Mitologia rzymska - Naczelni bogowie

Janus

Janus był duchem opiekuńczym drzwi i bram, a stał się później bogiem wszelkiego początku. Jemu był poświęcony pierwszy brzask dnia, początek każdego miesiąca, a styczeń, jako pierwszy miesiąc w roku, wziął od niego nazwę — Januarius. Pierwszego stycznia panowało powszechne święto. W tym dniu nowi dygnitarze obejmowali uroczyście władzę, składali bogom ofiary, odbierali powinszowania od przyjaciół i znajomych. Zresztą wszyscy obywatele odwiedzali się wzajemnie i przynosili sobie różne drobne podarki, szczególnie słodycze, figi, daktyle, ciastka — na dobrą wróżbę.
Janusowi poświęcone były wszystkie drzwi (po łac. ianua), przy których nieraz umieszczano jego posągi. Główna jego świątynia stała w północnej stronie Forum rzymskiego, niedaleko kurii, gdzie zbierał się i urzędował senat. Była to po prostu prastara brama z najdawniejszych obwarowań, którą dla szczególnej świętości zachowano, gdy owe mury rozsypały się po wzroście miasta. Jej czarne, omszałe ściany, zbudowane z nierównych bloków kamienia, okryto płytami brązowymi, a wewnątrz ustawiono posąg boga, który był wielką osobliwością. Przedstawiał poważną postać męską o dwóch brodatych obliczach, zwróconych ku sobie tyłem, z których jedno patrzyło na wschód, drugie na zachód. Ze świątynią był związany starodawny obrzęd zamykania jej drzwi na czas pokoju i otwierania, gdy Rzym wojnę prowadził. Gdy następował powszechny pokój, tak że w granicach państwa rzymskiego nie słychać było szczęku oręża, zamykano bramę Janusa wśród przepychu uroczystości, ofiar i wielkiej radości narodowej. W ciągu całej historii rzymskiej, tak pełnej wojen, zamykano ją zaledwie kilka razy.
Janus W dalszym rozwoju religii rzymskiej przechodziło pojęcie tego bóstwa rozmaite zmiany. Ze zwykłego boga drzwi stał się i bogiem źródeł, i początkiem wszechrzeczy, niejako pierwszym bóstwem, twórcą bogów i ludzi. I nawet wówczas, kiedy Jowisz wyrósł na naczelnego boga Rzymian, Janus zachował część swojej godności: we wszystkich modłach wymieniano go na pierwszym miejscu. Jeszcze później, pod wpływem greckich mędrkowań teologicznych Janus z boga zmienił się w króla, który miał przywędrować z Tesalii do Rzymu i lud, naówczas dziki, nauczyć praw i zakonów. Mówiono, że mieszkał na owym wzgórzu, które od niego wzięło nazwę: Janikulum. Ale takie rzeczy opowiadali uczeni lub poeci. Lud po dawnemu wierzył w starego Janusa, stróża drzwi, i z nabożeństwem przechowywał pierwsze monety rzymskie, stare, ciężkie, spleśniałe kawały brązu, na których widniało dwuobliczne wyobrażenie boga.


