Mitologia rzymska - Legendy rzymskie

Wędrówki Eneasza

W tę straszną noc, kiedy Grecy wdarli się do Troi, bogowie postanowili ocalić z powszechnej rzezi Eneasza. Uchwała zapadła nagle i zdaje się pod nieobecność Junony, która jedna byłaby się temu sprzeciwiła. Od czasu smutnej historii z jabłkiem Parysa nienawidziła wszystkich Trojan. Poza tym Eneasz był synem Wenery, jej triumfującej rywalki. A wreszcie — i to była główna przyczyna nienawiści — Eneasz miał być założycielem potęgi Rzymu, a Junona opiekowała się powstającą właśnie Kartaginą, którą, wedle przeznaczenia, Rzymianie mieli zburzyć. Oprócz Junony nie miał on wrogów na Olimpie. Był to człowiek spokojny i bardzo pobożny. W wojnie trojańskiej nie odznaczył się szczególnie. Spełniał swoje obowiązki rycerskie bez pośpiechu i bez entuzjazmu.
Przez pożar, mord i zniszczenie, pod trzaskiem walących się domów, obok konających braci, wymknął się Eneasz z miasta sobie wiadomymi drogami. Słyszał ostatni, przedśmiertny krzyk sędziwego Priama, okropne wycie królowej Hekuby, opłakującej śmierć synów, i widział jak głowę Hektorowego chłopca, Astianaksa, roztrzaskano o ścianę. Uciekł z ojcem, Anchizesem, którego niósł na plecach, i małym synkiem, Askaniuszem, którego prowadził za rękę. Żona szła w tyle, aż ogarnięta zamętem bitwy zginęła pod mieczami Greków. Za miastem spotkał Eneasz gromadę ludzi, którym również udało się umknąć śmierci. Razem zbudowali okręty i wypłynęli na morze.
Bogowie obiecali Eneaszowi nową ojczyznę. Lecz zwyczajem bogów powiedzieli mu o tym w sposób tak zagadkowy, że nie wiadomo było, gdzie jej szukać należy. Zaczęły się lata długiej wędrówki. Wygnańcy przybijali do obcych brzegów, przeżywali niebezpieczne przygody i, gdzie tylko mogli, zakładali miasta, ulegając co chwila złudzeniu, że znaleźli kres tułaczki. Uśmiechały im się żyzne pola, wzgórza dające obronę zamkom, przystanie dogodne dla okrętów, trafiały im się takie cudowne okolice, w których można było wypocząć i zapomnieć o niedoli Troi, wszelako ledwo osiedli i trochę się zagospodarowali, zdarzyła się albo jakaś wróżba, albo drzewo nagle przemówiło ludzkim głosem, albo wybuchła zaraza, i te wszystkie przepowiednie, ostrzeżenia, znaki boże tak plątały ich plany, że nieodmiennie wciąż wypływali na morze, pod groźbą nowych burz i wichrów. Oczywiście, działo się to za sprawą Junony.
Pierwszą bardziej wyraźną wskazówkę o celu swej drogi otrzymał Eneasz tam, gdzie się tego najmniej spodziewał. Po trzech dniach i trzech nocach okrutnej zawieruchy na morzu dopłynęły okręty trojańskie do wysp Strofadów. Mieszkały na nich harpie, owe potwory niewieście, które niegdyś trapiły i prześladowały króla Traków, Fineusa. Jedna z harpij powiedziała Trojanom, że mają płynąć na zachód, a ziemię obiecaną poznają po tym, że taki srogi głód cierpieć będą, iż nawet stoły pozjadają.
Odtąd płynął Eneasz prosto do Italii. Był już nieraz blisko jej brzegów, lecz złośliwa Junona wciąż go odpędzała na nowe przygody. Całe szczęście, że w tych wędrówkach nie natknął się gdzieś na Odyseusza, za którym szedł jak cień. Był wszędzie tam, gdzie już przedtem był król Itaki. Po prostu kroki swe wstawiał w ślad stóp tamtego. Gdyby się byli spotkali, cała Odyseja skończyłaby się inaczej. Odyseusz nie mógłby się pogodzić z tym, że ktoś drugi wciąż za nim dąży, jakby kontrolował jego przygody. Nie będziemy więc opowiadali, jak Eneasz minął Skyllę i Charybdę i jak zabłądził na wyspę Polifema, bo w tym dziwnym zwierciadle obaj tułacze stanęliby ze sobą oko w oko, jak dwa kozły na wąskiej kładce nad przepaścią, gotowe rzucić się na siebie i bóść rogami.
