Mitologia germańska - Przekleństwo pierścienia Andvarego
W okresie kiedy Odin miał jeszcze zwyczaj wędrować w przebraniu po Midgardzie, przybył on pewnego dnia w towarzystwie Honira i Lokego nad piękną rzekę, która wartko płynęła przez niską kotlinę.
Idąc jej brzegiem do źródła natrafili na wysoki wodospad w samotnej górskiej dolinie. Na pobliskiej skale zobaczyli wydrę, która mrugając radośnie powiekami zabierała się do jedzenia złowionego przed chwilą łososia. Loki natychmiast chwycił kamień i tak celnie nim rzucił, że w mgnieniu oka martwa wydra leżała obok martwego łososia.
- Aha! - zawołał Loki. - Dwoje za jednym uderzeniem! Widzicie, że rzuciwszy jeden raz kamieniem trafiłem i w wydrę, i w łososia!
Podniósł swój podwójny łup i trzej Asowie znów ruszyli w drogę. Doszli wreszcie do domu, leżącego wpośród uprawnych pól i opasanego potężnym murem, jak dom wielkiego pana.
Trzej wędrowcy zbliżyli się do bramy, a przekonawszy się, że jest otwarta, weszli do wielkiej sali, gdzie siedział samotnie przy ognisku śniady mężczyzna o płonących oczach.
- Witajcie, przybysze! - zawołał. - Powiedzcie mi, kim jesteście i dlaczego zjawiacie się na dworze Hreidmara czarnoksiężnika?
- Jesteśmy ubogimi pielgrzymami wędrującymi po świecie - odpowiedział Odin i uniósł uprzejmie szerokoskrzydły kapelusz przyglądając się bacznie Hreidmarowi swym jedynym okiem. - Kiedyśmy zobaczyli wśród tych bujnych łanów zboża twój obwarowany dom, zawróciliśmy, aby cię odwiedzić.
- Jesteśmy wprawdzie biedni - dodał szybko Loki - ale za to silni i na swój sposób zręczni i mądrzy. Spójrz no na tę wydrę i tego łososia, których zabiłem rzuciwszy jeden raz kamieniem.
Kiedy Hreidmar zobaczył, co Loki trzyma w ręku, zerwał się na równe nogi i zawołał:
- Chodźcie tu, moi synowie, Fafnirze i Reginie! Chodźcie i zwiążcie tych złych ludzi, którzy zabili waszego brata Wydrę!
A kiedy ich obezwładnił czarnoksięską mocą, wbiegli do sali dwaj krzepcy młodzieńcy i związali ich mocno żelaznymi łańcuchami.
- A teraz - rzekł szyderczo Hreidmar pasąc oczy widokiem swych jeńców - pozostaje tylko zdecydować, jaką śmiercią umrzecie.
- A dlaczego chcesz nas zabić? - zapytał spokojnie Honir, mając nadzieję, że siłą argumentacji uda im się gładko wywinąć z niebezpieczeństwa.
- Trzeba ci wiedzieć - odpowiedział Hreidmar - że jestem mistrzem czarnej magii, takiej jaką znają trolle i czarne elfy. Moi trzej synowie także posiedli tę sztukę, a poza tym obdarzeni są umiejętnością przybierania jakiej zechcą postaci. Mojemu najstarszemu synowi Wydrze zachciało się spędzić jakiś czas pod postacią wydry, aby mógł oddawać się ulubionemu zajęciu łapania ryb skaczących z pobliskiego wodospadu, który nazywamy Siłą Andvarego. Zabita przez was wydra to mój rodzony syn, a sprawiedliwość każe płacić życiem za życie.
- Ale sprawiedliwość zezwala na główczyznę - odpowiedział niewzruszony Honir - czyli na zapłatę za przypadkowo dokonane zabójstwo. Ten mój towarzysz rzucił kamieniem w coś, co wyglądało na zwykłe zwierzę, żyjące nad brzegiem rzekł. A zatem zadecydujcie, jaką główczyznę mamy złożyć za śmierć waszego syna.