Jowisz — Junona — Minerwa

Rzymski Jupiter (nazwa ta powstała z Jovis pater) miał wielkie podobieństwo do greckiego Dzeusa. Był przede wszystkim bogiem światłości. Zwano go często Lucetius — światłodawca, a dniem poświęconym Jowiszowi był każdy idus, połowa miesiąca, na którą przypada pełnia księżyca. On był panem wszystkich zjawisk niebieskich i jakby samym niebem. Rzymianie mówili: sub Jove — pod gołym niebem, sub Jove frigido — na mrozie, itp. I rola, i winnica pozostawały pod jego łaską lub gniewem. On zsyłał deszcze i nawiedzał posuchą. W okresie dojrzewania winnych jagód składano mu w ofierze jagnię. Bronią jego był piorun. Grom uważano zawsze za objaw złej lub dobrej woli Jowisza. Była to kara lub wskazówka. Wróżbici starali się odgadnąć znaczenie gromu. Miejsce ugodzone piorunem stawało się święte. Otaczano je obmurowaniem i składano przy nim ofiary.
Bóg ogni niebieskich wcześnie przyjął na siebie rolę boga wojny. Rzymianie widzieli w nim swojego najwyższego sojusznika, którego pomoc daje zwycięstwo. Budowali mu świątynie pod rozmaitymi wezwaniami: Stator, ten, co zatrzymuje w miejscu chwiejące się szeregi rzymskie; Versor, który zmusza nieprzyjaciół do ucieczki; Victor, dawca zwycięstwa. Wódz przed wyruszeniem na wojnę modlił się w świątyni Jowisza, składał śluby przyszłych ofiar i gdy wracał jako triumfator — znów korzył się przed posągiem boga.
Triumf był najokazalszą uroczystością ku czci Jowisza. Nie było to samo tylko wywyższenie zwycięskiego wodza, ale właśnie i przede wszystkim akt religijny, akt czci i wdzięczności względem najdostojniejszego patrona narodu rzymskiego, dawcy zwycięstw i chwały, Jowisza Najlepszego Największego. Uroczystość nieporównana, o której marzyli wodzowie rzymscy przez wszystkie wieki republiki, a którą w końcu cesarze zachowali wyłącznie dla siebie, nie dopuszczając, aby ktokolwiek obok nich wywyższał się tak niezmiernie nad poziom innych poddanych.
Na długo już przed oznaczonym dniem czyniono przygotowania. W cyrkach, na placach publicznych i po całym mieście, we wszystkich punktach, skąd tylko można było swobodnie przyglądać się pochodowi, ustawiano trybuny z drzewa, które potem zajmowały nieprzebrane tłumy widzów ubranych w białe togi. Otwierano w tym dniu wszystkie świątynie, majono je festonami kwiatów i zieleni, a na ołtarzach bez przerwy palono najdroższe kadzidła. Porządek utrzymywali liktorzy i inna służba miejska, czuwając nad tym, aby wąskie ulice Rzymu dawały dość swobodnego miejsca do przejścia procesji.
Wczesnym rankiem, przy Bramie Triumfalnej, na Polu Marsowym, zbierał się senat i najwyżsi urzędnicy, aby powitać triumfatora. Stąd ruszał pochód przez cyrk Flaminiusza do miasta, przechodził przez Forum Boarium do Wielkiego Cyrku, aby Świętą Drogą wejść na Kapitol. Czasami pochód taki trwał parę dni, zwłaszcza jeżeli łupy wojenne były szczególnie obfite i bogate; wszystko trzeba było pokazać ludowi. Jechały tedy na wozach posągi i obrazy, zrabowane po świątyniach i miastach zdobytych; za nimi, również na wozach, broń pokonanych nieprzyjaciół ze spiżu lub ze stali, ozdobiona złotem i drogimi kamieniami. Stosami całymi leżały hełmy, tarcze, pancerze, nagolennice, kołczany, a spośród nich sterczały nagie miecze i ostrza dzid jak żywe płomyki. Wszystko to jadąc migotało w słońcu i dzwoniło. Za czym szli piesi niewolnicy niosąc srebrne i złote monety w koszach i naczyniach; inni znów dźwigali kratery srebrne, rogi, puchary, rozmaite kosztowności, nierzadko arcydzieła sztuki złotniczej. Wśród nich widziano ludzi niosących napisy z nazwami miast i ludów podbitych, niekiedy też obrazy przedstawiające stoczone bitwy.
Z dala już słychać było granie trąb. Wśród odświętnie przybranego miasta huczała pobudka wojenna legionów rzymskich. Za trębaczami postępowały białe byki ofiarne, ze złoconymi rogami, całe spowite we wstęgi i girlandy kwiatów. Prowadzili je chłopcy w fartuszkach bogato haftowanych, a za nimi szli młodzieńcy ze złotymi naczyniami ofiarnymi. Jeżeli pokonano jakiegoś króla, wieziono wszystkie jego skarby, niewolników i niewolnice, a na osobnym wozie jechała jego broń i korona królewska. Po czym szły jego dzieci ze swymi nauczycielami i sam król, czarno ubrany, płacząc i prosząc o łaskę. Otaczała go ciżba przyjaciół i dworzan.
