Mitologia germańska - Vali mściciel

Baldr nie żył, a nad Asgardem gromadziły się cienie. Troska osiadła na twarzach Asów. Odin czuł, że nagle przybliżył się dzień Ragnaroku. Lecz dzień ostatniej bitwy był wciąż sprawą dalekiej przyszłości, a święty obowiązek pomsty już domagał się wypełnienia.
I Hod, który rzucił śmierć niosącą strzałę, musi umrzeć, bo tak głosi nieugięte prawu bogów i ludzi, choć rzucił ją całkowicie niewinnie, bez żadnych złych zamiarów w stosunku do brata, którego przecież tak bardzo kochał.
Nikt z Asów jednakże nie mógłby go zabić z powodu wiążącej ich przysięgi. Co więcej, Hod w dzień przebywał w Breidablik, opłakując Baldra, a tam w żadnym razie nikt nie mógł podnieść nań miecza. A nocą, kiedy błąkał się po ciemnych lasach, nikt nie potrafiłby go znaleźć.
Odin wiedział z proroctw Volvy, że jeszcze nie narodził się mściciel, mający zabić Hoda. Wiedział jednakże, iż ma to być syn jego i śmiertelnej kobiety, którą musi zdobyć pod postacią śmiertelnika, że ten syn ma mieć na imię Vali i że przeżyje dzień Ragnaroku.
Ale jedna rzecz pozostawała nieznana, a mianowicie to, która z kobiet ma być jego żoną. Nie mogła mu tego odkryć ani własna mądrość, ani rady głowy Mimira.
Wreszcie zawezwał swego syna Hermoda, lotnego posłańca Asów.
- Włóż swoja lśniącą zbroję i hełm - rozkazał. - Osiodłaj Sleipnira i udaj się na najbardziej na północ wysunięty kraniec Midgardu. Znajdziesz się na ziemi Finów, którzy czarodziejską mocą zsyłają zimne burze na świat ludzi. Mieszka wśród nich czarownik, imieniem Hrossthjof, który, jedyny spośród żyjących ludzi, może widzieć przyszłość. Jedź spiesznie do niego i dowiedz się, z kogo narodzi się Vali mściciel.
Wtenczas walkirie zapięły na Hermodzie jego lśniącą zbroję, podały mu wysoki hełm, po czym skoczył na ośmionogiego Sleipnira i miał już ruszać w drogę, ale Odin zatrzymał go na chwilę.
- Pamiętaj - przestrzegał - że Hrossthjof to najbardziej przebiegły i okrutny z czarowników. Zwykł czarodziejską mocą ściągać niewinnych podróżników do swojego lodowego zamku, tam rabować ich i zabijać. Dlatego trzymaj w ręku moja laskę z runicznymi zaklęciami. Bez wątpienia, kiedy się dowie, że przychodzisz ode runie, użyje w pełni czarnoksięskiej mocy, aby tobą zawładnąć lub cię odpędzić.
Hermod wziął runiczną laskę Odina i ruszył w niebezpieczną misję. Przejechał po moście Bifrost, przy którym stał na straży Heimdall w białej zbroi, z rogiem Gjallar w dłoni, aby trąbić, kiedy się ukażą wrogowie Asgardu. Przez Midgard pędził Hermod, szybki jak wiatr podczas burzy, szybki jak zacinający deszcz. Czasami ktoś ujrzał go mknącego na ośmionogim rumaku, przetarł oczy ze zdziwienia, a podniósłszy znowu wzrok, widział tylko szalejącą burzę. Jechał przez dzikie, spowite mgłą góry, grad dzwonił o kopyta Sleipnira, a w głębokich jarach za nimi przewalały się śnieżne lawiny.
W końcu dotarł do kraju wiecznego zmroku, leżącego koło najbardziej na północ wysuniętego cypla ziemi, gdzie czarownik Hrossthjof miał swój zamek z zielonego lodu. Wtedy Hermod poznał, że go dostrzeżono i że rzucono nań czary, bo Sleipnir sunął po lodzie jak przyciągany magnesem, a on nie był w stanie w żaden sposób go zatrzymać.
Jednakże cudowny rumak Odina nie stracił władzy w nogach i coraz to przystawał z nagła i przeskakiwał zręcznie zasadzki, jakie na niego zastawił Hrossthjof: rozpadliny w lodowcu cienko pokryte warstwą śniegu, zaspy tak głębokie, że jeden nieostrożny krok, a jeździec i koń zatonęliby w śniegu; obluźnione tafle lodu, po których zjechałby śliskim zboczem góry aż w daleką przepaść.