Hreidmar naradzał się czas jakiś z Fafnirem i Reginem, a w końcu powiedział :
- Przybysze, przyjmiemy od was główczyznę, a mianowicie taką: tyle dobrego czerwonego złota, ile wypełni skórę wydry, która była moim synem, i ile trzeba, aby ją pokryć tak, żeby nawet włosek nie wystawał. Dwóch z was pozostanie tutaj w łańcuchach, a trzeci pójdzie przynieść złoty okup.
Potem trzej Asowie naradzali się w odosobnieniu i w końcu ustalili, że to przebiegły Loki pójdzie zdobywać złoto.
- Udaj się do czarnych elfów i do karłów - pouczał go Odin. - Użyj wszystkich swoich sztuk, wpadliśmy bowiem w ręce czarnoksiężnika, który nie może się dowiedzieć, kim jesteśmy. Dlatego nie poślę cię do Asgardu po ratunek.
- Możecie na mnie liczyć - odparł Loki z chytrym uśmiechem. - Wiem, gdzie można dostać złoto - chociaż doprawdy zdobycie go będzie wymagało użycia wszystkich moich umiejętności.
Tak więc Odin i Honir pozostali w łańcuchach, Fafnir zaś i Regin zdarli skórę z wydry, aby wymierzyć glówczyznę, i Loki wyruszył na poszukiwanie skarbu.
Udał się wprost do Siły Andvarego, skąd wydra wyciągnęła lśniącego łososia, i usiadł koło wodospadu.
Loki mógł widzieć wszystko, co kryło się za szumiącym srebrnozielonym łukiem wód, i wkrótce dojrzał, że karzeł Andvari pod postacią szczupaka wpływa w otwór swej pieczary, leżącej za wodospadem; dostrzegł też za szczupakiem lśnienie złota w mroku pieczary.
"Jak by go złapać? - zastanawiał się Loki. - Nie mógłbym go złapać rękami, a jest za mądry, aby miał połknąć haczyk, choćbym założył najbardziej kuszącą przynętę".
Wtem przypomniała mu się Ran, okrutna żona olbrzyma Agira, władcy mórz, która łapała w swoją sieć marynarzy z rozbitych okrętów i sprowadzała ich na dno oceanu. Ran nie żywiła przyjaźni do Asów, ale poznała, że w Lokim płynie zła krew olbrzymów, i chętnie użyczyła mu swojej sieci.
- Ale nie pozwól, żeby zobaczyli ją Asowie - ostrzegała go. - Bo może nadejść dzień, kiedy będziesz chciał uciec, a tylko taka sieć może cię pochwycić.
Loki wziął sieć Ran i udał się nad wodospad. Rzucił sieć do wody, a potem wyciągnął tak zręcznie, że ogromny szczupak utknął w jej oczkach i leżał na brzegu, łapiąc pyszczkiem powietrze.
Loki wziął go w ręce i trzymał tak długo, aż Andvari powrócił do swojej właściwej postaci i zapytał gniewnie, czego od niego chcą.
Kiedy Loki mu to powiedział, Andvari dla ratowania życia musiał się wyrzec wszystkich swoich skarbów. Wyniósł je z jaskini poprzez łuk spadających wód i ułożył na brzegu - utworzyły doprawdy wysoki stos: takiej ilości dobrego złota nie widziano przedtem nigdy w Midgardzie.
Kiedy w końcu całe złoto leżało na brzegu, karzeł Andvari odwrócił się, aby odejść. Ale w tym momencie wyciągnął szybko spod stosu jeden mały złoty pierścień.
Obserwujący wszystko Loki dostrzegł to jednak i surowo mu rozkazał rzucić pierścień na stos.
- Pozwól mi zatrzymać przynajmniej ten pierścień - błagał karzeł. - Mając go będę mógł zrobić więcej złota, ale ten zaczarowany pierścień nie służy nikomu, kto nie jest z rodu karłów.
- Nie zatrzymasz ani odrobiny złota - powiedział niedobry Loki i wyrwawszy mu pierścień trzymał go mocno w ręku.