W chwili gdy najchytrzejszy z Greków bawił u dobrego króla Alkinoosa, najpobożniejszy z ludzi, Eneasz, zawijał do portu kartagińskiego. Znów bowiem gniew Junony odrzucił go od brzegów Italii, choć już był na Sycylii, gdzie pochował ojca Anchizesa. Kartagina właśnie się budowała. W mieście rządziła królewna fenicka, Dydona. Była to śliczna panna. Gdy włożyła wysokie buciki myśliwskie i krótki płaszczyk purpurowy, z łukiem w ręce i złocistym kołczanem na plecach — wydawała się po prostu Dianą. Przy wielkiej dzielności miała czułe serce i ledwo zobaczyła Trojan, powzięła ku nim szczerą sympatię.
Były to czasy, kiedy po wszystkich dworach mówiło się wiele o wojnie trojańskiej, i Dydona ucieszyła się bardzo, że w końcu dowie się prawdy od naocznego świadka. Urządziła więc ucztę, na której Eneasz opowiadał zburzenie Troi i swoje własne przygody. Przez cały wieczór trzymała na kolanach małego Askaniusza, śliczne pacholę, które całowała i pieściła. On zaś bawił się złotą strzałeczką i raz nawet z lekka zadrasnął królewnę w okolicy serca. Nikt na to nie zwrócił uwagi, ale Dydona w tej samej chwili zakochała się w Eneaszu.
Okazało się później, że na jej kolanach siedział nie prawdziwy Askaniusz, lecz Amor zmieniony w syna Eneasza. Był to niewinny podstęp Wenery. Bogini, w obawie, żeby Junona nie doradziła Dydonie zabić Eneasza, jako założyciela potęgi rzymskiej, postarała się zaszczepić w niej miłość do bohatera. Mógł to zaś uczynić tylko Amor. Przebrała go więc za Askaniusza i wprowadziła na salę biesiadną. Prawdziwego Askaniusza uśpiła i przeniosła na górę Ida, gdzie chłopak przespał ucztę u Dydony. Ominęły go wszystkie ciastka i słodycze, które za niego zjadł Amor.
W istocie, Eneaszowi nie groziło już żadne niebezpieczeństwo. Zakochana królewna oprowadzała go po mieście, pokazywała, gdzie stanie zamek, gdzie arsenał, gdzie będzie port wojenny, a gdzie giełda, tak że Eneasz mógł był nakreślić dokładny plan Kartaginy i przekazać go w spadku Scypionowi. Nie uczynił tego, bo nosił w sobie poważne troski. Co dzień, po kilka razy powtarzał Dydonie, że musi jechać, szukać Italii. Ale ona urządzała zabawy i w parkach, i ogrodach, wydawała przyjęcia i mówiła, że Eneasz zostanie w Kartaginie, ożeni się z nią i będzie panował nad Fenicjanami. Oczywiście, niepodobna się było zgodzić na takie zamieszanie w historii. Eneasz potajemnie przygotował się do drogi i nocą odpłynął. Niewierność kochanka odebrała Dydonie ochotę do życia. Z rozpaczy przebiła się mieczem.
Trojanie zaś po kilku dniach spokojnej żeglugi wylądowali koło miasta Kume, w Zatoce Neapolitańskiej. Niedaleko stąd było wejście do podziemia i Eneasz skorzystał ze sposobności, aby odwiedzić państwo cieniów. Była to bardzo pouczająca wycieczka, gdyż, prowadzony przez duszę ojca Anchizesa, widział nie tylko tych, którzy już pomarli, lecz i takich, co mieli się dopiero narodzić. Anchizes nazywał mu ich wszystkich po imieniu, rozmaitych Markusów i Lucjuszów, całą historię rzymską aż do cesarza Augusta. Ci wszyscy królowie, politycy, wodzowie czekali tylko na to, aby Eneasz przyjechał do Italii i zajął się założeniem Rzymu. Czas naglił. Po wyjściu z podziemia bohater natychmiast odpłynął na północ.
Wyskoczyli na ziemię w tym miejscu, gdzie Tyber wlewa do morza swoje żółte wody. Chcieli tylko wypocząć i jechać dalej, bo nikt nie przypuszczał, aby to miała być ziemia obiecana. Nie było ani sadów pomarańczowych, ani źródeł płynących mlekiem, ani gajów pełnych zwierzyny, która sama idzie w sidła, ani drzew pachnących, pod którymi sen spływa nawet wtedy, kiedy się spać nie chce — słowem, wszystkie rozczarowania, z dodatkiem tego, jakie rodzić może widok okolicy pustej, piaszczystej, miernie urozmaiconej kępami krzaków. Na całym obszarze rósł tylko jeden dąb, a pod nim trochę trawy. Tam się rozsiedli i wyciągnęli