Mitologia grecka - Bohaterowie część III

Polowanie na dzika kalidońskiego

W Etolii, kraju leżącym między pienistym strumieniem Acheloosu a rozlewnymi wodami Euenosu, panował król Ojneus, z żoną swoją, cudną królową Alteą. Szczęście ich było zupełne, gdy przyszedł na świat syn, Meleager. Ale siódmego dnia po urodzeniu miała Altea dziwny sen. Zdawało się jej, że do komnaty weszły trzy Mojry, boginie przeznaczenia, i stanęły przy ognisku. Kloto wróżyła Meleagrowi dzielność, Lachezis siłę niezwykłą, Atropos zaś powiedziała, że będzie miał ciało odporne na wszelkie rany i żyć będzie tak długo, dopóki nie spali się doszczętnie głownia, która teraz właśnie płonie na ognisku. Altea obudziła się w strachu śmiertelnym. Pobiegła, chwyciła ową głownię przeznaczenia, zgasiła ją i ukryła głęboko w okutej skrzyni.
Mijały lata, Meleager rósł na pociechę rodzicom. Jakoś raz, po żniwach, które były w tym roku tak obfite jak nigdy, król Ojneus składał bogom dziękczynne ofiary. Co chwila to krowa, to cielę, to wół padały pod nożem ofiarnika i ku niebu wznosił się słup tłustego dymu. Wszystkim bogom po kolei oddano cześć należną, zapomniano jedynie o Artemidzie, władczyni lasów. Córka Latony rozgniewała się i za karę wpędziła na dobra królewskie olbrzymiego dzika, który pustoszył pola, chaty obracał w perzynę, ludzi pożerał. Na kraj padł strach boży.
Meleager był wtedy w kwiecie wieku. Pragnął się odznaczyć i jednocześnie ojczyznę wybawić z nieszczęścia. Uderzył w tarczę spiżową i po całej Grecji rozesłał heroldów z zaproszeniem na łowy, na wielkie łowy! Ze wszystkich stron szli bohaterowie. Tezeusz, Ateń-czyk, wiódł swego tesalskiego przyjaciela, Pejritoosa, z bogatej Ftyi nadciągnął Peleus, ojciec Achillesa, z Lacedemonu przybyli Kastor i Polideukes, dwaj bracia, podobni do siebie jak dwie krople wody, z piaszczystego Pylos zjawił się młodziutki Nestor, ten sam, który później setki lat dożył i wodzom trojańskim służył radą i doświadczeniem. Dworzyszcze Ojneusa rozbłysło świetnością zbroić, zaroiło się mnogimi pocztami sług, a podwórze od rana do nocy wrzało gonitwą ogarów, których liczne sfory przywiedli panowie.
Gdy już wszystko było gotowe do łowów, zjawił się jeszcze jeden gość — nieoczekiwany: Atalanta. Miała na sobie męską zbroję, włosy upięte w jeden węzeł, na ramionach zawieszony kołczan dzwonił strzałami, w lewej ręce trzymała łuk, w prawej dwa oszczepy. Liczko miała na poły dziewczyńskie, na poły chłopięce i śmiałe, czyste, spojrzenie. Była córką królewską. Ale ojciec chciał mieć tylko męskie potomstwo i małą Atalantę kazał wyrzucić w niedostępne góry, aby tam sczezła. Niedźwiedzica zaopiekowała się dzieckiem i wykarmiła je własną piersią. W barłogu niedźwiedzim znaleźli ją myśliwi, którzy zabili jej przybraną matkę. Odtąd chowała się w chacie leśnej, wśród puszczy, i wyrosła na dziewczynę zdrową, silną i trochę dziką. Lecz gdy jeden z opiekunów zaczął się do niej zalecać, uciekła, albowiem powiedziała sobie, że nigdy nie wyjdzie za mąż i zostanie panną, jak Artemida. Po drodze napadli ją centaurowie, lecz ich wytłukła i przepędziła. Żyła samotnie, wiecznie uzbrojona od stóp do węzła włosów upiętego na głowie, po lasach ścigała zwierzynę, a gdy jej się pić chciało, uderzeniem włóczni dobywała ze skały strumień jasnej i zimnej wody.
Król Ojneus powitał Atalantę serdecznie, bohaterowie okrzyknęli ją swoim towarzyszem. Meleager poczuł, że ją może pokochać. Nazajutrz o świcie ruszono na łowy.
Zima w tym roku była ostra i spadł śnieg puszysty — dobra wróżba dla myśliwych, którzy łatwiej mogli na ponowie wytropić ślady zwierza. Lasy kalidońskie otoczyła szerokim kołem nagonka. Bito w kotły miedziane, potrząsano grzechotki, krzyczano, aby wypłoszyć dzika. Snadź się gdzieś zawieruszył, bo ani go słychać nie było. Spuszczono ogary wiatru doskonałego, ale po godzinie wróciły zawstydzone, z pospuszczanymi ogonami. Na bezskutecznych poszukiwaniach zeszło do wieczora. Trzeba było zanocować w lesie. Pobudowano naprędce szałasy z choiny i wysłano je wewnątrz suchymi gałązkami. Meleager urządził sobie szałas tuż obok Atalanty, której przyniósł kilka naręczy zeschłych liści, aby się jej spało bardziej miękko. Pośrodku obozowiska rozpalono wielki ogień i co kto przez dzień upolował, dawano na rożen. Wszyscy mieli w żołądkach próżnię niesłychaną, więc jedli, aż im żuchwy trzeszczały. Dla psów zostały jeno co grubsze kości.