- W takim razie - oświadczył karzeł - weź razem z tym pierścieniem i moje przekleństwo. Wiedz, że to przekleństwo przywiązane jest do pierścienia i każdemu, kto go posiądzie, przynosić będzie smutek i zgubę, aż pierścień i złoto znajdą się znowu w głębokich wodach.
Powiedziawszy to Andvari zamienił się znów w szczupaka i dał nurka na dno rzeki.
A Loki zebrał złoto i wrócił z nim do siedziby Hreidmara, gdzie Odin i Honir niespokojnie na niego czekali.
Kiedy Hreidmar zobaczył złoto, napełnił nim skórę wydry, a potem ją postawił. Obsypywali ją złotem dokoła, aż pod nim znikła, a zużyli do tego cale złoto.
Kiedy sypali złoto, Odin zauważył pierścień Andvarego i wydał mu się tak piękny, że wziął go ze stosu i wsunął na palec. Kiedy całe złoto utworzyło kopczyk nad skórą wydry, Odin zawołał:
- A więc, Hreidmarze, zapłaciliśmy główczyznę. Spójrz, skóra wydry jest całkowicie ukryta pod złotem.
Hreidmar przyjrzał się uważnie kopczykowi złota.
- O nie! - zawołał. - Widać jeden włos. Zakryjcie i ten włos również, bo jeszcze nie zapłaciliście główczyzny i życie wasze jest w niebezpieczeństwie.
Odin z westchnieniem zdjął pierścień z palca i zakrył nim ostatni włos. W ten sposób złożyli główczyznę i odzyskali wolność.
Kiedy już byli wolni i Odin znowu trzymał swoją dzidę i nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo, Loki zwrócił się do Hreidmara i powiedział:
- Pierścień Andvarego niesie ze sobą klątwę Andvarego, zło i smutek towarzyszyć będą każdemu, kto go założy.
Następnie trzej Asowie wrócili do Asgardu, ale pozostawili klątwę pierścienia Andvarego, która spadła na Hreidmara i jego dwóch synów.
- Musisz nam dać część główczyzny - powiedział ojcu Fafnir i Regin. - Wydra był także naszym bratem, nie tylko twoim synem.
- Nie dostaniecie ani jednego złotego pierścienia - odpowiedział Hreidmar i zamknął skarby w najbardziej zabezpieczonym pokoju.
Fafnir i Regin poczęli spiskować przeciw ojcu i w rezultacie Regin zamordował ojca, aby wydrzeć mu złoto Andvarego.
- A teraz - powiedział Regin, kiedy już zbrodnia została dokonana - podzielmy ten skarb równo między siebie.
- Nie dostaniesz ani jednego złotego pierścienia - odpowiedział Fafnir. - Doprawdy wcale na to nie zasłużyłeś, bo przecież zabiłeś ojca dla złota. A teraz wynoś się stąd szybko, bo inaczej ja ciebie zabiję! Życie za życie, mówi prawo, a twoje życie wystawiłeś na hazard mordując Hreidmara.
Tak więc Fafnir wypędził Regina, a sam założył na głowę hełm przerażenia Hreidmara i wyniósł cały skarb nagromadzony przez Andvarego na pogórze Gnitaheid, z daleka od ludzkich ścieżek, i ukrył je w pieczarze. Następnie wziął na siebie postać straszliwego smoka, legł na złocie i zwyczajem smoków pożerał je oczyma.
A Regin, zaprzysiągłszy mu w swym sercu pomstę, udał się na dwór Hjalpreka, króla Danii, i został u niego kowalem. Oddano mu pod opiekę młodego bohatera, Sigurda Volsunga, syna Sigmunda, któremu kiedyś Odin podarował zaczarowany miecz.
Bo kiedyś na dworze króla Volsunga, gdy wojownicy siedzieli nad rogami miodu, wyszedł z ciemności jakiś nieznajomy jednooki mężczyzna w szerokoskrzydłym kapeluszu i długim płaszczu. Szedł w głąb sali, aż znalazł się przy wielkim dębie, wokół którego ją zbudowano.