Wkrótce pojawiły się szare, cieniom podobne potwory, o kształtach mrożących krew w żyłach i zdawało się, że skruszą przybyszów w swych potężnych, niezliczonych ramionach i rozszarpią ogromnymi kłami. Ale Hermod uniósł się w strzemionach i uderzył je runiczną laską, którą dał mu Odin, a monstra skuliły się i rozpierzchły, i jęcząc wtopiły się w śnieżna zamieć.
W końcu wyruszył przeciw niemu sam Hrossthjof, czarownik pod postacią olbrzyma. Wymachiwał grubą długą liną, chcąc związać jeźdźca i konia, ale gdy się dostatecznie przybliżył, Hermod powalił go uderzeniem laski i związał własną liną, zaciskając ją na gardle czarownika tak mocno, że Hrossthjof zacharczał w przerażeniu i wysapał:
- Wysłanniku Odina, będę już mówić... przestanę ci szkodzić... nie oszukam cię... Przysięgam na czarną rzekę Helheimu, Hleyptir... a na nią nikt w dziewięciu światach nie przysięgnie fałszywie.
Hermod zdjął linę z szyi Hrossthjofa i rzekł:
- Mów więc, czarowniku Północy. Odin zapytuje, z kogo ma się zrodzić Vali mściciel, ten, który musi zabić Hoda.
Hrossthjof dźwignął się z wolna na nogi i zaczął rysować na zmarzniętym, śniegu dziwne znaki runiczne. Po chwili wyciągnął w górę ramiona i zaczął nucić straszliwe zaklęcia. Nagle zaćmiło się słońce, chowając się za czarne chmurzyska, ziemia drżała i trzęsła się, wiatry burzy wyły wyciem drapieżnych wilków i jęczały jękami konających.
- Patrz! - zawołał nagle Hrossthjof wyciągając swe długie ramię i sinym palcem ukazując coś na śniegu.
Hermod spojrzał i zobaczył, że w oddali mgły rozstąpiły się, ukazując nagi szczyt góry. Nagle na śniegu ukazała się krew. Spływała w dół i zdawało się, że czerwieni całą ziemię. Potem ze śniegu wstała piękna kobieta, trzymając niemowlę w ramionach. Dziecko momentalnie zeskoczyło na ziemię i rosło szybko, aż stało się postawnym młodzieńcem, który miał kołczan strzał na plecach i trzymał łuk w ręku. Wyciągnął strzałę, założył ją, napiął łuk i wypuścił strzałę; błysnęła jak ogień i nagle utonęła w mroku.
Mgła podniosła się znowu i Hermod nie widział już nic, tylko niewyraźny zarys skutych lodem pagórków i śniegiem okryte szczyty, majaczące upiornie i szaro w wieczystym półmroku Arktyki.
- To, co widziałeś - przerwał ciszę Hrossthjof - to krew Baldra, która plami ziemię. Potem przyszła Rind, córka Billinga, króla Rusów. Ona ma zostać matką Valego, który wypuści ze swego łuku strzałę zemsty i powali na ziemię ociemniałego Hoda. Wracaj teraz do Asgardu i powiedz Odinowi że jeżeli chce być ojcem Valego, musi pod postacią śmiertelnika starać się o względy Rind i zdobyć ją za żonę.
Powiedziawszy to Hrossthjof zawrócił i zniknął w ciemnej mgle. Jak każdy olbrzym, wydawał się jeszcze większy i straszliwszy, kiedy odchodził w mrok.
Hermod natychmiast dosiadł Sleipnira i wyruszył w długą drogę powrotną. Dojechawszy do Asgardu, klęknął przed Odinem i opowiedział mu wszystko.
Potem wszechojciec Asów wstał ze swego tronu i pozostawiając w Asgardzie swój boski majestat, ukrywając niewidzące oko w cieniu szerokoskrzydłego kapelusza, wyruszył do Midgardu. Niebieski płaszcz otulał jego postać, a w ręku zamiast laski, dzierżył oszczep Gungnir.
W tym przebraniu udał się na zachód, gdzie panował król Billing; Odin ofiarował mu swoje służby, jako rycerz doświadczony w wojennej sztuce.
Król Billing ucieszył się wielce, w tym bowiem czasie potężny nieprzyjaciel gotował wielką armię, by najechać jego królestwo.
- Nie mam wodza, który by poprowadził moje wojsko - lamentował król Billing - a sam jestem za słaby i za stary, bym mógł stanąć na czele wojowników. O, gdybym miał syna! Ale nie mam nawet zięcia, bo moja córka, Rind, nie chce iść za mąż. Nie brakowało konkurentów, bo jest młoda i piękna, ale gorąco pragnie zostać dziewicą Odina i jeździć z Walkiriami na jego dzikie łowy, więc starającym się okazuje pogardę i ich obraża.
