pokuty i pojednania, o roli swieckich w zyciu Kosciola, o formacji kaplanskiej, o zyciu konsekrowanym, o biskupach. Byly tez celebrowane synody o szczególnym charakterze: synod poswiecony Holandii, synod z okazji dwudziestej rocznicy zakonczenia Soboru Watykanskiego II, specjalne zgromadzenie poswiecone Libanowi. Potem odbywaly sie synody o charakterze kontynentalnym: dla Afryki, dla Ameryki, Azji, Oceanii i dwa synody dla Europy. Mysl byla taka, zeby przejsc przez wszystkie kontynenty przed Milenium, poznac je i dostrzec ich problemy, w przygotowaniu do Wielkiego Jubileuszu. Ten program zostal wykonany. Teraz trzeba sie zastanowic nad nowym synodem, który bedzie mial za temat sakrament Eucharystii.

W moim zyciu biskupim mialem juz mozliwosc zetknac sie z doswiadczeniem synodalnym: byl bowiem bardzo wazny Synod Archidiecezji Krakowskiej, organizowany z okazji 900-lecia sw. Stanislawa. Chodzi oczywiscie jedynie o synod diecezjalny. Nie odbywal sie on na forum Kosciola powszechnego, ale bardziej skromnie we wspólnocie Kosciola lokalnego. Niemniej równiez synod diecezjalny ma niemale znaczenie dla wspólnoty wiernych, którzy na co dzien przezywaja te same problemy zwiazane z praktykowaniem wiary w okreslonych okolicznosciach spolecznych i politycznych. Zadaniem synodu krakowskiego bylo glebsze wprowadzenie w zycie tej lokalnej wspólnoty tego, co przyniósl Sobór. Synod ten zaplanowalem na lata 1972-1979, bo sw. Stanislaw - jak juz powiedzialem - byl biskupem od 1072 do 1079 roku. Chcialem, zeby po 900 latach te daty odzyly. Najwazniejszym doswiadczeniem byla praca bardzo licznych i zaangazowanych grup synodalnych. Synod prawdziwie pastoralny - pracowali razem biskupi, ksieza i swieccy, wszyscy. Zakonczylem ten synod juz jako papiez, podczas mojej pierwszej podrózy do Polski.

Rekolekcje dla Kurii za pontyfikatu Pawla VI

Nigdy nie zapomne tych szczególnych rekolekcji. Rekolekcje, to praktyka, która jest wielkim dobrodziejstwem Bozym dla kazdego, kto je odprawia. Sa czasem odejscia od wszystkich innych spraw, aby spotkac sie z Bogiem, zasluchac sie jedynie w Jego glos. Niewatpliwie stanowi to niezwykle cenna okolicznosc dla tego, kto podejmuje te cwiczenia. Dlatego wlasnie nie mozna tu stosowac przymusu, ale raczej trzeba rozbudzic w nim wewnetrzna potrzebe takiego doswiadczenia. Owszem, czasem mozna komus powiedziec: „Idz do kamedulów czy do Tynca, zeby sie odnalezc"; ale zasadniczo to musi byc wewnetrzna potrzeba. Kosciól jako instytucja poleca odbywanie rekolekcji, zwlaszcza ksiezom (por. KPK kan. 276, $ 2, 4), ale przepis kanoniczny jest tylko czynnikiem dodatkowym do potrzeby wyplywajacej z serca.

Wspomnialem juz, ze sam najczesciej odprawialem rekolekcje w opactwie benedyktynów w Tyncu. Bywalem tez u kamedulów na Bielanach, w seminarium krakowskim i w Zakopanem. Od kiedy przybylem do Rzymu, odbywam rekolekcje razem z Kuria w pierwszym tygodniu Wielkiego Postu. Prowadzili je w tych latach coraz to inni rekolekcjonisci. Niektórzy byli znakomici z punktu widzenia umiejetnosci mówienia, tresci, czasem nawet dowcipu. Tak bylo na przyklad w przypadku jezuity, ojca Tomasa Spidlika, z pochodzenia Czecha. Usmialismy sie podczas jego konferencji, co tez jest potrzebne. Umial bowiem glebokie prawdy podac w sposób dowcipny i wykazal sie w tym wielka umiejetnoscia. Te rekolekcje odzyly w mojej pamieci, kiedy wreczalem mu biret kardynalski podczas ostatniego kon-systorza. Rózni byli ci kaznodzieje, na ogól byli znakomici. Ja sam zaprosilem biskupa Ablewicza i to byl jedyny poza mna Polak, który prowadzil rekolekcje w Watykanie.

Prowadzilem w Watykanie rekolekcje dla Pawla VI i jego wspólpracowników. Byl pewien problem z przygotowaniem tych rekolekcji. Na poczatku lutego 1976 r. zadzwonil do mnie biskup Wladyslaw Rubin z wiadomoscia, ze papiez Pawel VI prosi mnie o wygloszenie nauk rekolekcyjnych w marcu. Mialem do dyspozycji zaledwie dwadziescia dni, zeby przygotowac teksty i je przetlumaczyc. Tytul, jaki dalem tym rozwazaniom brzmial: „Znak, któremu sprzeciwiac sie beda". Nie byl zaproponowanym tematem, ale pojawil sie na koncu jako podsumowanie tego, co mialem zamiar powiedziec.

Wlasciwie to nie byl temat, ale poniekad slowo kluczowe, w którym znajdowalo sie wszystko, co mówilem w kolejnych konferencjach. Pamietam dni poswiecone przygotowaniu. Bylo dwadziescia tematów do przygotowania; sam je musialem wymyslic i opracowac. Aby znalezc niezbedny spokój, pojechalem do Zakopanego, do szarych urszulanek na Jaszczurówce. Do poludnia pisalem rozwazania, po poludniu chodzilem na narty, a pózniej wieczorem jeszcze pisalem. To spotkanie z Pawlem VI w kontekscie rekolekcji bylo dla mnie szczególnie wazne, poniewaz uswiadomilo mi, jak bardzo potrzebna jest gotowosc biskupa do mówienia o swojej wierze, gdziekolwiek Pan Bóg kaze to czynic. Ona jest potrzebna kazdemu biskupowi, wlacznie z nastepca Piotra - tak jak moja gotowosc byla wtedy potrzebna Pawlowi VI.