Stanąwszy tam, wyciągnął wielki, błyszczący miecz i wbił go w twarde drzewo tak mocno, że zagłębił się aż po rękojeść.
- Kto wyciągnie z pnia drzewa ten miecz, otrzyma go ode mnie w darze i przekona się, że żaden śmiertelnik w Midgardzie nie trzymał nigdy w ręku lepszego oręża!
Wyszedł zaraz z sali i zniknął w mroku nocy, a król Volsung i jego wojownicy poznali, że odwiedził ich Odin.
Kiedy wyrósł Sigmund, syn Volsunga, on jeden okazał się dość mocny, aby wyciągnąć miecz z drzewa; i dokonał nim wielu wspaniałych czynów, bo nikt nie zdołał mu się oprzeć.
Nadszedł jednakże dzień, w którym losy kazały Sigmundowi umrzeć. Gdy walczył w swej ostatniej bitwie, nie było nikogo, kto mógłby mu dotrzymać pola, dopóki nie stanął nagle przeciw niemu Odin i nie uderzył w jego wirujący miecz swoją laską. Miecz od razu roztrzaskał się w kawałki, a wkrótce potem Sigmund legł śmiertelnie ranny.
W tej bitwie zginął cały ród Volsungów z wyjątkiem żony króla Sigmunda, Hjordis. Po skończonej walce chodziła po pobojowisku, aż znalazła swego męża, który jeszcze żył. Wydając ostatnie tchnienie polecił jej zebrać szczątki miecza i przechowywać je troskliwie.
- Bo syn, który się nam urodzi - szeptał - będzie najszlachetniejszym ze wszystkich bohaterów Midgardu. Z odłamków tego miecza ukują inny, zwany Gram, i większych nim czynów dokona Sigurd, niż kiedykolwiek ja dokonałem.
W chwilę później Sigmund umarł, a w jakiś czas potem Hjordis wyszła za mąż za króla Hjolpreka, który był dobrym i wielkodusznym ojczymem dla młodego Sigurda.
Regin został jego opiekunem i nauczycielem i uczył go starannie i uczciwie wszystkiego, co potrzebne wojownikowi. Starał się wszakże wzbudzić w nim niezadowolenie z jego losu, bo nie chciał, żeby Sigurd pozostawał spokojnie w Danii. Nie udało mu się jednak wywołać w nim buntu przeciw ojczymowi ani przybranemu domowi.
- Wiesz chyba, ile złota posiadał twój ojciec - mówił Regin. - No cóż, on był królem, a tobie nie przeszkadza, że jesteś kimś bez znaczenia na dworze ojczyma.
- Nie jestem kimś bez znaczenia - odpowiedział Sigurd. - Wystarczy mi o coś poprosić, a to otrzymam.
- Musisz tego dowieść - domagał się Regin. - Poproś króla o konia, o najlepszego konia, jakiego ma, i zobaczysz, co będzie.
- Da mi go! - zapewniał gorąco Sigurd. - Chętnie! I wszystko, o co poproszę!
Mimo to poszedł do króla i poprosił, by mu podarował konia.
- Weź, którego zechcesz - powiedział król - i wszystko, co ci się spodoba z tego, co posiadam.
Nazajutrz Sigurd poszedł do lasu, gdzie pasły się królewskie konie, aby wybrać jednego dla siebie. Po drodze spotkał jednookiego starca z białą brodą, ubranego w długi niebieski płaszcz i szerokoskrzydły kapelusz.
- Dokąd idziesz, młody panie? - zapytał starzec.
- Idę do lasu wybrać dla siebie konia - odpowiedział Sigurd. - Ale ty, czcigodny panie, wydajesz się stary i mądry, poradź mi więc, proszę, jak poznać dobrego wierzchowca.
- Chodź ze mną - odrzekł starzec - a wypróbujemy konie w wartkich wodach Busilu.