Jeszcze wszyscy spali, gdy nagonka zaczęła hałasować o pierwszych brzaskach. Zerwali się, uzbroili i stanęli poza drzewami na czatach. Wtem nagonka umilkła i posłyszało się trzask łamanych drzew. Dzik ruszył. W głębi lasu był strumień osłonięty wikliną. Potworny zwierz przedarł się przez wiklinę, lód na potoku prysnął pod jego racicami i woda zachlupotała. Jeszcze go nie było widać spoza czarnych gąszczów. Ale słyszało się już blisko złowrogie rechtanie, ze świstem, szumem, jak gdyby burzy nadciągającej. Jeden był, a zdawało się, że całe stado idzie. Wreszcie wydarł się z kniei i stanął na polanie. Zjeżony, z pianą u ryja, kłapał olbrzymimi jak szable kłami i gniótł śnieg racicami, jakby deptał wroga. Był ogromny, do czarnej góry podobny, w której paliły się dwie krwawe otchłanie jego ślepiów. Wyleciała strzała jedna i trafiła odyńca w oko. Tak Atalanta rozpoczynała łowy. Natychmiast po strzale umknęła się zwinnie i ukryła o parę kroków dalej. Dzik skoczył w to miejsce, skąd wyszła strzała. Wściekły obiegł drzewo dokoła, póki kilkanaście oszczepów, rzuconych jednocześnie, nie ugrzęzło mu w cielsku. Obsiadły go psy i zaczęły szarpać. Otrząsał się, odpychał je, tratował, wyszarpywał im wnętrzności, a przecież słabł coraz bardziej z upływu krwi. Wreszcie zabił go Meleager trafiwszy dzidą w samą komorę.
On był zwycięzcą i jemu należała się nagroda: skóra dzika. Spierano się o to długo, lecz na koniec przyznano. Wtedy stała się rzecz nie do wiary. Meleager, zaślepiony miłością do Atalanty, oddał jej głowę zwierza jako dar zaszczytny za pierwszą strzałę. Podniósł się wrzask. Kobietę odznaczył przed tylu mężami i tak świetnymi bohaterami! Goście, posępni i obrażeni, odeszli na stronę, ale do Meleagra przypadli wujowie, bracia królowej Altei, z wyrzutami, z pogróżkami. W następstwie kłótni wywiązała się walka i Meleager pozabijał wujów.
Królowej Altei natychmiast doniesiono o wszystkim. Wysłuchała relacji spokojnie. A więc jej syn przestał być jej synem. Dla miłości kobiety sponiewierał honor domu, cześć rodu królewskiego. Pewna i niewzruszona, jak mściwa bogini, otworzyła Altea okutą skrzynię, stojącą w rogu sypialni. Było w niej mnóstwo szat ozdobnych, przekładanych wonnymi ziołami. Wybierała jedną po drugiej, rozścielała na zydlu, wygładzała fałdy. Pod ostatnią suknią, na samym spodzie, leżał czarny kawał osmolonego drzewa. Gdy brała tę głownię przeznaczenia, zadrżała jej ręka. Powoli, ciężko, jakby to było nieudźwignięte polano, zaniosła ją do ognia i rzuciła w płomienie. Żar objął ją łakomie i zapalił. Królowa Altea nie mogła oderwać oczu od tej głowni, która płonęła krwawo, trzeszcząc i jęcząc. A w tej samej chwili, pośród obozowiska leśnego, młody Meleager zaczął się słaniać i poczuł gorący, straszliwy ból we wnętrznościach. Upadł, zbladł, jakby wszystka krew z niego uciekła, źrenice przygasły, umarł.
Atalanta wróciła do ojca. Po tylu latach przyjmował to odrzucone dziecko jak niezasłużony dar bogów. Otoczył ją ramieniem i wygodą. Widząc, że spotkało ją coś smutnego, o nic nie pytał. Zresztą, domyślał się wiele, bo i między góry arkadyjskie doszły wieści o łowach kalidońskich. Lecz po kilku tygodniach powiedział jej, bardzo ostrożnie i łagodnie, że powinna wyjść za mąż. Śmiał się poczciwie, że mu już czas wnuki piastować. Atalanta zgodziła się nad podziw prędko i spokojnie. Ale postawiła jeden warunek: odda swą rękę temu, kto ją w biegu prześcignie. Kogo zaś ona zwycięży, zabije go jak psa. Tak powiedziała: jak psa! Z początku nie wydawało się to groźne, ale kiedy już kości kilkunastu zalotników bielały na słońcu, wówczas uczyniło się dokoła niej pusto. Tego właśnie pragnęła dzika dziewczyna.