- Choć stary już jestem - powiedział przebrany Odin, głaszcząc się po brodzie - ja także spróbuję szczęścia, może zdobędę rękę pięknej Rind. Ale najpierw muszę wykazać swą wartość prowadząc twoje wojska do zwycięstwa.
Objął więc komendę nad wojownikami króla Billinga i tak dobrze nimi pokierował, że najeźdźca został rozgromiony i nigdy już stopa jego nie stanęła na ziemi Rusów.
Tajemniczy dowódca natchnął wojsko króla Billinga odwagą i przekonaniem, że nikt nie zdoła dotrzymać im pola. Mówiono, że jemu tylko przypisać należy zwycięstwo w ostatniej bitwie, bo rzucił się sam jeden na wroga, wymachując oszczepem - a na ten widok nieprzyjaciel pierzchnął w popłochu.
Król Billing nie przeczuwał nawet, kim jest jego wybawca, i po skończonej wojnie przywołał go do siebie i rzekł:
- Szlachetny panie, tobie zawdzięczam zwycięstwo, koronę, nawet samo życie. Wszystko, co posiadam, jest twoje. Powiedz, jak mam cię nagrodzić.
- Proszę tylko o jedną nagrodę - odparł przebrany Odin. - O rękę twej córki, Rind.
- Chociaż nie jesteś młody, nie mógłbym życzyć sobie lepszego zięcia - odparł król.
- Ale niestety moja córka nie należy do osób, którym można by coś nakazać. Będzie twoją, zaręczam, ale tylko wtedy, jeśli uda ci się zdobyć jej zgodę.
Król Billing posłał po Rind. Przyszła do sali, najsłodsza, najbardziej ujmująca dziewczyna na świecie.
- Moja córko - zwrócił się do niej łagodnie ojciec. - Ten szlachetny pan, który pokonał wszystkich naszych wrogów, uchronił nas przed klęska, śmiercią lub niewolą, prosi o jedną tylko nagrodę: o twoja rękę. Zależy to tylko od ciebie, gdyż moją pełną zgodo, już zyskał. Chyba nagrodzisz szlachetnego zbawcę naszej ojczyzny?
- Takią mu tylko darm odpowiedź - zawołała Rind - i tylko w taki sposób rękę!
Mówiąc to wystąpiła krok naprzód i uderzyła w twarz Odina. Potem śmiejąc się z pogardą, odwróciła się, poszła z powrotem do swego pokoju i zaryglowała drzwi.
Nie zdołało to jednak zachwiać postanowienia Odina. Pożegnał króla Billinga. którego jego odjazd bardzo zasmucił i jeszcze raz wyruszył w drogę.
Wkrótce znowu powrócił do kraju Rusów, przebrany tym razem za Hrossthjofa, złotnika. Był barczystym mężczyzną w sile wieku, o inteligentnej dystyngowanej twarzy ale nadal miał tylko jedno oko.
Od razu przystąpił do pracy w swej specjalności i wkrótce zasłynął w całym kraju z wyrobu pięknych przedmiotów z brązu i złota, a także cudownych ornamentów i naszyjników przeznaczonych dla niewiast, w końcu zrobił bransoletę i komplet pierścionków tak pięknych, że podobnych im jeszcze nie widziano, zaniósł je królewnie Rind w podarku, prosząc w zamian o jej miłość.
Rind wpadła w furię gniewu. Cisnęła bezcenne klejnoty na ziemię, uderzyła w twarz złotnika Hrossthjofa i krzyknęła:
- Żaden mężczyzna nie zdobędzie mej miłości i żaden nie kupi mych względów!
Nie zrażony tym - ponieważ wiedział, jak ważną jest rzeczą, aby urodził się Vali - Odin znowu opuścił kraj Rusów, ale tylko po to, żeby powrócić raz jeszcze, tym razem jako młody, piękny wojownik. Nigdy nic widziano przystojniejszego młodzieńca, choć uroda jego miała skazę, której usunąć nie mógł nawet wszechojciec Asów; posiadał tylko jedno oko.
Uderzył w konkury do królewny, jak przystało młodemu śmiałkowi, popisywał się przed nią zręcznością i odwagą, znosił bogate dary, śpiewał w słodkich, dziwnych pieśniach o swojej miłości.
Wydawało się, że Rind skłania się ku niemu, bo jednego dnia, kiedy po odśpiewaniu nowej pieśni ukląkł przed nią, szepnęła:
- Przyjdź do mnie dziś w nocy, jeżeli chcesz rozmawiać ze mną, ale zachowaj to w tajemnicy, bo nikt nie może wiedzieć o naszej miłości.