I tak też zrobili, spędzając zwierzęta ze stromego brzegu w wody bystrej rzeki. Wszystkie się przelękły i zawróciły na brzeg, z wyjątkiem jednego, wielkiego ogiera, młodego i pięknego, na którym nikt jeszcze nie siedział. I tego wybrał Sigurd. A wtedy starzec powiedział:
- Ten koń jest potomkiem Sleipnira. Musisz się o niego troszczyć, bo będzie najlepszym ze wszystkich rumaków. - Powiedziawszy to zniknął, a wtedy Sigurd poznał, że był to Odin.
Przyprowadził do domu konia i nazwał go Grani. Wkrótce zdobył sławę doskonałego, nieulękłego jeźdźca.
Widząc, że jest już dorosłym mężem o wielkiej sile i odwadze, Regin opowiedział mu o smoku Fafnirze, leżącym na wielkim stosie złota w jaskini na Gnitaheid.
- Smok ten jest wielki i dziki - zakończył - aż jego paszczy tryska jad śmiertelny, więc żaden człowiek nie odważył się ruszyć przeciw niemu, zabić go i wziąć skarb.
- Jeżeli będę mieć dobry miecz - zawołał Sigurd - sam porwę się na smoka Fafnira i go pokonam!
- Zrobię miecz dla ciebie - przyrzekł Regin, mistrz kowalstwa. Poszedł do swojej kuźni i ukuł miecz o lśniącym ostrzu, który dał Sigurdowi.
- Spójrz na to, co ukułeś, Reginie! - zawołał Sigurd i uderzył mieczem w kowadło tak silnie, że strzaskał ostrze na kawałki. - Idź, ukuj mi lepszy! - dodał i rzucił na ziemię rękojeść.
Wtedy Regin, posługując się całą swą ogromną wiedzą i sprytem, wykuł nowe ostrze i zaniósł nowy miecz Sigurdowi, który spojrzał na ten oręż z podziwem.
- Może ten cię zadowoli - rzekł Regin - choć przyznać muszę, że ciężko kowalowi mieć pana tak wymagającego jak ty.
Sigurd uderzył w kowadło nowym mieczem, ale i tym razem strzaskał oręż w kawałki i rzucił rękojeść na ziemię.
- Wydaje mi się - zawołał - że jesteś po prostu kłamcą i złym kowalem! A może chcesz mnie wydać smokowi Fafnirowi, który jak słyszałem, jest twoim rodzonym bratem!
Udał się potem Sigurd do swej matki, królowej Hjordis, i zapytał:
- Czy prawdą jest to, co słyszałem, że mój ojciec, król Sigmund, dał ci swój strzaskany miecz Gram, dar Odina?
- Tak, to prawda - odparła.
- Daj mi więc te kawałki, błagam - prosił Sigurd - bo muszę mieć przecież dobry miecz, ja, syn takiego ojca.
Dała mu więc matka odłamki tego miecza, zapowiadając, że zdobędzie nim wielką sławę, a Sigurd zaniósł je do Regina, każąc mu ukuć z nich oręż.
Regin, klnąc w duchu Sigurda, zabrał żelazo do kuźni. Użył całej swojej sztuki, przekuwając je na nowo. A kiedy wyniósł skończone dzieło, miał wrażenie, że płomień strzela z ostrza.
- Sigurd ujął miecz i wydał mu się dobry. Jednakże zamachnął się i z całej siły uderzył w kowadło: wspaniale ostrze przecięło żelazne kowadło aż do podstawy z drewna, a samo się nawet nie wyszczerbiło.
- To jest rzeczywiście dobry miecz - powiedział Sigurd. Lecz chcąc go poddać jeszcze jednej próbie udał się na brzeg rzeki i rzucił w jej toń pasmo wełny, żeby popłynęło z prądem. Następnie zanurzył miecz w wodzie, a gdy prąd zniósł na ostrze pasmo wełny, zostało przecięte na dwoje.
- A teraz - powiedział Sigurd zatknąwszy miecz u pasa - jestem gotów ruszyć przeciwko smokowi. Ale najpierw muszę pomścić śmierć ojca, bo to moja święta powinność.