Pewnego dnia zjawił się nagle nowy konkurent. Nazywał się Hippomenes. Nie był brzydki; owszem, młody był i silny, ale nikt o nim dotąd nie słyszał. Stanął do wyścigów. Pobiegł pierwszy, za nim Atalanta. W biegu upuścił złote jabłko. Dziewczyna pochyliła się, aby je podnieść: było bardzo ładne. Po chwili drugie — i to podniosła. Trzecie, czwarte, jedno od drugiego piękniejsze, jakże je tak zostawić?... Ale oto już meta. Cóż to? A tak, Hippomenes już u celu, dawno tam przybył, jeszcze wtedy, gdy Atalanta zbierała po ziemi złote jabłka. Podstęp to był, podstęp, którego wyuczyła go sama bogini Afrodyta. Lecz cóż było począć? Atalanta wyszła za Hippomenesa. Szczęście ich nie trwało zbyt długo. Ściągnęli na siebie gniew Demetry, która ich oboje zmieniła w parę lwów.


Wyprawa Argonautów

Król tesalskiego miasta Jolkos, pobożny Ajzon, miał niegodziwego brata, Peliasa, który knuł przeciw niemu wieczne spiski. Słaby król zawsze mu przebaczał, aż w końcu Pelias, zebrawszy garść zuchwalców, opanował zamek i strącił Ajzona z tronu. Wtedy właśnie urodził się Ajzonowi syn, Jazon. Uzurpator, chcąc zatrzymać berło dla swoich następców, postanowił zabić niemowlę. Dowiedział się o tym dawny sługa Ajzona i ostrzegł rodziców. Ci zaś rozgłosili wieść, że ich jedynak jest chory, a w kilka dni później, że umarł. Niewolnice wybiegły z płaczem przed dom i zawodziły żale. Tymczasem, pod osłoną nocy, jedynej powiernicy tego podstępu, matka, owinąwszy Jazona w pieluszki z purpury, zaniosła go do pieczary centaura Chejrona.
Pod okiem mądrego półboga chował się chłopiec do dwudziestego roku życia, w czystości języka, myśli i obyczajów. Nie wiedział nic o swoim pochodzeniu. Lecz kiedy już był dojrzałym młodzieńcem, podziękował Chejronowi za gościnę i poszedł w świat szukać przygód i sławy. Któregoś dnia stanął nad rzeką, szeroko rozlaną i, jak się zdawało, dość głęboką. Szukając brodu dotarł do miejsca, gdzie rzeka tworzyła szczerk obszerny i łatwy do przebycia. W tej chwili zjawiła się przed nim zgrzybiała staruszka i prosiła, by ją przeniósł na drugą stronę. Jazon z ochotą wziął ją na plecy i po kamieniach przebiegł na brzeg przeciwległy. Kobiecina pozdrowiła go pięknie, życzyła szczęścia i znikła. Królewicz nie wiedział, że to była bogini Hera, która chciała w ten sposób wypróbować jego dobre serce. Jakoż od tej chwili pani niebios stała się jego najłaskawszą opiekunką.
Czas był śliczny i Jazon, przepełniony radosną młodością, szedł tak spiesznie, że nie zauważył, iż w mule rzecznym zostawił jeden sandał. Około południa dojrzał mury miasta. Było to Jolkos. Za miastem rósł gaj święty, a w nim stał odwieczny ołtarz Posejdona, na którym właśnie składano ofiarę. Pośród kapłanów błyszczał w złocie i szkarłatach król Pelias, modlący się, niespokojny i chmurny. Trawiła go bowiem zgryzota. Oto niedawno wysłał heroldów do Delf i wyrocznia dała mu groźną przestrogę: “Unikaj spotkania z człowiekiem, który będzie cudzoziemcem i obywatelem zarazem, który zejdzie z gór, obuty w jeden sandał, a dążąc na zachód wkroczy do sławnego Jolkos".
Odtąd Pelias nie miał spokoju. I w tej chwili, składając ofiary i modląc się do bogów, rozglądał się trwożnie i pilnie spozierał na nogi wszystkich, którzy przechodzili mimo ołtarza. Nagle spostrzegł Jazona i zadrżał. Stał przed nim młodzieniec jasny i urodziwy, krzepkiej i wyniosłej postawy, z szerokim kapeluszem podróżnym zawieszonym na taśmie na plecach, z oszczepem w prawej dłoni, obuty w jeden tylko sandał. Pelias wskazał go marszałkowi i polecił prosić do zamku.
Jazon nigdy dotychczas nie rozmawiał z królami, ale się nie uląkł znalazłszy się w obliczu Peliasa. Powiedział śmiało, jak się nazywa, a wtedy król:
— Co byś uczynił, Jazonie — zapytał — gdybyś był królem i gdybyś wiedział, że masz zginąć z ręki jednego z twoich gości?