zapasy. Znalazło się nieco owoców i suche pszenne placki. Te placki położono na trawie, a na nich owoce. Gdy zjedli owoce, ten i ów zaczął łamać i gryźć twarde jak kamienie ciasto. “Oho! Stoły nawet zjadamy!" — zawołał mały Julus, który, odkąd stanęli na ziemi italskiej przestał się nazywać Askaniuszem, aby mógł przez to nowe imię być protoplastą rodu Juliuszów. Posłyszawszy nieoczekiwane słowa, pobożny Eneasz wzniósł ręce do nieba: “Oto kres naszych mozołów — rzekł. — Tu dom nasz, tu ojczyzna. Witaj mi, z losów przynależna niwo!" I powiódł dokoła wzrokiem, jak po swoim gospodarstwie.
Nie było to jeszcze jego. W tym kraju panował stary król Latynus, syn bożka leśnego, Fauna. Miał jedyną córkę, Lawinię, którą przeznaczył na żonę młodemu Turnusowi, wodzowi sąsiednich Rutulów. Ślub miał się odbyć niebawem. Ale w ten właśnie dzień, kiedy Eneasz z towarzyszami jadł pod dębem owoce i placki pszenne, zdarzył się wypadek, który wszystkim inaczej pokierował. Latynus składał ofiarę w cieniu odwiecznego wawrzynu. Przy nim stała dziewica Lawinia. W pewnej chwili podeszła do ognia, aby rzucić garść kadzidła. Wszystkim obecnym zdawało się, że ją objął płomień: włosy i szaty rozgorzały jasno, a na głowie królewny ukazała się świetlista korona. Lawinia nie czuła nic, bo to był ogień cudowny, który nie parzył, tylko błyszczał jako znamię prorocze. Rzecz wyjaśniła się w nocy. Latynus we śnie posłyszał głos ojca, Fauna, a ten wyraźnie nakazywał oddać Lawinię cudzoziemcowi, który do niego przyjdzie.
Nazajutrz przyszedł Eneasz. Prosił, aby mu pozwolono osiedlić się w kraju Latynów. Jakże się zdziwił, gdy Latynus, nie czekając na koniec przemowy, wziął go w objęcia i nazwał swoim zięciem. Pobożny bohater poznał w tym wolę bożą i od razu się zgodził, tym bardziej że Lawinia była śliczną panną. Ale do ślubu tak prędko nie doszło. Najpierw Amata, żona Latynusa, sprzeciwiła się małżeństwu, potem Turnus wystąpił ze swoimi pretensjami. Wszystko to działo się za namową Junony, która wywołała z piekieł jędzę niezgody i posiała waśń między Latynami a Rutulami.
Zaczęła się wojna. Obie strony uzbroiły się potężnie i zewsząd ściągnęły sprzymierzeńców. Eneasz, który nie miał konnicy, udał się o pomoc do króla Euandra. Był to Grek, pochodzący z Arkadii. Osiadł na wzgórzu palatyńskim, w tym samym miejscu, gdzie w paręset lat później Romulus Rzym założył. Żył jak człowiek złotego wieku. Pod jego strzechą, pełną świegotliwego ptactwa, mieszkało szczęście. Z przyzby swojego domu spoglądał na trzody pasące się na Forum Romanum i doglądał dziewcząt zbierających mleko na sery, Eneasza przyjął łaskawie i dał mu wyborowy oddział jazdy pod dowództwem własnego syna, Pallasa. Wenera przyniosła Eneaszowi wspaniałą zbroję wykutą przez Wulkana. Gdy wódz trojański na czele swoich wojsk ukazał się w tej cudownej zbroi, wszyscy zrozumieli, że zaczyna się nowa Iliada. Główne role były obsadzone: Eneasz jako Achilles, Pallas jako Patroklos, Turnus jako Hektor. Stoczono mnóstwo utarczek, ściśle wzorowanych na wojnie trojańskiej. Wreszcie doszło do koniecznych pojedynków: Turnus zabił Pallasa, a Eneasz Turnusa.
Przez cały ten czas słodka Lawinia szyła sobie wyprawę i czekała na koniec wojny. Nareszcie Eneasz wrócił okryty chwałą, ożenił się z królewną i na jej cześć zbudował miasto: Lawinium. Ale w cztery lata później wybuchła nowa zwada z Rutulami. Podczas bitwy Eneasz przepadł bez wieści. Lawinia nie wiedziała, czy ma się uważać za wdowę. Wiarogodni ludzie zapewniali, że jej mąż utonął w rzece. Lecz inni podawali rzecz o wiele bardziej prawdopodobną: że Wenus wyniosła Eneasza z zamętu walki i zabrała do nieba. Po ojcu objął rządy syn z pierwszego małżeństwa, Julus; dawniej zwany Askaniuszem.