Wszyscy Duńczycy, mężczyźni, kobiety i dzieci, darzyli Sigurda miłością i natychmiast zebrała się grupa wojowników, gotowa iść za nim. Przepłynęli przez morze i napadli na plemię, które zabiło ród Volsunga. Sigurd pokonał ich w bitwie i jednym uderzeniem miecza Grama zabił króla Linga, który sprowadził śmierć na Sigmunda.
Spędził po tej wojnie jakiś czas u siebie i najwięksi spośród panów Danii wydawali uczty na cześć Sigurda bohatera. Wkrótce przypomniał sobie o smoku Fafnirze.
Udał się więc do Regina, mistrza kowalstwa, i rzekł:
- Przez cały czas miałem w pamięci smoka Fafnira. Prowadź mnie na pogórze Gnitaheid i wskaż drogę do smoka.
- Sigurd i Regin odjechali na nie zaludnione tereny i wreszcie przybyli nad rzekę, której wodą Fafnir zwykł gasić pragnienie. Prowadził do niej przez wrzosowisko długi wydeptany szlak z pieczary, w której mieszkał.
- Powiedziałeś mi, że ten smok nie jest większy od innych - rzekł Sigurd. - Ale teraz patrząc na jego ślady myślę, że to największy ze wszystkich smoków.
- Jednak możesz go zabić - odpowiedział Regin - jeżeli wykopiesz dla siebie dół na jego ścieżce i przebijesz mu serce, gdy będzie przechodził nad tobą idąc napić się z rzeki.
- A co się stanie, jeśli spłynie na mnie krew smoka? - spytał Sigurd.
- Na nic się nie zdadzą moje rady - zawołał Regin - skoro się lękasz każdego niebezpieczeństwa! Doprawdy, nie jesteś wart nazywać się synem Sigmunda.
Wtedy Sigurd ruszył naprzód ku pieczarze smoka, ale Regin ukrył się w skałach nad rzeką, bo bał się bardzo.
Sigurd zaczął kopać dół na ścieżce smoka, ale kiedy był tym zajęty, podszedł do niego starzec z długą białą brodą, z jednym tylko okiem skrytym w cieniu szerokoskrzydłego kapelusza i zapytał, co robi.
Kiedy Sigurd mu to wyjaśnił, starzec rzekł:
- Idziesz za radą kogoś, kto ci źle życzy. Powinieneś raczej wykopać wiele dołów i rowów i skryć się w takim dole, do którego nie będzie mogła spłynąć krew smoka, gdy mu wbijesz miecz w serce.
Starzec zniknął, Sigurd posłuchał jego rady, a później ukrył się w jednym z dołów.
Nadeszła wreszcie pora, gdy smok jak zwykle udawał się do rzeki napić się wody. Ziemia trzęsła się, gdy szedł pryskając wokół jadem. Sigurd nie drżał i nie lękał się straszliwego ryku potwora ani też oparów jadu. A gdy Fafnir znalazł się nad jego dołem, wbił mu pod lewą nogę miecz Gram aż po samą rękojeść. Potem cofnął się wyciągając żelazo i umknął w bok rowami.
Kiedy Fafnir poczuł, że jest śmiertelnie ranny, począł się rzucać wściekle i głową, i ogonem miażdżąc wszystko dokoła. Potem widząc, że już nadchodzi śmierć, uspokoił się i zapytał:
- Kim jesteś, bohaterze, któryś mnie ugodził? Jaki sławny wojownik ma syna tak śmiałego, że odważył się stanąć z mieczem w ręku przeciwko mnie?
Sigurd, wiedząc, że przekleństwo konającego jest bardzo niebezpieczne, odparł:
- Nie znany ludziom jest mój ród, nazywaj mnie tylko kimś szlachetnym.
Wówczas Fafnir powiedział:
- Przyczynił się do mojej śmierci Regin, mój brat, i raduję się myślą, że jest przy tobie, bo wiem, jak dobre musi mieć intencje. Teraz już wiem, że ty jesteś Sigurd Volsung i że zabiwszy mnie zwać się będziesz zabójcą Fafnira. Bierz moje złoto, ale wiedz, że przyniesie ono zgubę każdemu, kto je posiądzie, tak jak przyniosło mnie, gdyż ciąży nad nim klątwa Andvarego.