Realizacja Soboru

Sobór byl wielkim wydarzeniem, a dla mnie niezapomnianym przezyciem. Wracalem z niego bardzo wzbogacony. Po powrocie do Polski napisalem ksiazke, w której staralem sie przyswoic idee, jakie rozwinely sie w trakcie soborowych posiedzen. W tej ksiazce usilowalem zawrzec, zeby tak powiedziec, esencje nauczania soborowego. Nadalem jej tytul: U podstaw odnowy. Studium o realizacji Vaticanum 11. Zostala wydana w Krakowie w 1972 roku przez Polskie Towarzystwo Teologiczne. Ta ksiazka miala byc zarazem swego rodzaju wotum wdziecznosci za to, co laska Boza sprawila przez soborowe zgromadzenie we mnie samym jako biskupie. Sobór Watykanski II poswiecil szczególna uwage biskupom. O ile Sobór Watykanski I mówil o prymacie papieza, o tyle drugi zatrzymal sie szczególnie na biskupach. Zeby sie o tym przekonac, wystarczy wziac do reki dokumenty soborowe, a zwlaszcza Konstytucje dogmatyczna Lumen gentium.

Gruntowna nauka Soboru o episkopacie opiera sie na odniesieniu do troistej misji (munus) Chrystusa: prorockiej, kaplanskiej i królewskiej. Konstytucja Lumen gentium mówi o tym w numerach 24-27. Równiez inne teksty soborowe nawiazywaly do tych trzech zadan (tria munera). Posród nich szczególnie trzeba zwrócic uwage na Dekret Christus Dominus, który dotyczy wlasnie pasterskiej misji biskupów.

Kiedy z Rzymu wrócilem do kraju, wybuchla sprawa znanego oredzia biskupów polskich do biskupów niemieckich. W swoim liscie biskupi polscy oswiadczyli, ze w imieniu rodaków wybaczaja krzywdy, których doznali w czasie drugiej wojny swiatowej. Zarazem prosili o wybaczenie krzywd, za które Polacy mogli czuc sie odpowiedzialni wobec Niemców. Niestety to oredzie wywolalo wiele polemik, pomówien i oszczerstw. Ten akt pojednania, który w rzeczywistosci - jak sie potem okazalo - byl decydujacy dla unormowania stosunków polsko-niemieckich, bardzo nie podobal sie wladzom komunistycznym. Konsekwencja bylo przyjecie twardego stanowiska wobec Kosciola. Wszystko to nie stanowilo oczywiscie najlepszego tla dla obchodów Milenium chrztu Polski, które mialy sie rozpoczac od Gniezna w kwietniu 1966 roku. W Krakowie uroczystosci mialy miejsce w dniu swieta sw. Stanislawa, 8 maja. Do dzis mam zywo w pamieci obraz tej olbrzymiej rzeszy ludzi, która postepowala w procesji z Wawelu na Skalke. Wladze nie czuly sie na silach, aby przeszkodzic temu masowemu naplywowi ludzi. W uroczystosciach milenijnych oslably i prawie zanikly napiecia wywolane oredziem biskupów i mozna bylo kontynuowac wlasciwa katecheze na temat znaczenia Milenium dla zycia narodu.

Zazwyczaj dobra okazja do nauczania byla takze doroczna procesja Bozego Ciala. Przed wojna ta wielka procesja ku czci Ciala i Krwi Chrystusa szla z Katedry Wawelskiej na Rynek Glówny, przemierzajac ulice i place miasta. Podczas okupacji niemiecki gubernator Hans Frank zakazal odprawiania procesji. Potem, w czasach komunizmu, wladze zezwalaly na skrócona procesje z katedry na Wawelu wokól dziedzinca zamku królewskiego. Dopiero w roku 1971 procesja po raz pierwszy mogla wyjsc poza wawelskie wzgórze. Wówczas staralem sie tak ukladac tematy kazan przy kolejnych oltarzach, aby w kontekscie katechezy o Eucharystii pozwolily mi ujac równiez wielki temat wolnosci religijnej, jak nigdy aktualny w tamtym momencie.

Mysle, ze w tych wielorakich formach poboznosci ludowej kryje sie odpowiedz na stawiane czasem pytanie o znaczenie tradycji w jej wyrazach, takze tych lokalnych. W gruncie rzeczy odpowiedz jest prosta: jednosc serc to jest wielka sila. Zakorzenienie w tym, co dawne, mocne, glebokie, a zarazem bliskie i mile sercu, daje nadzwyczajna sile wewnetrzna. Jesli takie zakorzenienie polaczy sie potem z odwazna sila mysli, nie ma juz powodu, by obawiac sie o przyszlosc wiary i ludzkich wiezi w narodzie. Z bogatego humus tradycji wyrasta bowiem cultura, która cementuje wspólistnienie obywateli i daje im poczucie, ze sa jedna wielka rodzina, dodajac wsparcia i sily ich przekonaniom. Naszym wielkim zadaniem, zwlaszcza dzisiaj, w czasach tzw. globalizacji, jest dbac o te zdrowa tradycje, sprzyjajac odwaznej wyobrazni i mysli, otwartej wizji przyszlosci i równoczesnie szacunkowi dla przeszlosci. Jest to przeszlosc, która utrwala sie w sercach ludzkich w postaci dawnych slów, znaków, wspomnien i zwyczajów przejetych od poprzednich pokolen.