Powstanie Rzymu

Askaniusz założył własne miasto pod nazwą: Alba Longa, właściwą siedzibę dynastii Eneasza. Panowało tam wielu królów, których szereg jest równie długi jak patriarchów biblijnych. Na koniec Prokas miał dwóch synów: Numitora i Amuliusa. Numitor był starszy i wziął berło po ojcu. Amulius zazdrościł mu władzy. Zebrał własne wojsko i strącił brata z tronu. Chcąc zabezpieczyć tron swoim synom, córkę Numitora, Reę Sylwię, uczynił westalką. Wtedy zdarzyła się rzecz niespodziewana: westalka powiła bliźnięta, Romulusa i Remusa. Stało się to za zrządzeniem bogów. Ojcem tych dzieci był Mars. Wszyscy w to uwierzyli prócz Amuliusa. Ten westalkę kazał zamorzyć głodem, a bliźnięta wrzucić do Tybru.
Rzeka wówczas szeroko rozlała. Słudzy królewscy włożyli dzieci do koszyka i puścili z prądem. Woda odniosła go aż pod wzgórze Palatynu, gdzie rosło drzewo figowe. Koszyk zaczepił się o pień drzewa i tak został, aż Tyber wrócił do swego łożyska. Dzieci były głodne i płakały. Płacz posłyszała wilczyca i przyszła je nakarmić. Codziennie zjawiała się o tej samej porze i podawała im swe sutki do ssania. Ale wilczyca miała własne dzieci i zdarzało się, że bliźniętom przynosiła w wymionach bardzo mało mleka. Wtedy zlatywał dzięcioł, ptak Marsa, i rzucał chłopcom owoce i jagody leśne.
Pewnego dnia spostrzegł te dziwy pasterz królewski - Faustulus. Zaczajony w zaroślach, przeczekał, póki wilczyca się nie oddaliła i dzięcioł nie odleciał. Wtedy wyszedł z kryjówki i zobaczył śliczne bliźnięta, właśnie takie, jakich sobie oboje z żoną od dawna życzyli. Wziął je do domu. W chacie pasterza obaj królewicze wyrośli na tęgich młodzieńców. Przewodzili całej gromadzie swoich rówieśników. Urządzali łowy, wyścigi, zapasy, wyprawy na prawdziwych zbójców. Nikt nic nie wiedział o ich pochodzeniu. Raz wywiązała się bójka między pastuchami Numitora i Amuliusa. Romulus i Remus, będąc w służbie króla, stanęli po stronie ludzi Amuliusowych. Utarczka skończyła się porwaniem Remusa, którego dla rozstrzygnięcia sporu stawiono przed Numitorem. Stary zdetronizowany król zaczął pytać młodzieńca, czyim jest synem. Remus opowiedział mu to, co słyszał od Faustulusa: o drzewie figowym, wilczycy i dzięciole. Numitor poznał w nim swego wnuka i kazał potajemnie sprowadzić Romulusa. We trzech obmyślili plan obalenia Amuliusa. Dwaj bracia z kupą zbrojnych napadli na pałac, straż wysiekli, uzurpatora skazali na śmierć i osadzili na tronie dziadka Numitora.
Nie chcieli zostać w Alba Longa. Chcieli założyć własne miasto i wybrali owo cudowne miejsce, gdzie ich Faustulus znalazł. Zaraz zaczęli się kłócić, kto z nich da nazwę nowej stolicy. Nie mogli się pogodzić i postanowili wybadać wolę bogów. Niby dwaj augurowie zasiedli nocą do czuwania: Romulus na Kapitolu, Remus na Awentynie. Pierwszy Remus zobaczył nadlatujących sześć sępów, ale nie zdążył jeszcze dać znaku, gdy nad Romulusem ukazało się dwanaście. Wszyscy uznali, że Romulusa bogowie wybierają na założyciela miasta. A on kazał