Powiedziawszy to smok Fafnir skręcił się w boleściach i legł martwy, nawet w chwili śmierci nie odzyskując ludzkiej postaci.
Wtedy Regin podszedł do Sigurda, mówiąc:
- Witaj, panie i władco! Odniosłeś wspaniałe zwycięstwo kładąc trupem Fafnira, przeciw któremu nikt nie odważył się wystąpić! Jednak był moim bratem, ja także jestem winien jego śmierci, dlatego też zrób to, o co cię poproszę, aby wymazać plamę zabójstwa: wyjmij serce smoka, upiecz je nad ogniem i daj mi do zjedzenia. Wtedy cala wina obciąży mnie, a ty nie będziesz w ogóle niczemu winien, bo po prostu zabiłeś smoka i nic więcej.
Sigurd przychylił się do prośby Regina i gdy ten odszedł na bok i położył się w wysokich wrzosach, wsadził serce smoka na drąg i zaczął je opiekać nad ogniem.
Po chwili Sigurd dotknął palcem serca smoka chcąc sprawdzić, czy już jest upieczone, i sparzył się gorącą krwią, więc szybko włożył palec do ust. Skoro tylko zlizał z palca krew smoka, natychmiast zaczai rozumieć śpiew ptaków. Posłyszał rozmowę dzięciołów na sąsiednich drzewach.
- Oto siedzi Sigurd - mówił jeden z nich - i piecze serce smoka, ale nie dla siebie. A przecież gdyby zjadł je sam, byłby najmądrzejszym człowiekiem na świecie.
- A tam leży Regin - dodał drugi - i obmyśla, jak zamordować Sigurda i zabrać dla siebie całe złoto uzbierane przez Andvarego. A trzeci zapytał:
- Dlaczego Sigurd nie zetnie głowy zdrajcy i nie zabierze złota?
- Rzeczywiście, dlaczego? - zawołał Sigurd zrywając się na równe nogi. - Niech Regin uda się w tę samą drogę, co jego brat Fafnir.
Wyciągnął swój miecz Gram i odciął Reginowi głowę. Potem zjadł na kolację serce smoka i ułożył się do snu na stosie złota Andvarego w jaskini Fafnira. Ale najpierw wsunął na palec pierścień Andvarego.
Rankiem, kiedy ładował złoto na grzbiet Granego, posłyszał że ptaki śpiewają nową pieśń.
W górze na Hindarfjall stoi zamek z tarcz,
Strzeże go ze wszech stron śmigły ognia mur.
W zamku leży Brynhild w mocy ciernia snu,
Najpiękniejsza z dziewic, jaką znał ten kraj.
Gdy ją Sigurd znajdzie - zbudzi się ze snu -
To wyrok Odina - zbudzi się ze snu.
Usłyszawszy to Sigurd skoczył na konia i pojechał ku Hindarfjall. Wkrótce zobaczył wielki ogień na górze. Jechał dalej, aż na szczycie Hindarfjallu ujrzał ścianę płomienia otaczającą zamek zbudowany z tarcz, na którego wieży powiewała flaga.
Podciął ostrogami Granego i przeskoczył płomienie bez żadnej szkody dla siebie i konia. Zsunął się z siodła i wszedł do zamku o ścianach z tarcz.
Leżała tam jak martwa postać w złocistej zbroi. Sigurd szarpnął za hełm, ale pancerz zdawał się zrośnięty z ciałem, musiał więc go poprzecinać. Pod ostrzem miecza Grama twardy metal rwał się jak płótno.
Dostrzegł wówczas Sigurd, że w zbroi tej leży nie rycerz, ale piękna złotowłosa dziewczyna, która śpi spokojnie, nie starzejąc się, nie potrzebując jedzenia ani picia.