Tak więc, gdy zapadła głucha noc, Odin, wciąż pod postacią młodzieńca, skradając się szedł przez pałac, aż dotarł do pokoju, w którym spała piękna jak słońce córka Billinga. Do jej łóżka przywiązany był pies, który ujrzawszy Odina zaczął głośno szczekać. Rind zerwała się, wołając o pomoc, a wtedy wszyscy dworzanie i żołnierze, którzy dotychczas udawali tylko sen, wpadli do jej pokoju, wymachując mieczami i pochodniami.
Odin wielce poruszony zrozumiał, że uprzejme słowa i uczciwe zabiegi o uzyskanie jej ręki nie zdobędą upartej dziewczyny.
Kiedy żołnierze króla Billinga dobiegali już do drzwi, Rind uderzyła Odina i wrzasnęła, że w jej pokoju znajduje się złodziej. Odin wyciągnął spod płaszcza laskę z zaklęciami runicznymi i dotknął nią lekko piersi i czoła królewny, która natychmiast upadła, sztywna i nieruchoma jak trup, prosto w ramiona tych, co nadbiegli jej na ratunek. Odin ukrył się i uciekł, nim Rind zaczęto ratować.
Kiedy ocucono Rind z omdlenia, król Billing spostrzegł ku swemu przerażeniu, że córka oszalała. Wkrótce było już z nią tak źle, że nie mogła nawet opuszczać swoich pokoi.
W tym czasie przybyła do pałacu mądra kobieta, imieniem Vekkja i ofiarowała swoje usługi jako osoba znająca dobrze nauki lekarskie. Twierdziła, że może wyleczyć nawet szaleństwo. Król Billing polecił jej uzdrowić Rind. Vekkja przepisała chorej kąpiel stóp i kojące napoje, które okazały się nadzwyczaj skuteczne, a potem powiedziała:
- Królu panie, gwałtowne szaleństwo wymaga gwałtownych środków lekarskich, poza tym muszę pozostać sama z moją pacjentką i nic nie powinno zakłócić mi ciszy, kiedy będę pracować. Jeśli zatem chcesz, abym uwolniła twoją córkę od tej choroby, musisz pozostawić mnie z nią samą od zachodu do wschodu słońca i zawiadomić wszystkich przebywających na twoim dworze, że w tym czasie nie wolno zbliżać się do jej sypialni.
- Stanie się tak, jak sobie życzysz - rzekł król Billing i wydał odpowiednie rozkazy.
Kiedy zapadła noc, Vekkja udała się samotnie do smutnej komnaty, w której leżała piękna jak samo słońce córka królewska, pogrążona w spokojnym śnie.
Tutaj Odin zrzucił przybraną postać i ukazał się jako wszechojciec, życzliwy, lecz budzący strach swym majestatem.
Dotknięciem laski z runicznymi zaklęciami zbudził Rind, która otworzywszy oczy uwolniona została z szaleństwa i poznała, kto stał koło niej.
-Królewno Rind -powiedział Odin swoim łagodnym głosem. -Zawsze pragnęłaś zostać jedną z moich dziewic bitewnych, czyli Walkirii, które jeżdżą ze mną na piorunach i wybierają spośród rycerzy poległych w bitwie tych najdzielniejszych, aby powiększyli zastępy bohaterów w Valholl, mających walczyć w dniu Ragnaroku. Tak się stać nie może, ponieważ Norny uprzędły dla ciebie ważniejszą przyszłość. Tobie jednej ze śmiertelnych kobiet Midgardu ma być dane zostać matką jednego z Asów, najmłodszego. Syn twój nazywać się będzie Vali i pomści pięknego Baldra, jeszcze nim zajmie jego miejsce w Asgardzie. Nie zginie też w ostatniej wielkiej bitwie, choć padną w niej bogowie i ludzie.
Królewna Rind skłoniła ulegle głowę, a kiedy ją podniosła, w jej oczach lśniły łzy radości z zaszczytu, jaki miał ją spotkać. Kiedy Odin znowu ją poprosił, żeby została jego żoną, nie odmawiała już mu więcej.
Nie minęło jednak wiele czasu, a Odin pożegnał swoją śmiertelną żonę Rind, i powrócił do Asgardu, gdzie czekała na niego prawdziwa żona, królowa Frigg, która powitała go nie okazując zazdrości, ponieważ znała wyroki losu.