— Posłałbym tego gościa na poszukiwanie złotego runa.
— Pięknie — rzecze król. — Wiedz zatem, że ty nim jesteś. Idź więc i przynieś złote runo.
Jazon oniemiał. Do dziś był jeszcze niczym, a oto stał się człowiekiem, którego obawiają się królowie. Gdy wychodził z pałacu, zbliżył się doń stary sługa, ten sam, który ongi ostrzegł jego rodziców przed gniewem Peliasa, i opowiedział mu historię jego rodu. Zaczem sprowadził go do domu Ajzona. W nędznej chacie mieszkał dawny król, z żoną i kilku niewolnikami, żyjąc cicho i w odosobnieniu, aby nie ściągnąć na siebie uwagi mściwego brata. Płakał ujrzawszy wyrosłego syna. Jazon, do głębi poruszony niedolą ojca, wyrwał się z jego uścisków i pobiegł do pałacu. Peliasowi w twarz rzucił jego niegodziwość i żądał zwrotu dóbr i władzy. Chytry król rzekł:
— Słaby jestem. Oddam ci berło, które już cięży mej dłoni. Ale mówiliśmy o złotym runie. Otóż wiedz, że król Jolkos musi wpierw przywieźć runo złotego baranka, inaczej ściągnie na siebie gniew bogów. Idź, przynieś je, jakeś to obiecał, i wracaj z błogosławieństwem bożym, aby zasiąść na tronie w Jolkos urodzajnym.
Dziwna była historia owego złotego runa. Jazon znał ją dokładnie z opowiadań Chejrona.
W starożytnym mieście beockim Orchomenos był król Atamas, któremu żona Nefele urodziła dwoje dzieci: synka Fryksosa i córeczkę Helle. Po śmierci Nefele Atamas ożenił się z Ino, córką tebańskiego Kadmosa. Ino była złą macochą i chciała się pozbyć pasierbów. Namówiła tedy kobiety z Orchomenos, aby ziarno przeznaczone na zasiewy sprażyły wrzątkiem i w ten sposób sprowadziły na kraj klęskę nieurodzaju. Tak się stało i gdy zboże nie wzeszło, Atamas posłał do wyroczni z zapytaniem, co czynić, aby odwrócić gniew boży. Ino przekupiła posłów, którzy zanieśli królowi odpowiedź, jaką im przygotowała: bogowie domagają się ofiary z dzieci królewskich.
Ale i Nefele czuwała. Dusza matki zjawiła się Fryksosowi we śnie i kazała mu wraz z siostrą uciekać. W nocy mieli wyjść za miasto, gdzie będzie na nich czekał baranek, który ich zaniesie, gdzie zechcą. Fryksos zbudził się natychmiast, a ponieważ jego mała siostrzyczka spała, wziął ją na ręce i wyszedł z miasta. Z daleka już posłyszał beczenie baranka. Było to zwierzę cudowne, boskiego pochodzenia, całe pokryte złotym runem, umiało przemawiać głosem ludzkim i latać w powietrzu. Dzieci wsiadły mu na grzbiet i trzymając się złotej wełny jechały jak na koniku. Baranek przelatywał ponad górami, wyspami i morzem z chyżością jaskółki. Lecz w wąskiej cieśninie, która oddziela brzegi Azji od Europy, zerwała się gwałtowna burza. Mała Helle, strwożona wzdętymi falami i wyciem huraganu, straciła przytomność i spadła do morza, które od jej imienia nazwano Hellespontem. Fryksos wylądował w Kolchidzie, krainie nad Morzem Czarnym, gdzie żył spokojnie do końca swych dni. Baranka chował, pieścił, aż się ów zestarzał i sam prosił, aby go zabić. Fryksos złożył go w ofierze Dzeusowi; a złote runo król Kolchidy, Ajetes, zawiesił na dębie w świętym gaju Aresa.
Jazon przypomniał sobie to wszystko wracając od Peliasa. Był w tym wieku, w którym o niczym się tak gorąco nie marzy jak o wielkich czynach i sławie. Przestał się więc wahać, gdy nadarzała się w istocie osobliwa sposobność. Rozesłał po całej Grecji wici na zamorską wyprawę. Nigdy Jolkos nie widziało w swoich murach tylu wspaniałych mężów. Ludzie porzuciwszy zajęcia stawali u bram miasta i patrzyli, jak każdy z nich przybywał z wielkim pocztem, potężny, rosły, w zbroi błyszczącej, świetny chwałą przewag znakomitych. Zjawili się przede wszystkim ci, których nigdy nie brakło, ilekroć szło o popis siły lub odwagi: więc bogom podobny Herakles ze swoim synem, pięknym jak dzień Hylasem, więc Tezeusz, Peleus, Pejritoos, Kastor i Polideukes, Meleager, Nestor, bystrooki Linkeus, którego wzrok przenikał do głębi morza. Zaczem zjawili się mniej znani, lecz nie mniej mężni bohaterowie, aż zebrało się pięćdziesięciu uczestników. Przyłączył się natchniony śpiewak Orfeusz i syn Apollinowy, Asklepios.