sobie podać pług, zaprzągł parę wołów i dookoła Palatynu oborał przestrzeń, na której miała stanąć Roma. Szeroka bruzda oznaczała granice przyszłego miasta i niejako pierwszy jego wał obronny. Przez cały ten czas Remus chodził po polu i pogwizdywał. Na koniec zatrzymał się nad rozoraną ziemią i zaczął się śmiać. “Silne miasto budujesz!" — zawołał do brata i przeskoczył przez bruzdę. Ale Romulus już nie był w tej chwili pastuchem i wychowankiem Faustulusa. Był już królem Rzymu, protoplastą wszystkich jego władców, wodzów i dyktatorów. Dobył miecza i zabił Remusa. A myśląc o historii, która od tej chwili gotowa była zanotować każde jego słowo, rzekł tak, aby go wszyscy słyszeli: “Tak niechaj ginie każdy, kto ośmieli się przekroczyć gwałtem granice mojego państwa".
Miasto było, ale nie było komu w nim mieszkać. Z Romulusem została niewielka drużyna. Młody król ogrodził na Kapitolu gaj, który nazwał asylum, i ogłosił, że ktokolwiek tam wejdzie, choćby największą zbrodnię miał na sumieniu, może się czuć bezpieczny, jako obywatel nowo powstałej osady. Był to raj dla wszystkich okolicznych opryszków. Zbiegali się zewsząd podpalacze i koniokrady, zbóje i rzezimieszki, wierutna hołota, którym źle z oczu patrzyło, ale wszystko chłopy tęgie i odważne, za Romulusem w ogień skoczyć gotowi. Z ich pomocą Rzym otoczył się murami, zabudował, ile tylko miejsca starczyło, miał wodę w twardo ubitych cysternach i na niczym nikomu nie zbywało.
Nagle wszyscy zauważyli, że w tym pięknie rozkwitającym państwie brak kobiet. Bez kobiety żadne gospodarstwo nie było gospodarstwem i dom nie był domem. Romulus wybrał co przystojniejszych i wymowniejszych chłopaków, przyodział ich jak najstrojniej i wyprawił do gmin okolicznych z prośbą, żeby zechciały wejść z Rzymem w związki pokrewieństwa. Ale gdzie tylko zbliżyli się, wszędzie na gwałt zamykano bramy, podnoszono mosty, a każdy brał, co miał pod ręką: kij lub miecz. Zza wałów krzyczano im, że Rzym jest miastem drapichrustów i złodziei. “Niech wasz król — mówiono — ustanowi asylum dla kobiet. Są takie, co tam pójdą, godne żony godnych mężów!"
Romulus postanowił czekać. Przez ten czas trzymał na uwięzi swoich andrusów. Ani jedna owca nie zginęła z cudzego pastwiska, nie puszczono z dymem ani jednej strzechy, unikano zwad z sąsiadami i starano się ich sobie zjednać. Gdy się dookoła Rzymu naprawdę uspokoiło, Romulus zapowiedział, że urządzi wielkie uroczystości, igrzyska i festyny. Rozesłał zaproszenia do całej okolicy. Matki, żony i córki namawiały swoich mężów i ojców, aby przyjąć zaproszenie. Mężczyźni też mieli ochotę. Chcieli przecież zobaczyć to nowe miasto, o którym cuda opowiadano. Przyszli. Zaczęła się zabawa. Ustawiono stoły, wyniesiono stągwie wina, kobiety wzięto do tańca. Nagle Romulus dał znak i każdy z jego ludzi porwał tę kobietę, przy której stał. Wszczął się nieopisany zgiełk, noc zapadła i mężowie wrócili do domu bez żon, ojcowie bez córek.