Polscy biskupi

Wczasach mojego poslugiwania w Krakowie, szczególne wiezy przyjazni laczyly mnie z biskupami z Gorzowa. A bylo ich tam trzech: Wilhelm Pluta, dzis juz sluga Bozy, Jerzy Stroba i Ignacy Jez. Z nimi sie naprawde przyjaznilem. Dlatego jezdzilem do nich z wizyta, takze nie z urzedu. Ze Stroba znalismy sie z Krakowa, gdzie byl rektorem Seminarium Slaskiego. Bylem w tym seminarium profesorem: wykladalem etyke, fundamentalna teologie moralna i etyke spoleczna. Ze wspomnianej trójki zyje jeszcze biskup Ignacy Jez. Jest obdarzony darem poczucia humoru, o czym miedzy innymi swiadczy umiejetnosc bawienia sie swoim nazwiskiem.

Jako ordynariusz mialem w mojej archidiecezji biskupów pomocniczych: Juliana Groblickiego, Jana Pietraszke, Stanislawa Smolenskiego i Albina Malysiaka - tych dwu ostatnich ja swiecilem. Cenilem biskupa Albina za jego dynamizm. Pamietam go jeszcze jako proboszcza w Nowej Wsi, jednej z dzielnic Krakowa. Czasami nazywalem go „Albin gorliwy". Biskup Jan Pie-traszko byl swietnym kaznodzieja, czlowiekiem, który zdumiewal sluchaczy. Mój nastepca w Krakowie kardynal Franciszek Macharski w 1994 roku mógl rozpoczac jego proces beatyfikacyjny. Dzis ten proces jest juz na etapie rzymskim. Równiez pozostalych dwóch biskupów pomocniczych dobrze wspominam: na przestrzeni lat staralismy sie razem sluzyc umilowanemu Kosciolowi w Krakowie w duchu braterskiej jednosci.

W sasiednim Tarnowie byl biskup Jerzy Ablewicz, o którym juz wspominalem. Dosc czesto do niego jezdzilem; bylismy zreszta prawie rówiesnikami - byl o rok ode mnie starszy.

Bardzo sie do mnie serdecznie odnosil biskup czestochowski Stefan Barela. Podczas jubileuszu 25-lecia jego swiecen kaplanskich powiedzialem w homilii: „Biskupstwo, to jest jak gdyby jeszcze dalsze i jeszcze inne odkrycie kaplanstwa. A dokonuje sie ono na tej samej zasadzie: dokonuje sie przede wszystkim poprzez ten zwrot do Jezusa Chrystusa, jedynego Pasterza i Biskupa dusz naszych. Ten zwrot jest glebszy, jeszcze goretszy i jeszcze bardziej wymagajacy. Dokonuje sie ono równoczesnie przez zwrot do dusz, do dusz niesmiertelnych, które zostaly Krwia Chrystusa odkupione. Ten zwrot do dusz moze nie jest tak bezposredni, jak w pracy i dzialalnosci kaplana parafialnego, proboszcza czy wikarego, ale za to jest on jeszcze rozleglejszy, bo przed biskupem niejako szerzej otwiera sie wspólnota Kosciola. Kosciól w swiadomosci nas, biskupów Yaticanum II, to miejsce spotkania calej rodziny czlowieczej, miejsce pojednania, zblizenia - pomimo wszystko - zblizenia, za cene dialogu, zblizenia za cene cierpienia. Moze dla nas, biskupów polskich epoki Soboru Watykanskiego II, bardziej za cene cierpienia niz dialogu" {Kalendarium zycia Karola Wojtyly, Kraków 1983, ss. 335-336).

Na Slasku pelnil swoja posluge duszpasterska biskup Herbert Bednorz, a przed nim jeszcze biskup Stanislaw Adamski. Bednorz byl mianowany jego koadiutorem. Kiedy zostalem metropolita, pojechalem do wszystkich biskupów metropolii, a wiec i do Katowic, gdzie przedstawilem sie biskupowi Adam-skiemu. Byli z nim równiez biskup Julian Bieniek i biskup Józef Kurpas. Dobrze sie rozumielismy z biskupami ze Slaska. Spotykalem ich regularnie w ostatnia niedziele maja w sanktuarium Matki Bozej w Piekarach, gdzie w tym wlasnie dniu odbywala sie wielka pielgrzymka mezczyzn. Biskup Bednorz stale mnie zapraszal z kazaniami. Ostatnia niedziela maja to bylo wydarzenie - ta pielgrzymka górników byla szczególnym swiadectwem w Polsce Ludowej. Bioracy w niej udzial czekali na kazanie i podkreslali brawami wszystkie wypowiedzi, które byly wbrew dyskusyjnej linii polityki rzadu w kwestiach religijnych czy moralnych, np. w sprawie swietowania niedzieli. W tej kwestii utrwalilo sie na Slasku popularne powiedzenie biskupa Bednorza: „Niedziela Boza i nasza". Biskup Bednorz, po zakonczonych uroczystosciach, zawsze mi mówil: „Na drugi rok przyjechac i powiedziec takie kazanie". Piekary z wielka pielgrzymka pozostana dla mnie przedziwnym swiadectwem, majacym w sobie cos niezwyklego.

Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje Andrzej Maria Deskur, dzis emerytowany prezydent Papieskiej Rady ds. Srodków Masowego Przekazu. Wlaczylem go do kolegium kardynalskiego w dniu 25 maja 1985 r. Od poczatku mojego pontyfikatu, zwlaszcza przez swoje cierpienie, ale tez przez madra rade, wielokrotnie byl mi oparciem.