Zbudowano wielki statek i nazwano go Argo, co znaczy: szybki. Sama Atena czuwała nad tą robotą. W dziobie nawy ukryto kawał drzewa ze świętego dębu w Dodonie. To drewno przemawiało głosem zrozumiałym i wskazywało drogę na morskich rozstajach. Szukano wodza. Oczy wszystkich zwracały się na Heraklesa. Ale on rzekł:
— Niechaj nikt nie waży się tym zaszczytem ani mnie, ani siebie obdzielać. Ten, czyje nieszczęście nas zebrało, ma nami dowodzić.
Jazon więc został wodzem wyprawy Argonautów. Złożył ofiary bóstwom morskim. Orfeusz zagrał na harfie i chybka Argo, odczepiona z cumów, wypłynęła na bławe obszary morza. Pogoda była wyborna. Lekki, lecz mocny wiatr wydął żagle, tak że nie trzeba było wioseł. Bohaterowie jedli, popijali słodkie wino i opowiadali swoje przygody. W najlepszych humorach przybyli do Lemnos i wysiedli na brzeg dla odpoczynku i rozrywki.
Na wyspie panowały dziwne stosunki. Nie było wcale mężczyzn, rządziły same kobiety. Albowiem kilkanaście lat temu Lemnijki ściągnęły na siebie gniew Afrodyty. Pod klątwą bogini nabrały tak przykrego zapachu, że mężowie poczuli do nich wstręt i rozwiódłszy się z nimi zamyślali sobie sprowadzić inne kobiety z niedalekiej Tracji. Wtedy Lemnijki uknuły spisek i w ciągu nocy wymordowały wszystkich mężczyzn. Snadź później odleciał ich ten odór, skoro Argonauci spędzili w tym państwie niewieścim dwa lata, a Jazon, zakochany w królowej, w ogóle nie chciał słyszeć o dalszej wyprawie. Dopiero Herakles srogimi wyrzutami rozbudził w nim uśpionego ducha.
Z Lemnos popłynęli Argonauci ku wyspie, na której wznosi się miasto Kyzikos. Ale nie mogli stamtąd wyjechać z przyczyny przeciwnych wiatrów. Wtedy poszli na pobliską górę, poświęconą Wielkiej Matce Bogów, i modlili się żarliwie. Bogini okazała im niezwykłą łaskę. Drzewa okryły się owocami, a ziemia pod stopami bohaterów umaiła się kwieciem nieprzebranym. Lwy porzuciły swoje pieczary i wyszły ku nim, przypochlebiając się ogonami. Ze świętej góry wytrysło źródło obfite, które mieszkańcy nazywali odtąd krynicą Jazona. Argonauci, pełni otuchy, zeszli do przystani, lecz znaleźli tam Heraklesa walczącego z olbrzymami. Oto podczas ich nieobecności dzicy ludzie, ogromnej siły i postawy, zbiegli ku morzu i zaczęli port zasypywać głazami, aby okręt schwytać, jak się łowi zwierza w dole. Herakles dał sobie z nimi radę, a niedobitków powalili herosi, którzy w czas nadeszli.
Mając dobrą pogodę i pomyślne wiatry, jechali brzegiem Tracji, aż dotarli do miejsca, gdzie żył ślepy król-wróż, Fineus. Za to, że samowolnie ludziom przepowiadał przyszłość, ukarali go bogowie ślepotą i na domiar niedoli zesłali nań harpie, monstra okrutne, o twarzy kobiecej, a ciele ptaka. Przylatywały, ilekroć Fineus zasiadł do stołu, porywały jedzenie albo zanieczyszczały je w taki sposób, że go tknąć nie było można. Biedny król umierał po prostu z głodu. Z wdzięczności za nieomylne przepowiednie, jakich im Fineus udzielił, Argonauci uwolnili go spod władzy harpij; synowie boga wiatru Boreasza, Kalais i Dzetos, puścili się za nimi w pogoń i przepędzili daleko poza granice Bitynii; harpie więcej nie wróciły.
U wejścia do Morza Czarnego, tam gdzie dzisiaj otwiera się srebrzysty korytarz Bosforu, zamykały wjazd dwie dziwne skały, zwane Symplegadami. Co chwila przyskakiwały ku sobie, jakby się chciały objąć, i znów odskakiwały, uwalniając przejście na jedno mgnienie oka. Żaden okręt nie mógł się tamtędy przedostać, gdyż groziło mu zgruchotanie w kamiennym uścisku tych głazów. Argonauci, idąc za radą Fineusa, zatrzymali się tuż przed Symplegadami — i wypuścili najpierw gołębia. Ptak przeleciał tak żwawo, że zwierające się skały uszczknęły mu jeno parę lotek z ogona. Bohaterowie, korzystając z chwili, gdy urwiska odskoczyły od siebie, wzięli się raźno do wioseł i przepłynęli tak szybko, że następne zwarcie się skał strzaskało zaledwie kawał drzewa na tyle okrętu. Symplegady stanęły w miejscu i odtąd nie ruszyły się więcej. Orfeusz, który przez cały czas niebezpiecznej przeprawy grał na harfie i śpiewał pieśni nabożne, opowiadał później, że to jego czarodziejska muzyką znieruchomiła Symplegady.