Życie w Asgardzie płynęło jak dawniej. Ale Hod nie poniósł jeszcze kary za rzucenie śmierć niosącego grotu w swego brata Baldra. Nadal opuszczał Breidablik tylko po zmroku, bo dla ślepego dzień i noc były tym samym, i wędrował po wielkich lasach na równinach Idy, dopóki pierwszy śpiew budzących się ptaków nie oznajmił świtu.
Nosił teraz na ramieniu tarczę ciemności, którą ukuł dla niego leśny troll, Mimring, a u boku miał magiczny miecz, aby nikt nie odważy się napaść go w mrokach nocy.
Pewnego dnia, gdy Heimdall pełnił straż przy wrotach Asgardu, nadeszło mostem małe dziecię z łukiem w ręku i kołczanem na plecach.
- Żadnemu dziecku z potarganymi włosami i brudnymi rączkami nie wolno iść tędy do Asgardu! - krzyknął Heimdall.
- Zaprowadź mnie do Odina wszechojca, który siedzi w Walhalli! -rozkazało dziecko tak dziwnym głosem, że Heimdallowi w głowie nie postało się sprzeciwiać.
Przyszli do Walhalli i tutaj zatrzymał ich Hermod.
- Żadnemu dziecku z potarganymi włosami i brudnymi rączkami nie wolno wchodzić tutaj! -zawołał. -Ani też żadnemu mężowi z Midgardu, który nie ma ran ani śladów krwi świadczących, że poległ w bitwie!
- Zaprowadź mnie przed Odina mojego ojca! - odpowiedziało chłopię, a głos jego brzmiał donośniej, niż kiedy odezwało się po raz pierwszy do Heimdalla. Podobnie jak strażnik Bifrostu, tak i strażnik Walhalli nie kwestionował władczego tonu dziwnego dziecka. Odsunął się i chłopiec wszedł prosto do Walhalli. Asowie wlepiali weń wzrok, zdumiewali się einherjar -bohaterowie, a dziecię szło przed tron Odina.
- Witaj -zawołał Odin wstając z tronu. -To jest Vali, syn mój i księżniczki Rind. To ten, który się urodził, żeby dokonać świętego dzieła pomsty za śmierć Baldra.
- Jak może ten chłopczyk pokonać silnego Hoda, którego broni tarcza ciemności i miecz przerażenia? -dopytywali Asowie.
- To prawda, że urodziłem się dopiero tej nocy -odpowiedział Vali. -Jednakże nim ta noc przeminie, będę już dorosły. A tak jak młodziutka wiosna rośnie i pokonuje potężną zimę, tak ja pokonam Hoda!
I gdy wszyscy zdumiewali się, jak szybko rośnie -bo w tym czasie, gdy na niego patrzyli, przemieniał się z chłopca w młodzieńca i z młodzieńca w męża -wyszedł z Walhalli i podążył do ciemnych lasów.
Błądził tam zrozpaczony i opuszczony Hod, a w jego sercu, które dotąd znało tylko miłość, poczynała wzrastać nienawiść. Nagle usłyszał czyjś jasny głos, który wołał donośnie:
-Zabójco Baldra, nadeszła twoja godzina! Uważaj na siebie, bo zbliża się mściciel!
Hod ruchem rozpaczy osłonił się tarczą ciemności i wymachując mierzeni przerażenia popędził w kierunku tego głosu. Strzała przeszyła ciemności... potem druga... trzecia. Hod osunął się na ziemię bez ducha.
Okrzyk tryumfu Valego odbił się echem po całym Asgardzie, a gdy Asowie przybiegli do miejsca, gdzie leżał nieżywy Hod, ujrzeli stojącego nad nim wielkiego rycerza w lśniącej zbroi.
A w posępnej krainie Hel przeszedł Hod ze zwieszona głową przez most Gjoll i stanął w mrocznej sali, samotny i zgnębiony.
Wtedy Baldr wstał od stołu i z otwartymi ramionami, z uśmiechem radości i przebaczenia ruszył go powitać.
- Witaj, drogi bracie! - zawołał. -Teraz, kiedy przyszedłeś, Helheim przestał już być tak smutny... To nie ty, ale podły Loki był sprawca mojej śmierci... a jednak trudno mi żałować, że to twoja ręka trzymała strzałę z jemioły, bo inaczej nie przyszedłbyś tutaj dzielić ze mną mojej samotności. Teraz jesteśmy razem i bez smutku spędzimy czas, jaki jeszcze pozostał do dnia Ragnaroku, kiedy znowu zabłyśnie nam światło życia.

Strona główna

Mitologia

Powstanie świata

Ogólnie o mitologii

Galeria grafik - Smoki

Wyszukiwarka

Bibliografia