Gdy wspominam biskupów, nie moge nie odwolac sie do mojego patrona sw. Karola Boromeusza. Kiedy mysle o tej postaci, uderza mnie zbieznosc faktów i zadan. On byl biskupem Mediolanu w okresie Soboru Trydenckiego w XVI wieku. Mnie Pan Bóg dal byc biskupem w XX w, a dokladnie w czasie Soboru Watykanskiego II, w którego kontekscie dal mi takie samo zadanie: jego realizacje. Musze powiedziec, ze w latach pontyfikatu ta realizacja Soboru byla nieustannie w centrum moich mysli. Zawsze frapowala mnie ta zbieznosc i fascynowalo mnie w tym swietym biskupie jego ogromne zaangazowanie duszpasterskie: po Soborze sw. Karol oddal sie wizytom duszpasterskim w calej diecezji, która liczyla wówczas okolo osiemset parafii. Krakowska archidiecezja byla mniejsza, a jednak nie udalo mi sie dokonczyc rozpoczetych wizytacji. Równiez diecezja rzymska, która obecnie jest mi powierzona, jest duza: liczy 333 parafie. Dotychczas zwizytowalem 317, wiec zostalo jeszcze 16.


Czesc VI

BÓG I ODWAGA

„Oto ide" (Hbr 10, 7)

Mezni w wierze

Pozostaja w mej pamieci slowa kardynala Stefana Wyszyn-skiego wypowiedziane w dniu 11 maja 1946 roku, w przededniu jego konsekracji na Jasnej Górze: „Biskupstwo ma w sobie cos z krzyza, dlatego Kosciól wiesza biskupowi krzyz na ramionach. Na krzyzu trzeba umrzec sobie, bez tego nie ma pelni kaplanstwa. Brac krzyz na siebie nie jest latwo, chocby byl zloty i wysadzany kamieniami". Dziesiec lat pózniej, 16 marca 1956 roku, Kardynal powiedzial: „Biskup ma obowiazek dzialac nie tylko slowem, posluga liturgiczna, ale takze i ofiara cierpienia". Do tych mysli kardynal Wyszynski powrócil jeszcze przy innej okazji: „Brak mestwa - mówil - jest dla biskupa poczatkiem kleski. Czy jeszcze moze byc apostolem? Przeciez istotne dla apostola jest swiadectwo Prawdzie! A to zawsze wymaga mestwa" (kard. S. Wyszynski, Zapiski wiezienne, Paryz 1982, s. 251). I jeszcze te jego slowa: „Najwiekszym brakiem apostola jest lek. Bo budzi nieufnosc do potegi Mistrza, sciska serce i kurczy gardlo. Apostol juz nie wyznaje. Czy jest apostolem? Uczniowie, którzy opuscili Mistrza, dodali odwagi oprawcom. Kazdy, kto milknie wobec nieprzyjaciól sprawy, rozzuchwala ich. Lek apostola jest pierwszym sprzymierzencem nieprzyjaciól sprawy. «Zmusic do milczenia przez lek» - to pierwsze zadanie strategii bezbozniczej. Terror, stosowany przez wszystkie dyktatury, obliczony jest na lekliwosc apostolów. Milczenie tylko wtedy ma swoja apostolska wymowe, gdy nie odwraca oblicza swego od bijacego. Tak czynil milczacy Chrystus. Ale w tym znaku okazal swoje mestwo. Chrystus nie dal sie sterroryzowac ludziom. Gdy wyszedl na spotkanie halastry, odwaznie powiedzial «Ja jestem»" (tamze, s. 94).

Istotnie nie wolno odwracac sie od prawdy, zaprzestac jej gloszenia, ukrywac, nawet jesli jest to prawda trudna, a jej wyjawienie wiaze sie z wielkim bólem. „Poznacie prawde, a prawda was wyzwoli" (J 8, 32) — oto jest nasze zadanie i zarazem nasze oparcie! W tej sprawie nie ma kompromisów, ani oportunistycz-nego uciekania sie do ludzkiej dyplomacji. Trzeba dac swiadectwo prawdzie, takze za cene przesladowan, nawet krwi, jak to uczynil sam Chrystus i jak kiedys zrobil to mój swiety poprzednik w Krakowie, biskup Stanislaw ze Szczepanowa.

Próby zapewne nas spotkaja. Nie jest to niczym niezwyklym. To nalezy do zycia wiary. Czasem próby sa lagodne, czasem bardzo trudne, a nawet dramatyczne. W próbie mozemy sie czuc osamotnieni, ale laska Boza, laska zwycieskiej wiary, nigdy nas nie opuszcza. Dlatego kazda próbe, chocby najstraszniejsza, mozemy przejsc zwyciesko.

Kiedy mówilem o tym do polskiej mlodziezy w roku 1987 na gdanskim Westerplatte, odwolalem sie do tego miejsca jako symbolu wiernosci w dramatycznej próbie. Tam w roku 1939 grupa mlodych polskich zolnierzy, walczac z niemieckim najezdzca o decydujacej przewadze sil i uzbrojenia, zlozyla zwycieskie swiadectwo mestwa, wytrwania i wiernosci. Odwolalem sie do tego wydarzenia, zapraszajac zwlaszcza mlodych do refleksji nad odniesieniem pomiedzy wiecej byc a wiecej miec, i ostrzegalem ich: „Nigdy samo wiecej miec nie moze zwyciezyc. Bo wtedy czlowiek moze przegrac rzecz najcenniejsza: swoje czlowieczenstwo, swoje sumienie, swoja godnosc". W tej perspektywie zachecalem ich: „Musicie od siebie wymagac, nawet gdyby inni od was nie wymagali". I tlumaczylem: „Kazdy z was znajduje tez w zyciu jakies swoje Westerplatte. Jakis wymiar zadan, które trzeba podjac i wypelnic. Jakas sluszna sprawe, o która nie mozna nie walczyc. Jakis obowiazek, powinnosc, od której nie mozna sie uchylic. Nie mozna zdezerterowac. Wreszcie - jakis porzadek prawd i wartosci, które trzeba «utrzymac» i «obronic», tak jak to Westerplatte, w sobie i wokól siebie. Tak, obronic - dla siebie i dla innych" (12 czerwca 1987 r.).

Ludzie zawsze potrzebowali wzorców do nasladowania. Potrzebuja ich takze teraz, w naszych czasach naznaczonych zmiennymi i przeciwstawnymi ideami.

