
|
Dowiedziałem się ostatnio, że "Amelia" wcale nie była kinowym debiutem Audrey Tautou. Po raz pierwszy na dużym ekranie wystąpiła ona w filmie "Bóg jest wielki a ja malutka", którego premierę planowano równocześnie z "Amelią". Jednak, jak widać, premiera została przełożona wskutek czego debiut mieliśmy okazję oglądać później niż "Amelię".
Może i dobrze się stało, bo gdzież równać się filmowi "Bóg jest..." z "Amelią". Zauważyłem też, czytając recenzje w różnych czasopismach, że krytycy piszą o roli Michelle (Audrey Tautou w "Bóg jest...") jako o przedłużeniu roli Ameli z filmu Jenueta. Trochę się to kłóci z podstawowymi prawami fizyki i logiki matematycznej, bo jak coś może być przedłużeniem czegoś co jeszcze nie powstało. Ale wiadomo źrodłem ignorancji jest na ogół niewiedza, więc nie czepiam się już :)
Nie porównam tutaj filmu "Bóg jest..." z "Amelią" bo tak na ogół robią wszyscy, co wpływa przeważnie ujemnie na ocenę filmu. Robię tak uwzględniając przede wszystkim fakt, że rola Michelle była wcześniejsza od roli Amelii Poulain. (o czym już wspomniałem). Nie napiszę też eseju o filmie tylko przedstawię krótko problematykę, przez co chcę zachęcić (mam nadzieję, że nie zniechęcić) do wizyty w kinie.
Zacznijmy od początku...Audrey Tautou gra w tym filmie młodą modelkę, która prowadzi nad wyraz nieuporząkowane życie. Obraca się w środowisku, gdzie partnerów zmienia się niczym rękawiczki i naprawdę trudno się zorientować kto jest z kim związany (zanim nie zwiąże się z kimś innym).
Michelle właśnie zrywa z chłopakiem. Wpada w oko Francois, weterynarzowi i szuka pocieszenia w jego ramionach. Jednak rzeczą, która może zastanowić, jest nie to z jaką łatwością przychodzi jej stworzenie nowego związku ale.... bezradnośc z jaką szuka Boga. Michelle zdążyła być już katoliczką i buddystką. Po spotkaniu Francois zaczyna ją interesować judaizm. (Francois jest Żydem). Zaczyna studiowac książki o tej religii, zaczyna przestrzegać reguł szabasu, uczy się hebrajskiego, zapisuje się do szkółki żydowskiej w celu przechrzczenia się na ową religię. Nasuwa się pytanie: robi to by zatrzymać przy sobie Francois czy też może "znalazła Boga"? Wniosek jest jeden ale żeby do niego dojść najlepiej jest oglądnąć film. Polecam go wszystkim fanom Audrey ale także miłośnikom kina francuskiego. Nie jest to arcydzieło ani pozycja obowiązkowa ale przyjemnie się ogląda. To rodzaj filmu przy którym można się zrelaksować w piątkowy wieczór. Aha, i lepiej wszystkie poruszone w filmie kwestie potraktować z przymrużeniem oka bo w końcu Polska to nie Francja i realia są (jakby nie było) "ciut" inne.
|