W kilka dni potem przybyli do brzegów Kolchidy. Bohaterowie uwiązali okręt mocnymi cumami do skał w przystani i ruszyli do stolicy. U stóp Kaukazu, na którym niegdyś cierpiał Prometeusz, stał zamek królewski, dziwo dla oczu. Na kolumnach z brązu wspierały się balkony i terasy, zarosłe bluszczem, winoroślą i kwiatami. Na dziedzińcu biły cztery fontanny. Dwie z nich płynęły mlekiem i winem, trzecia dawała wonne olejki, ostatnia zaś wylewała strumień cudowny, który zimą był gorący, a latem zimny jak lód. Herakles nie podzielał zdumienia towarzyszy. Mówił, że takie rzeczy widział już u królowej Omfali i gdzie indziej.
Król Ajetes w grzecznym uśmiechu pokrył zmieszanie, w jakie go wprawiło zjawienie się tylu potężnych wojowników. Wysłuchawszy, z czym przychodzą, rzekł:
— Nie odmawiam szlachetnemu Jazonowi złotego runa, chociaż jest to talizman przynoszący szczęście mojej ziemi. Ale zwyczajem rycerskim żądam, aby wpierw wypełnił warunki, które stwierdzą jego siłę i męstwo. Oto mam parę byków — dar Hefajstosa. Są one ze spiżu, a z ich pysków i nozdrzy bucha ogień niszczący. Niech Jazon zaprzęgnie te wołki do pługa, zaorze Pole Aresa, posieje zęby smocze, które mu dam, i pokona mężów zbrojnych, jacy się z tego siewu narodzą. A potem będzie już miał do czynienia tylko ze smokiem, który w gaju strzeże złotego runa.
Nazajutrz, ledwo jutrzenka spędziła z nieba gwiazdy błyszczące, szedł kto żyw na święte Pole Aresa. Osobno stanął lud kolchidzki, osobno zaś Grecy z Jazonem na czele. Król Ajetes, w purpurze i z berłem w dłoni, siedział na wzniesieniu. Pośrodku był wolny majdan szeroki. Na nim niecierpliwiły się byki Hefajsta wyrzucając płomień przez nozdrza diamentowe. Od ich oddechu płonęła trawa dokoła. Uczyniła się cisza, albowiem oto Jazon szedł ku nim, nagi, błyszczący oliwą, którą członki namaścił, piękny jak posąg boga. Straszliwe łby z żelaznymi rogami odwróciły się w stronę nadchodzącego, spiżowe racice z chrzęstem złowrogim biły o ziemię, groźny ryk rwał się ku błękitnemu niebu. Jazon szedł bez obawy. Zbliżył się do potworów, jakby nie czuł zatrutego ich tchnienia, śmiałą ręką podgiął im karki pod jarzmo, założył do pługa i tak pędził przez pole. Zdumieli się Kolchowie. Grecy wydali okrzyk radości.
Gdy pole już było zorane, bohater zasiał na nim zęby smocze. W kilka chwil potem z jadowitej gleby wyrósł zastęp zbrojnych mężów, którzy swój oręż skierowali przeciw królewiczowi z Jolkos. Znów nie uląkł się, lecz porwawszy głaz ogromny, rzucił go w sam środek synów smoczych. I oto dziw niewymowny: ci, którzy przed chwilą szli ławą na niego, zwrócili się teraz ku sobie i zaczęli walczyć z zaciekłością nieubłaganych wrogów. Zanim słońce zaszło, już wszyscy leżeli martwi na ziemi, z której przed kilku godzinami powstali. Wówczas przerwano szranki dzielące lud od majdanu. Towarzysze ściskali i całowali Jazona, Kolchowie zaś w niemym podziwie patrzyli na pięknego młodzieńca, co w tym dniu zdobył sławę nieśmiertelną.
Jeden Herakles coś mruczał i potrząsał głową. Zdawało się, że czemuś nie dowierza. Jazon unikał jego wzroku, albowiem te wątpliwości były słuszne. Królewicz z Jolkos dokonał wszystkiego z pomocą kobiety. Córka Ajetesa, Medea, zakochała się w nim, jak niegdyś Ariadna Minosówna w Tezeuszu. Zakochała się od pierwszego wejrzenia, gdy wszedł na dwór ojca śmiały, urodziwy i taki inny niż mężczyźni, których widziała dotychczas. Była czarodziejką i dopomogła wybrańcowi swego serca: dała mu balsam cudowny. Jazon namaścił nim ciało i uczynił je odpornym na rany i poparzenia. Siła nadludzka weszła w jego członki, a zioła magiczne sprawiły, że nie szkodził mu zatruty oddech potworów.