Swieci i krakowscy

Jezeli mówimy o wzorcach do nasladowania, nie mozemy zapomniec o swietych. Jakze wielkim darem dla kazdej diecezji sa rodzimi swieci i blogoslawieni. Mysle, ze jest to szczególnym wzruszeniem dla biskupa stawiac jako wzór konkretnych ludzi, którzy odznaczali sie plynaca z wiary heroicznoscia cnót. Wzruszenie jest tym wieksze, gdy chodzi o osoby, które zyly w bliskich nam czasach. Dane mi bylo rozpoczac procesy kanonizacyjne wielkich chrzescijan zwiazanych z krakowska archidiecezja. Pózniej, jako biskup Rzymu, moglem stwierdzac hero-icznosc ich cnót, a po zakonczeniu procesów, wpisywac ich w poczet blogoslawionych i swietych.

Pamietam, ze podczas wojny, gdy bylem robotnikiem w fabryce „Solvay", miejscu, które laczy sie z Lagiewnikami, nieraz chodzilem do grobu siostry Faustyny, gdy jeszcze nie byla ogloszona blogoslawiona. To wszystko bylo przedziwne, nie do przewidzenia, gdy sie bralo pod uwage, ze to byla prosta dziewczyna. Czy moglem wtedy przypuszczac, ze bedzie mi dane najpierw ja beatyfikowac, a potem kanonizowac? Wstapila do klasztoru w Warszawie, potem zostala przeniesiona do Wilna i w koncu do Krakowa. Wlasnie ona, pare lat przed wojna, miala to wielkie widzenie Jezusa milosiernego, który wezwal ja, aby stala sie apostolka czci dla Milosierdzia Bozego, jaka miala potem tak szeroko sie rozniesc w Kosciele. Siostra Faustyna zmarla w 1938 roku. Stad, z Krakowa, kult Milosierdzia Bozego wszedl w wielki ciag wydarzen o wymiarach swiatowych. Gdy zostalem arcybiskupem, zlecilem ks. prof. Ignacemu Rózyckiemu, by przestudiowal jej pisma. Najpierw nie chcial. Potem studiowal doglebnie dostepne dokumenty. Az wreszcie powiedzial: „To wspaniala mistyczka".

Szczególne miejsce w mojej pamieci, a nawet wiecej, w moim sercu, ma Brat Albert — Adam Chmielowski. Walczyl w powstaniu styczniowym i w tym powstaniu pocisk zniszczyl mu noge. Odtad byl kaleka - nosil proteze. Byl dla mnie postacia przedziwna. Bardzo bylem z nim duchowo zwiazany. Napisalem o nim dramat, który zatytulowalem Brat naszego Boga. Fascynowala mnie jego osobowosc. Widzialem w nim model, który mi odpowiadal: rzucil sztuke, zeby stac sie sluga biedaków - „opuchla-ków", jak ich nazywano. Jego dzieje bardzo mi pomogly zostawic sztuke i teatr, i wstapic do seminarium duchownego.

Codziennie odmawiam litanie narodu polskiego, w której jest sw. Brat Albert. Z krakowskich swietych wspominam takze sw. Jacka Odrowaza: wielki swiety krakowski. Jego relikwie spoczywaja w kosciele dominikanów. Nieraz tam chodzilem, do tego sanktuarium. Swiety Jacek byl wielkim misjonarzem: z Gdanska wyruszyl na wschód, az do Kijowa.

Jest jeszcze w kosciele franciszkanów grób blogoslawionej Anieli Salawy, zwyklej sluzacej. Beatyfikowalem ja w dniu 13 sierpnia 1991 r. w Krakowie. Swoim zyciem udowodnila, ze praca gospodyni domowej, wypelniana z wiara i w duchu ofiarnej

sluzby, moze doprowadzic do swietosci. Bywalem czesto przy jej grobie.

Tych naszych krakowskich swietych uwazam za swoich protektorów. Móglbym ich wyliczac bez konca: swiety Stanislaw, sw. Jadwiga Królowa, sw. Jan Kanty, sw. Kazimierz królewicz i tylu innych. Rozmyslam o nich i modle sie do nich za mój naród.

Martyres - Meczennicy

Krzyzu Chrystusa, badzze pochwalony, na wieczne czasy badzze pozdrowiony: z ciebie moc plynie i mestwo, w tobie jest nasze zwyciestwo". Nigdy nie nakladam mego krzyza biskupiego obojetnie. Zawsze temu gestowi towarzyszy modlitwa. Przez ponad 45 lat spoczywa na mej piersi, na sercu. Kochac krzyz, to kochac ofiare. Wzorem takiej milosci sa meczennicy, jak na przyklad biskup Michal Kozal. Zostal wyswiecony na biskupa 15 sierpnia 1939 r. na dwa tygodnie przed wybuchem wojny. Nie opuscil swojej owczarni, choc mógl sie spodziewac, jaka cene przyjdzie mu za to zaplacic. Zginal w obozie koncentracyjnym w Dachau, gdzie byl wzorem i oparciem dla wspólwiezniów kaplanów.

W 1999 roku bylo mi dane beatyfikowac 108 meczenników, ofiary nazistów, a wsród nich trzech biskupów: arcybiskupa Antoniego Juliana Nowowiejskiego, ordynariusza plockiego, jego biskupa pomocniczego Leona Wetmanskiego i biskupa Wladyslawa Gorala z Lublina. Wraz z nimi zostali wyniesieni do chwaly oltarzy ksieza, zakonnicy i zakonnice oraz swieccy. Wymowna jest ta jednosc w wierze, w milosci i w meczenstwie pomiedzy pasterzami i owczarnia zgromadzona wokól krzyza Chrystusa.

Szeroko znanym wzorem meczenskiej ofiary milosci jest polski franciszkanin sw. Maksymilian Kolbe. Oddal zycie w obozie koncentracyjnym w Oswiecimiu, ofiarujac siebie w zamian za nieznanego sobie wspólwieznia, ojca rodziny.