Gminy poszkodowane zebrały się razem i ruszyły zbrojnie na Rzym. Prym wiedli Sabinowie, dzielni górale, którzy najwięcej ucierpieli, bo kobiety ich słynęły z urody i Rzymianie porwali najwięcej Sabinek. Sam Romulus miał Sabinkę za żonę. Na czele wojsk stał król sabiński, Titus Tatius. Zamek obronny Rzymu zdobyto i walka zawrzała na ulicach miasta. Tymczasem kobiety, które zdążyły już przywiązać się do swoich rabusiów, wypadły na miasto i rzuciły się między walczące szeregi. Krzykiem, łzami, prośbami zaklinały ojców, braci i mężów, aby zaprzestali wojny. Obaj królowie nakazali zawieszenie broni i poszli na naradę. Wrócili pogodzeni. Sabinowie połączyli się z Rzymem w jedno państwo. Romulus władał zgodnie z Titusem Tatiusem.
Pewnego razu Romulus, już bardzo stary, odbywał przegląd wojska. Zerwała się nagła burza i gęsta mgła zakryła przed oczyma ludu miejsce, na którym król siedział. Skoro zaś chmury się rozwiały, zobaczono, że tron jest pusty, a król znikł bez śladu. Nie wiedziano, co o tym sądzić. Były poszlaki, że senatorowie zabili króla. Ale sprawa wyjaśniła się nazajutrz, gdy na zgromadzeniu ludowym pojawił się jeden z senatorów i opowiedział, że ukazał mu się Romulus, przemieniony w boga. Sami bogowie zabrali go spośród ludzi i dali mu miejsce w niebie. Lud wydał okrzyk zachwytu i rozszedł się do domów. Odtąd czczono Romulusa pod imieniem Kwirinus. Płakała po stracie męża Hersylia, owa Sabinka, którą w dzień porwania oddano królowi jako najpiękniejszą. Junona posłała do niej Irydę i ta rzekła:
— Pani, przestań płakać. Twój Romulus został bogiem. Jeśli chcesz zobaczyć małżonka, pójdź ze mną do gaju, który rośnie na wzgórzu kwirynalskim.
— O bogini — odpowiedziała królowa — prowadź mnie, dokąd chcesz. Zgodzę się nawet na niebo, bylebym mogła ujrzeć swego męża.
Poszły na wzgórze. Z nieba spadła gwiazda i rozświeciła nieziemskim blaskiem siwe włosy Hersylii. W ten sposób nastąpiła przemiana królowej w boginię. Za chwilę uniosła się do nieba, gdzie pozostała na zawsze przy boku Kwirinusa, pod nowym imieniem Hory. Pomimo tych boskich przemian Rzymianie z właściwą starożytnym niekonsekwencją czcili grób Romulusa na Forum Romanum. Było to miejsce święte, które każdy omijał nabożnie, miejsce z daleka widoczne, bo wyłożone płytami z czarnego kamienia. Ten grób dzisiaj odkryto. Na kwadratowej podstawie, przy której niegdyś stały lwy kamienne, jak przy grobach egipskich lub etruskich, wznosi się słup z tufu, a na jego czterech bokach biegnie napis w tak sędziwej łacinie, że uczeni ani dobrze odczytać, ani, tym bardziej, zrozumieć go nie mogą. Zaledwie parę wyrazów da się odcyfrować i widać, że tam mowa o królu i jakichś ofiarach. Jakoż przy odkopywaniu tego miejsca znaleziono sporo kości zwierzęcych, statuetek, ułamków wypalonej gliny. To wszystko świadczy o tym, że istotnie od zamierzchłych czasów odbywały się tu jakieś nabożeństwa i że prawdopodobnie ów pomnik pochodzi z epoki królów.

Strona główna

Mitologia

Powstanie świata

Ogólnie o mitologii

Galeria grafik - Smoki

Wyszukiwarka

Bibliografia