Na koniec jechał sam triumfator, którego zbliżenie się zwiastowały coraz rosnące okrzyki tłumów. Jechał na wspaniałym rydwanie zaprzężonym w cztery białe konie; miał na sobie tunikę haftowaną w palmy i wizerunki bogini zwycięstwa, a na niej togę purpurową, przetykaną złotem; w ręce trzymał berło z kości słoniowej i twarz miał czerwono malowaną, jakby żywy obraz Jowisza Kapitolińskiego; skronie otaczał wieniec laurowy. Za nim postępowała w ordynku cała armia, z gałązkami oliwnymi, śpiewając pieśni rozmaite, nierzadko bardzo swobodne, gdyż w tym dniu wszystko było wolno, a nawet wierzono, iż śmiechy i żarty odbierają siłę złym demonom, które mogły urok rzucić na triumfatora.
U stóp wzgórza kapitolińskiego orszak się zwykle zatrzymywał: odprowadzano jeńców do więzienia i tam ich tracono. Otrzymawszy wiadomość, że jeńcy już nie żyją, triumfator zsiadał z rydwanu i pieszo wchodził do świątyni Jowisza. Była to wielka i uroczysta chwila. Juliusz Cezar, chociaż niewierzący, tak był w podobnym momencie wzruszony, że na klęczkach przeszedł całą tę przestrzeń i ze łzami w oczach dziękował wielkiemu bogu za zwycięstwo. Po modlitwie składał triumfator na kolanach Jowisza swój wieniec laurowy i gałąź palmową. Po czym następowała ofiara i wspólna uczta w świątyni, w której udział brali senatorowie i dygnitarze. Po uczcie odprowadzano triumfatora do domu; do późna w noc brzmiały po mieście śpiewy i wiwatowania.
Ze wszystkich świątyń Jowisza i w samym Rzymie, i w najdalszej okolicy, główną i najbardziej szanowaną była świątynia na Kapitolu. Miał ją założyć ostatni król, Tarkwiniusz Pyszny. Była z początku dość skromna, na podobieństwo świątyń etruskich, jaskrawo malowana, a w środku stał posąg boga, z gliny palonej, o twarzy barwionej na czerwono. Jowisz Najlepszy Największy z wysokości tej świątyni wzniesionej na wzgórzu czuwał nad miastem, jak król. Dygnitarze przychodzili do niego, gdy obejmowali urzędowanie, aby swoje czynności zacząć od ofiar i modlitwy. Na pierwsze uroczyste posiedzenie w nowym roku zbierał się senat w tej świątyni i zdawało się, jakby sam bóg przewodniczył obradom. Na ścianach Kapitolu przybijano brązowe tablice z układami międzynarodowymi, które w ten sposób stały pod opieką Jowisza, i złamanie złożonych tam przysiąg sprowadzało gniew najwyższego stróża praw.
Kapłan Jowisza zwał się flamen Dialis. Nie wolno mu było pełnić żadnego innego urzędu, a całe jego życie normowały surowe przepisy. Nie mógł dosiadać konia ani wziąć do rąk broni, ani nawet patrzeć na ludzi uzbrojonych. Nie wolno mu było przysięgać, nosić na ręku pierścieni, a w szacie jego nie powinien się był znajdować ani jeden węzeł. Brodę i włosy strzygł mu człowiek wolny, i to nożycami z brązu; obrzynki jego paznokci i włosów zakopywano pod drzewem rodzącym owoce. Nie wolno mu było dotknąć ani owcy, ani psa, ani mięsa surowego, ani bluszczu, ani bobu poświęconego umarłym, ani gotującego się ciasta — nawet wspomnieć o tych rzeczach nie godziło się kapłanowi Jowisza. Nogi jego łóżka musiały być z lekka posmarowane gliną i nikomu nie wolno było spać w jego łóżku. Poza domem nosił zawsze swą spiczastą czapkę, a każdy dzień był dlań dniem świątecznym. On sam i jego dom był asylum: jeśli zbrodniarzowi udało się wejść do jego domu, musiano go puścić wolno. Żenić się mógł tylko raz jeden i gdy żona mu umarła, składał swój urząd. Nie wolno mu było przebywać w miejscu, gdzie znajdował się grób, ani dotykać zmarłego, ani brać udziału w pogrzebie. Podobne przepisy normowały życie jego małżonki, która, jako flaminica Dialis była kapłanką Junony.
W bocznych nawach świątyni kapitolińskiej stały posągi Minerwy i Junony, które wraz z Jowiszem stanowiły trójcę bogów stworzoną na wzór etruski.
Minerwa była dawnym bóstwem italskim. Jej imię oznaczało siłę duchową, myśl — stąd uważano ją za opiekunkę wszystkich sztuk i rzemiosł, jak grecką Atenę. Ale nigdy nie nabrała w religii rzymskiej tego znaczenia, jakie miała dostojna opiekunka Aten.
Inaczej Junona. Pod wpływem greckich pojęć uczyniono z niej małżonkę Jowisza, królową bogów. Była uosobieniem “matrony" rzymskiej — idealnej żony i matki. W dniu l marca, który miał być rocznicą urodzin Marsa, kobiety obchodziły święto Junony, zwane Matronalia. Składano ofiary za pomyślność związków małżeńskich, mężowie dawali podarki żonom, panie domu zastawiały ucztę dla niewolnic.
Jowisz Kapitoliński miał jeszcze jednego sublokatora. Był nim skromny Terminus, bóg miedzy i granicy. Gdy Tarkwiniusz zaczynał budować świątynię na Kapitolu, zastał na tym miejscu kapliczkę tego boga i kapłani orzekli, że niepodobna ruszyć z miejsca tego, który czuwa nad nienaruszalnością granic. Terminus był odwiecznym bóstwem chłopskim, pilnował kamieni granicznych. Wieńczono je po wsiach girlandami i kwiatami w dniu święta zwanego Terminalia i składano wówczas niekrwawe ofiary z mleka, miodu i owoców. Uroczystości kończyły się wspólną ucztą sąsiadów.