Bez niej nie zdołałby nigdy zwyciężyć byków spiżowych ani wziąć złotego runa ze świętego gaju Aresa. Jazon poszedł tam w nocy. Na rozłożystym odwiecznym dębie wisiała skóra boskiego baranka, świecąc w ciemności jak niebo gwiaździste. Przy drzewie czuwał smok, który nigdy nie spał. Bohater oblał go odwarem z traw czarnoksięskich i trzykrotnie wypowiedział słowa nieodparte, które morze wzburzone i wezbrane rzeki wstrzymują. Medea była przy nim. Szła z niej moc wielka i pod urokiem jej oczu, słów magicznych i odwaru z ziół czarodziejskich sen zamknął powieki gada. Smok rozciągnął się w migotliwej nieskończoności swych zwojów, niby fala, która bezszelestnie kładzie się na wybrzeżu. W tej chwili Jazon uciął mu głowę i zdarł z drzewa złote runo. Nasz zacny Klonowic nie mógł darować Jazonowi, że dla baraniego futerka puścił się w długie, zamorskie wędrowanie, i wypisał mu we Flisie wiersz uszczypliwy:

Czarownica to Medea sprawiła,
Że go tą złotą wełną nabawiła.
Rozkoszny Jazon bywszy bohatyrzem
Został kusznirzem.


Jazon, oczywiście, był innego zdania. Z dumą i radością uwoził z Kolchidy złote runo, a z nim cieszyła się Medea, która uciekła z domu ojca. Wypłynęli wczesnym rankiem. Około południa dostrzegli na widnokręgu okręt, za nim drugi, trzeci, całą flotę. Król Ajetes ścigał Argonautów. Statki kolchidzkie zbliżały się coraz bardziej. Wówczas Medea zabiła swego brata, małego Absyrtosa, którego uciekając porwała z domu, ciało pokrajała na kawałki i rozrzuciła je po morzu. Gdy Ajetes ujrzał na falach członki syna, zatrzymał okręty, aby je pozbierać. Tymczasem szybka Argo odpłynęła daleko.
Nikt nie dziękował czarodziejce za wybawienie. Zgroza ogarnęła bohaterów. Dzeus, mszcząc niesłychaną zbrodnię, odwrócił się od Argonautów. Zaczęły się dni klęski i bezpłodnego wędrowania. Niewielką przestrzeń, dzielącą brzegi Azji od Grecji, przemierzali wiele lat, odpychani od powrotu burzą lub groźną przygodą. Nie było po prostu miasta, na zachodzie czy północy, które by nie przechowało o nich jakiegoś wspomnienia: tu wznieśli świątynię, ówdzie ustanowili igrzyska, gdzie indziej stoczyli bitwę z dzikimi plemionami. Wracali okryci chwałą.
Całe Jolkos wybiegło na powitanie Jazona. W tłumie zebranych brakło tylko starego ojca. Złożony ciężką chorobą, dogorywał w domu. Gdy Jazon wszedł, staruszek nie poznał go mając oczy już obrócone w zaświaty. Królewicz tak wierzył we wszechmoc Medei, że i teraz patrzył jej pilnie w twarz, czy nie wyczyta w niej jakiejś radosnej obietnicy. Czarodziejka skinęła głową.
W istocie miała moc wielką. Służyły jej duchy powietrza, ziemi, nieba, wiatry, góry, rzeki, jeziora, wszelakie bóstwa leśne i nocne. Z ich pomocą umiała strumienie zawracać do źródła, wstrzymywać bieg rzek, spokojne morze wzburzyć, chmury zgromadzać i rozpędzać, wiatry odwracać i przyzywać, skały przenosić i lasy z ziemi wyruszyć; na jej rozkaz drżały góry, jęczała ziemia, umarli wychodzili z grobów, słońce, a nawet różowa jutrzenka pokrywała się trupią bladością.
Na niebie świeciła pełnia. Medea wyszła z domu, sama, w szacie nie przepasanej, bosa, z włosami spadającymi na nagie plecy. W ręku miała sierp. Szła przez doliny i wąwozy Tesalii i krzywizną spiżowego sierpa cięła zioła o ukrytej mocy. Na dziewiątą noc wróciła z naręczem traw czarodziejskich. Z darni ułożyła dwa ołtarze: dla Hekale, bogini czarów, i dla bogini Młodości. Uwieńczyła je zielonymi gałązkami i liśćmi i bóstwom podziemnym zabiła na ofiarę czarną owcę, wylewając krew do wykopanych koło ołtarzy dołów. Potem jeszcze uczyniła trzykrotną obiatę z miodu zmieszanego z mlekiem, z wina i z wody — na uproszenie bóstw śmierci, by nie sięgały po życie Ajzona. Na jej rozkaz wyniesiono ciało starca i złożono na trawie. Teraz kazała wszystkim odejść. Z rozpuszczonymi włosami, jak bachantka, obeszła dokoła płonące ołtarze, wzięła pochodnie, zanurzyła je w krwi zwierząt, zapaliła u ofiarnego ognia i trzykrotnie oczyściła ciało Ajzona ogniem, wodą i siarką.