Sa tez inni meczennicy, bardziej wspólczesni. Ze wzruszeniem wspominam spotkania z kardynalem Francois-Xavier Nguy-en Van Thuan. W pamietnym Roku Jubileuszowym glosil dla nas w Watykanie rekolekcje. Powiedzialem w podziekowaniu za medytacje, które prowadzil: „Osobiscie doswiadczywszy krzyza podczas dlugoletniego uwiezienia w Wietnamie, opowiedzial nam o rozmaitych faktach i epizodach z okresu cierpien, jakim bylo to wiezienie, umacniajac nas, dodajac otuchy, pewnosci, ze nawet wtedy, kiedy wszystko wokól nas, a i w nas, wali sie w gruzy, Chrystus niezmiennie pozostaje naszym wsparciem i opoka" (11 marca 2000 r.).

Tylu jeszcze móglbym wspomniec niezlomnych, mocnych biskupów, którzy swoim przykladem wskazywali droge innym... Co jest ich wspólna tajemnica? Mysle, ze mestwo w wierze. Pierwszenstwo dawane wierze w calym zyciu i dzialaniu, wierze odwaznej i bez leku, wierze, zahartowanej w próbie, takiej wierze, która ma odwage pójsc za kazdym Bozym wezwaniem -fortes in fide...

Sw. Stanislaw

W tle tylu swietlanych postaci polskich swietych, oczyma serca widze zarysowujaca sie gigantyczna postac biskupa i meczennika sw. Stanislawa. Jak juz wspomnialem, poswiecilem mu poemat, w którym przywolalem dzieje jego meczenstwa, dostrzegajac w nich odzwierciedlenie historii Kosciola w Polsce. Oto niektóre fragmenty tego wiersza:

1.

Pragne opisac Kosciól -

Mój Kosciól, który rodzi sie wraz ze mna,

lecz ze mna nie umiera - ja tez nie umieram z nim,

który mnie stale przerasta -

Kosciól: dno bytu mego i szczyt.

Kosciól - korzen, który zapuszczam w przeszlosc

i przyszlosc zarazem, Sakrament mojego istnienia w Bogu,

który jest Ojcem.

Pragne opisac Kosciól -

mój Kosciól, który zwiazal sie z moja ziemia

(powiedziano mu „cokolwiek zwiazesz na ziemi,

bedzie zwiazane w niebie") -wiec zwiazal sie z moja ziemia mój Kosciól.

Ziemia lezy w dorzeczu Wisly,

doplywy wzbieraja wiosna, gdy sniegi topnieja

w Karpatach. Kosciól zwiazal sie z moja ziemia,

aby wszystko, co na niej zwiaze, bylo zwiazane w niebie.

2.

Byl czlowiek, w którym moja ziemia ujrzala,

ze jest zwiazana z niebem. Byl taki czlowiek, byli ludzie... i ciagle tacy sa... Poprzez nich ziemia widzi siebie w sakramencie

nowego istnienia. Jest ojczyzna: bowiem w niej dom Ojca sie poczyna,

z niej sie rodzi. Pragne opisac mój Kosciól w czlowieku,

któremu dano imie Stanislaw.

I imie to król Boleslaw mieczem wpisal w najstarsze kroniki. Imie to mieczem wypisal na posadzce katedry,

gdy splynely po niej strugi krwi.

3.

Pragne opisac Kosciól w imieniu, którym naród

ponownie zostal ochrzczony chrztem krwi: aby nieraz potem przechodzic

przez chrzest innej próby -przez chrzest pragnien, w których odslania sie

ukryte tchnienie Ducha -W Imieniu zaszczepionym na glebie ludzkiej wolnosci

wczesniej niz imie Stanislaw.

4.

Na glebie ludzkiej wolnosci juz rodzilo sie

Cialo i Krew, przeciete mieczem królewskim w samym rdzeniu

kaplanskiego slowa,

przeciete u podstaw czaszki, przeciete w zywym pniu... Cialo i Krew nie zdazyly jeszcze sie narodzic -

miecz ugodzil o kielich z metalu i pszenny chleb.

5.

Myslal król moze: nie narodzi sie z ciebie Kosciól jeszcze dzis -

nie narodzi sie naród ze slowa, co karci cialo i krew, narodzi sie z miecza, z mego miecza, który przetnie

w polowie Twe slowa,

narodzi sie z krwi rozlanej...: myslal moze król. Ukryte tchnienie Ducha w jedno wszelako zespoli slowo przeciete i miecz, zlamano stos mózgowy i rece pelne

krwi...

i mówi: pójdziecie w przyszlosci razem, nie rozdzieli was nic! Pragne opisac mój Kosciól, w którym przez wieki ida ze soba razem slowo i krew zespolone ukrytym tchnieniem Ducha.

6.

Myslal moze Stanislaw: slowo moje zaboli ciebie i nawróci,

przyjdziesz do bram katedry jak pokutnik,

przyjdziesz postem wycienczony, przeswietlony

wewnetrznym glosem... I dolaczysz sie do Stolu Panskiego jak marnotrawny syn.

Slowo nie nawrócilo, nawróci krew -nie zdazyl moze pomyslec biskup: odwróc ode mnie ten kielich.

7.

Na glebe naszej wolnosci upada miecz. Na glebe naszej wolnosci upada krew. Który ciezar przewazy?

Konczy sie pierwszy wiek.

Zaczyna sie drugi wiek.

Bierzemy w swoje rece ZARYS nieuchronnego czasu.