Mars

Wyruszający do boju wódz rzymski wołał: “Marsie, czuwaj!" To wezwanie wciągało jakby pod komendę legionów wiecznego wojownika, patrona wszystkich zwad i waśni. Był on dobrze znajomy Rzymianom od prapoczątków ich historii. Mars był ogólnoitalskim bogiem wojny. Jego pierwotnym wizerunkiem był fetysz w postaci włóczni. Wilk uchodził za święte zwierzę Marsa, a odkąd wilczyca wykarmiła bliźnięta Marsowe, Romulusa i Remusa — otoczono ród wilków czcią niemal religijną: wilk był na sztandarach wojskowych i w odlewanych z brązu figurach widziało się go pośród świątyń. A i dzisiaj, kto wchodzi na Kapitol, po lewej ręce od wielkich, szerokich schodów ujrzy bluszczem obrosłą klatkę, gdzie para wilków żyje, karmiona przez miasto, żałosnym wyciem dająca znać o swej tęsknocie za chłodnymi górami i ciemnym lasem.
Jako obrońca granic, był Mars jednocześnie stróżem pól i urodzajów. Składając mu suovetaurilia — ofiarę ze świni, owcy i wołu — rolnik modlił się doń w ten sposób: “Ojcze Marsie, błagam i proszę, byś dla mnie, dla mego domu i całej rodziny był zawsze dobry i życzliwy. Aby zjednać twą łaskę, dookoła mej roli, mej ziemi, mego gruntu oprowadzam ulubione twoje zwierzęta ofiarne — świnię, owcę i wołu. Zachowaj nas od wszelkiej choroby, widzianej lub niewidzianej, od powietrza i głodu, i od wszelkiej szkody. Wszystkim płodom ziemi, zbożom i winnicom, i sadom użycz urodzaju. Strzeż pasterzy i bydła, a mnie, memu domowi i całej mojej rodzinie daj zdrowie i szczęście".
Kapłani Marsa nazywali się saliowie, czyli skoczkowie. O ich pochodzeniu opowiadano taką legendę. Za panowania króla Numy wybuchła w Rzymie zaraza. Ludzie padali jak muchy. Pobożny król Numa wychodził co rano przed swój dom i wznosząc ręce ku niebu modlił się o zmiłowanie bogów. Pewnego dnia, gdy tak stał, pogrążony w modlitwie, spadła mu do rąk z nieba mała tarcza spiżowa i jednocześnie ozwał się z góry głos, który mówił, że państwo rzymskie tak długo trwać będzie i rosnąć w potęgę, jak długo tarczę tę zachowa wśród największych świętości. Wówczas król Numa, za radą boginki Egerii, która była jego powiernicą i doradczynią we wszystkich sprawach dotyczących religii — kazał sporządzić jeszcze jedenaście takich samych puklerzów. Pewien sprytny kowal wykonał jedenaście tarcz tak podobnych, że wśród nich sam Numa nie mógł poznać, która z nich jest ową prawdziwą, spadłą z nieba. Pieczę nad świętymi tarczami powierzył kolegium dwunastu kapłanów, zwanych saliami. Podczas świąt Marsa, w miesiącu marcu, saliowie, pod przewodnictwem kapłana Marsa (flamen Martialis), udawali się do mieszkania arcykapłana, gdzie przechowywano owe tarcze. Tam ubierali się w tuniki purpurowe i płaszcze ozdobione purpurą. Na głowie każdy miał hełm, przy boku miecz, na lewym ramieniu jeden z owych świętych puklerzów, a w prawej ręce trzymał włócznię. W tym stroju wychodzili saliowie na ulicę, poprzedzani przez fletnistów. Zachowując rytm muzyki, uderzali włóczniami w tarcze i dokoła ołtarzy bogów wykonywali prastary taniec wojenny. Jednocześnie śpiewali pieśni ku czci Janusa, Marsa, Jowisza i innych bogów, pieśni ułożone w tak starożytnej łacinie, że ich późniejsi Rzymianie prawie nie rozumieli.
Najwspanialszą świątynią Marsa była ta, którą mu zbudował w Rzymie August pod wezwaniem: Mars Ultor (Mściciel) na pamiątkę ukarania zabójców Cezara. Świątynia stała na forum Augusta. W niewielkiej od niej odległości była stara świątynia Bellony, wojowniczej bogini, spowinowaconej z Marsem.

Strona główna

Mitologia

Powstanie świata

Ogólnie o mitologii

Galeria grafik - Smoki

Wyszukiwarka

Bibliografia