Tymczasem w kotle miedzianym warzyły się zioła. Dodała do nich rosy spadłej z księżyca i piór strzygi, i tajemniczych kamieni, przyniesionych z najdalszych rubieży Wschodu, i trochę piasku obmytego odpływem morza, i kilka strzępów skóry jadowitego węża, i jeszcze tysiąc innych rzeczy. Gdy się to wszystko zagotowało, że aż piana wystąpiła na brzegi naczynia, Medea ostrym mieczem rozcięła szyję starca i do rany wlała przyrządzony odwar. Wstał Ajzon jako rześki czterdziestoletni mężczyzna.
Wieść o tym cudownym odmłodzeniu rozeszła się szeroko po świecie. W samym Jolkos mówiono o tym po całych dniach i nocach. A najwięcej w pałacu króla Peliasa, który stary był i chory. Córki jego naradzały się długo między sobą, aż w końcu poszły do Medei i poprosiły, aby to samo uczyniła dla ich ojca. Medea wiedziała, jakie krzywdy wyrządził Pelias rodzinie Jazona, a że serce miała okrutne, więc okrutną obmyśliła zemstę. Przygotowała wszystko jak wprzódy i kocioł postawiła na ogniu, jeno do środka wrzuciła nie te zioła, ale inne, zgoła bezsilne. Potem kazała córkom zabić ojca i porąbać jego ciało na. kawałki. Gdy to uczyniły, włożyła krwawe zwłoki do kotła i odeszła. Mimowolne ojcobójczynie oszalały z rozpaczy. Nie było teraz bezpiecznie pozostawać Jazonowi w Jolkos. Wszyscy zapomnieli dawnych grzechów Peliasa i zwrócili swą nienawiść przeciw czarodziejce z Kolchidy. Małżonkowie cichaczem wynieśli się z miasta.
Od czasu wyprawy Jazon stał się bohaterem narodowym i wszędzie otwierały się przed nim gościnne podwoje. Najżyczliwiej przyjął go król Koryntu, Kreon. Oddał mu część pałacu na mieszkanie i nie pozwalał mówić o wyjeździe. Zresztą sam Jazon o tym nie myślał, odkąd poznał córkę Kreona, śliczną Kreuzę. Prawda, że Medea była również piękna. Miała włosy czarne i czarne oczy, gorejące niezwykłym płomieniem. Sam Dzeus w niej się kochał, ale go odrzuciła. Kreuza natomiast, prosta i cicha Greczynka, ciągnęła serce Jazona swoim łagodnym wdziękiem. Przy niej było mu dobrze i spokojnie. Medei bał się zawsze. Posiadała moc okrutną, o której nie mógł myśleć bez zgrozy. Przeświadczenie, że przecież jej wszystko zawdzięcza, było dlań przykre, niewygodne i paliło go wstydem. Poza tym czuł w niej jakąś obcość. Nosiła szaty jaskrawe, wschodnie, które dziwacznie odbijały przy skromnych strojach Kreuzy.
Widząc, że królewna koryncka coraz bardziej mu sprzyja, zebrał się na odwagę i powiedział Medei prawdę: że jej nie kocha, i że te śluby zamorskie są w Grecji nieważne, że zamierza żenić się z Kreuza. I aż się zdziwił, jakie to na niej uczyniło małe wrażenie. Z pokorą pocałowała go w rękę, dziękowała za wszystko dobre, które miała od niego, mówiąc, że przechowa o nim najdroższe wspomnienie. A dla narzeczonej złożyła podarunek ślubny — szatę przecudnej roboty.
Nazajutrz miały się odbyć zrękowiny Jazona i Kreuzy. Królewna zwlekła z siebie peplos i chiton i na nagie ciało włożyła szatę Medei. Suknia oblepiła się dokoła jej członków, przyległa, przywarła mocno i parzyła jak ogień. Wieniec złoty na skroniach żarzył się również i płomienie pełzały po jej białych licach. Próbowano gasić, ale woda zamieniała się w parę i okrywała królewnę mleczną chmurą. Nic nie pomogło. Szata, zatruta w jadowitych sokach ziół, wżarła się w ciało i biedna dziewczyna żywcem płonęła. Krzyczała w męce śmiertelnej. Medea zaś, posłyszawszy jęki Kreuzy, zabiła własne dzieci i na wozie zaprzężonym w smoki skrzydlate uciekła do Aten. Zwłoki jej synów pochowali Koryntianie w świątyni Hery i na ich grobie odbywały się doroczne nabożeństwa.
Nie wiadomo, co się stało z Jazonem. Mówią, że w jakiś czas potem znów spotkał się z Medea. Oboje przebaczyli sobie winy i odjechali do Kolchidy. Stary Ajetes rad był z powrotu zięcia, gdyż nie miał następcy i królestwu zagrażali wrogowie.

Strona główna

Mitologia

Powstanie świata

Ogólnie o mitologii

Galeria grafik - Smoki

Wyszukiwarka

Bibliografia