Ziemia Swieta

Od dawna zywilem w sercu mysl, aby udac sie w pielgrzymke sladami Abrahama, skoro tyle juz odbylem róznych pielgrzymek po calym swiecie... Pawel VI pojechal do tych swietych miejsc w swojej pierwszej podrózy. ]a pragnalem, zeby ta moja podróz miala miejsce w Roku Jubileuszowym. Miala sie zaczac od Ur Chaldejskiego, lezacego na terenie dzisiejszego Iraku, skad przed wiekami wyszedl Abraham, idac za Bozym wezwaniem (por. Rdz 12, 1-3). Nastepnie chcialem kontynuowac w kierunku Egiptu, idac sladami Mojzesza, który wyprowadzil stamtad Izraelitów i otrzymal pod góra Synaj Dziesiec Przykazan jako fundament przymierza z Bogiem. Potem mialem pielgrzymowac do Ziemi Swietej, poczynajac od miejsca Zwiastowania. Nastepnie chcialem udac sie do Betlejem, gdzie sie narodzil Jezus i do innych miejsc zwiazanych z Jego zyciem i dzialalnoscia.

Moja podróz nie byla dokladnie taka, jak zaplanowalem. Nie udalo sie zrealizowac pierwszej czesci, tej sladami Abrahama. Bylo to jedyne miejsce, do którego nie moglem dotrzec, bo nie zgodzily sie na to wladze Iraku. Przenioslem sie tam duchowo, podczas specjalnej ceremonii zorganizowanej w auli Pawla VI. Moglem jednak osobiscie udac sie do Egiptu, do podnóza góry Synaj, gdzie Bóg objawil swoje imie Mojzeszowi. Bylem przyjmowany przez mnichów prawoslawnych. Byli bardzo goscinni. Nastepnie udalem sie do Betlejem, do Nazaretu i Jerozolimy. Bylem w Ogrodzie Oliwnym, w Wieczerniku i oczywiscie na Kalwarii, na Golgocie. Juz po raz drugi nawiedzalem te miejsca swiete. Po raz pierwszy bylem tam, jeszcze jako arcybiskup Krakowa, podczas Soboru. Ostatniego dnia jubileuszowej pielgrzymki do Ziemi Swietej odprawilem wraz z Sekretarzem Stanu kardynalem Angelo Sodano i innymi pracownikami Kurii Msze sw. przy grobie Chrystusa. Cóz mozna po tym wszystkim powiedziec? Ta podróz byla wielkim, bardzo wielkim przezyciem. Niewatpliwie najwazniejszym momentem tej pielgrzymki bylo zatrzymanie sie na Kalwarii, górze ukrzyzowania i przy Grobie -tym Grobie, który byl równoczesnie miejscem zmartwychwstania. Moje mysli powracaly do pierwszych wrazen, jakie przezywalem podczas pierwszej pielgrzymki do Ziemi Swietej. Napisalem wówczas:

„ Ach, miejsce na ziemi, miejsce ziemi swietej - jakimze miejscem jestes we mnie! Dlatego wlasnie nie moge po tobie stapac, musze kleknac. Przez to dzisiaj potwierdzam, ze bylos miejscem spotkania. Przyklekam - przez to wyciskam na tobie pieczec. Zostaniesz tutaj z moja pieczecia - zostaniesz, zostaniesz -a ja zabiore ciebie i przeobraze w sobie na miejsce nowego swiadectwa. Odchodze jako swiadek, który swiadczy poprzez tysiaclecia" {Pielgrzymka do Ziemi Swietej, 3. Tozsamosc). Miejsce odkupienia! Malo powiedziec: „Ciesze sie, ze tam bylem". Chodzi o cos wiecej: o slad wielkiego cierpienia, o slad zbawczej smierci, o slad zmartwychwstania.

Abraham i Chrystus: „Oto ide pelnic Twoja wole"

Pierwszenstwo wiary i plynaca z niej odwaga, kazala kiedys kazdemu z nas usluchac wezwania Bozego, by wyruszyc w droge, nie wiedzac, dokad idzie (por. Hbr 11, 8). Te slowa autor Listu do Hebrajczyków wypowiada w zwiazku z powolaniem Abrahama, ale odnosza sie one do kazdego czlowieczego powolania, takze do szczególnego powolania, które realizuje sie w posludze biskupiej: powolania do pierwszenstwa w wierze i milosci. Zostalismy wybrani i powolani, abysmy wyruszyli, a celu drogi nie wyznaczamy sobie sami. Wyznaczy go Ten, który nam kazal wyruszac: Bóg wierny, Bóg Przymierza.

Do Abrahama powrócilem niedawno w poetyckiej medytacji, której fragment pragne przytoczyc:

„O Abrahamie - Ten, który wszedl w dzieje czlowieka, pragnie tylko przez ciebie odslonic te tajemnice

zakryta od zalozenia swiata, tajemnice dawniejsza niz swiat!

Jesli dzis wedrujemy do tych miejsc,

z których kiedys wyruszyl Abraham,

gdzie uslyszal Glos, gdzie spelnila sie obietnica,

to dlatego,

by stanac na progu -

by dotrzec do poczatku Przymierza".

(Tryptyk rzymski: Wzgórze w krainie Moria)

Chcialbym i w tej medytacji o powolaniu biskupim powrócic do Abrahama, który jest naszym ojcem w wierze, a w szczególnosci do tajemnicy jego spotkania z Chrystusem Zbawicielem, który wedlug ciala jest synem Abrahama (por. Mt 1, 1), ale równoczesnie istnieje zanim Abraham stal sie (por. J 8, 58). Z tego spotkania pada swiatlo na tajemnice naszego powolania w wierze, a nade wszystko naszej odpowiedzialnosci i odwagi koniecznej, by na nie odpowiedziec.

Mozna powiedziec, ze jest to podwójna tajemnica. Przede wszystkim jest to tajemnica pamieci o tym, co z milosci Bozej juz stalo sie w ludzkich dziejach. Zarazem jest to tajemnica przyszlosci, a to znaczy nadziei: tajemnica progu, który kazdy z nas ma przekroczyc na mocy tego samego wezwania, wspierany wiara, która nie cofa sie przed niczym, bo wie, komu uwierzylismy (por. 2 Tm 1, 12). W tej tajemnicy laczy sie zatem wszystko, co bylo od poczatku, co bylo przed zalozeniem swiata, i to, co jeszcze ma byc. Wiara, odpowiedzialnosc i odwaga kazdego z nas zostaje w ten sposób wpisana w tajemnice wypelnienia Bozego planu. Wiara, odpowiedzialnosc i odwaga kazdego z nas okazuje sie potrzebna, by mógl sie w calej okazalosci ukazac dar Chrystusa dla swiata. Nie tylko taka wiara, która strzeze w pamieci nienaruszonego skarbu Bozych tajemnic, ale taka, która ma odwage wciaz na nowy sposób otwierac i odkrywac ten skarb przed ludzmi, do których Chrystus posyla swoich uczniów.

I nie tylko taka odpowiedzialnosc, która ogranicza sie do strzezenia tego, co jej powierzono, ale taka, która ma odwage pomnazac talenty (por. Mt 25, 14-30).

Poczawszy od Abrahama wiara kazdego z jego synów oznacza ustawiczne przekraczanie tego, co drogie, wlasne, dobrze znane, aby otwierac sie na przestrzen nieznanego, opierajac sie na wspólnej prawdzie i wspólnej przyszlosci nas wszystkich w Bogu. Wszyscy jestesmy zaproszeni do udzialu w tym procesie przekraczania znanego, najblizszego kregu; jestesmy zaproszeni do zwrócenia sie ku temu Bogu, który w Jezusie Chrystusie sam przekroczyl siebie, zburzyl rozdzielajacy nas mur - wrogosc (por. Ef 2, 14), aby nas przyprowadzic ku sobie przez Krzyz.

Jezus Chrystus to znaczy: wiernosc wezwaniu Ojca, serce otwarte dla kazdego spotkanego czlowieka, taka wedrówka, ze nie ma gdzie „glowy oprzec" (por. Mt 8, 20), a w koncu Krzyz, a przezen osiaga sie zwyciestwo zmartwychwstania. To wlasnie jest Chrystus, Ten, który bez obawy idzie i nie pozwala sie zatrzymac, az sie wszystko wypelni, az wstapi do Ojca swojego i naszego (por. J 20, 17), Ten, który jest ten sam wczoraj i dzis, i na wieki (por. Hbr 13, 8).

Wiara w Niego jest wiec nieustannym otwieraniem sie czlowieka na nieustanne wkraczanie Boga w ludzki swiat, jest wychodzeniem czlowieka ku Bogu, temu Bogu, który ze swej strony prowadzi ludzi wzajemnie ku sobie. W ten sposób staje sie, ze wszystko, co wlasne, nalezy teraz do wszystkich, a wszystko, co innych staje sie zarazem takze moim wlasnym. Taka jest tresc slów, jakie ojciec kieruje do starszego brata marnotrawnego syna: „Wszystko, co moje, do ciebie nalezy" (Lk 15, 31). Jest to znaczace, ze powracaja one w modlitwie arcykaplanskiej Jezusa jako slowa Syna zwrócone do Ojca: Wszystko bowiem moje jest Twoje, a Twoje jest moje" (J 17, 10).

Kiedy zbliza sie Jego godzina (por. J 7, 30; 8, 20; 13, 1), Chrystus sam mówi o Abrahamie w slowach budzacych zaskoczenie i zdziwienie Jego sluchaczy: „Abraham, ojciec wasz, rozradowal sie z tego, ze ujrzal mój dzien - ujrzal [go] i ucieszyl sie" (J 8, 56). Co jest zródlem rozradowania Abrahama? Czyz nie jest nim przewidywanie milosci i odwagi, z jaka ten jego syn wedlug ciala, a nasz Pan i Zbawiciel, idzie, aby wypelnic do konca wole Ojca (por. Hbr 10,9)? To wlasnie w wydarzeniach Meki Panskiej znajdujemy najbardziej przejmujace odniesienie do tajemnicy Abrahama, który powodowany wiara pozostawia swoje miasto i swoja ojczyzne i wyrusza w nieznane, a nade wszystko Abrahama, który z drzacym sercem prowadzi swojego tak bardzo oczekiwanego i umilowanego syna na góre Moria, by zlozyc go w ofierze.

Gdy nadeszla „Jego godzina", Jezus mówi do tych, którzy z Nim byli w ogrodzie Getsemani - do Piotra, Jakuba i Jana, najblizszych, szczególnie wybranych i umilowanych Uczniów: Wstancie, chodzmy!" (por. Mk 14, 42). Nie tylko On sam ma „pójsc" ku wypelnienieniu tego, co zamierzyl Ojciec, ale równiez oni z Nim.

To wezwanie - „Wstancie, chodzmy!" - jest w sposób szczególny skierowane do nas biskupów, Jego wybranych przyjaciól. Nawet jesli te slowa oznaczaja czas próby, wielki wysilek i bolesny krzyz, nie musimy sie niczego obawiac. Slowa te niosa bowiem w sobie takze radosc i pokój, które sa owocem wiary. W innych okolicznosciach, do tych samych trzech uczniów Jezus tak ujal zaproszenie: ,^Wstancie, nie lekajcie sie!" (Mt 17, 7). Boza milosc nie naklada na nas ciezarów, których nie moglibysmy uniesc, ani nie stawia nam wymagan, którym nie moglibysmy sprostac. Jesli wzywa, przychodzi z konieczna pomoca.

Mówie o tym z tego miejsca, do którego doprowadzila mnie milosc Chrystusa Zbawiciela, wymagajac, abym wyszedl z mojej ziemi i gdzie indziej, dzieki Jego lasce, przynosil owoc - owoc, który ma trwac (por. J 15, 16). Powtarzajac slowa naszego Mistrza i Pana, i ja kieruje do kazdego z was, drodzy Bracia w episkopacie, wezwanie: „Wstancie, chodzmy!" Chodzmy ufni w Chrystusie. On bedzie towarzyszyl nam w drodze, az do celu, który zna tylko On.