Nachylił się i pocałował ją, a wtedy wzrok jego padł na tkwiący w jej ciele cierń. Wyciągnął go ostrożnie, a dziewczyna obudziła się z czarodziejskiego snu i spojrzała na niego.
- Ach! - szepnęła. - Jesteś z pewnością Sigurdem, zwycięzcą smoka, bo jak było to przepowiedziane, masz na głowie hełm przerażenia Fafnira. Sama widzę, że jesteś najmężniejszy i najlepszy z mężczyzn, masz złotorude włosy, szerokie ramiona, bystre oczy i potrafisz pięknie mówić.
- Pani - rzekł Sigurd - nie pomyliłaś się co do mojego imienia. Sigmund syn Volsunga był moim ojcem, a ja jestem Sigurd, zwany także zabójcą Fafnira, gdyż zabiłem smoka i zabrałem skarb Andvarego, którego strzegł.
- Ale kim ty jesteś? I czemu pogrążona byłaś w czarodziejskim śnie w tym zamku opasanym ścianą płomieni?
Wówczas ona odparła:
- Jestem Brynhild, córka potężnego króla. Byłam dziewicą Odina, jedną z Walkirii, które towarzyszą mu w łowach, a w dzień bitwy wychodzą, aby i zaprowadzić do Walhalli tych, którym on każe umrzeć. Pewnego dnia tak się zdarzyło, że walczyli ze sobą dwaj rycerze, z których jeden był stary, a drugi młody. Odin przyrzekł zwycięstwo staremu i posłał mnie, abym przyniosła śmierć młodemu. Złamałam rozkaz Odina i zabiłam starego rycerza. Za ten czyn z wyroków Odina nie mogę już być Walkirią, ale muszę wziąć sobie męża i iść drogą do śmierci jak inne kobiety. Jednak wszechojciec zlitował się nade mną i przysiągł, że zdobędzie mnie tylko najdzielniejszy z rycerzy, sam Sigurd Volsung. Wzniósł więc wokół mnie ścianę płomienia, wbił cierń snu w moje ciało i pozostawił mnie tutaj aż do dnia twojego przybycia.
Potem Brynhild wstała i przyniosła Sigurdowi czarę wina, nad którą ślubowali sobie wierność, a na znak, że ją jedną kocha, wsunął pierścień na jej palec, lecz był to pierścień Andvarego, i od tej chwili spadło na Brynhild przekleństwo.
Kiedy zaświtał poranek, Brynhild otworzyła oczy i zbudziła Sigurda, mówiąc:
- Wstań, pogromco smoka! Musisz ruszyć w świat, aby zdobyć jeszcze większą sławę i królestwo, nad którym ja będę królową. A ja będę cię czekać, bo wiem, że nikt prócz ciebie nie przeskoczy ściany płomienia, opasującej mój zamek.
Sigurd posmutniał na te słowa, ale rwał się do wielkich czynów dla Brynhild. Ucałował ją na pożegnanie, siadł na konia, przeskoczył raz jeszcze przez ogień i jechał zboczem Hindarfjallu, aż znalazł się w kraju, w którym panował Gjuki.
- Kim jesteś, rycerzu, który przejechałeś przez wrota mego zamku wioząc skarby? - zapytał król Gjuki. - Nikt nie odważy się przyjeżdżać tutaj bez zezwolenia moich walecznych synów, Gunnara i Hognego.
- Jestem Sigurd, syn Volsunga - posłyszał w odpowiedzi. - Sigurd zabójca smoka.
- A więc witaj! - zawołał król Gjuki. - Bądź moim synem i weź z naszych rąk, co tylko zechcesz.
Sigurd zatem pozostał czas jakiś z królem Gjukim i zdobył wielką sławę wojenną u boku Gunnara i Hognego. Ale córka Gjukego Gudrun pokochała go od pierwszego spojrzenia i usychała z tęsknoty za nim.
Sigurd nie zwracał na nią uwagi, choć była doprawdy piękną księżniczką, wszystkie bowiem jego myśli wypełniała Brynhild i często mówił o jej urodzie i o ich wzajemnej miłości.
Wtedy matka Gudrun, królowa Grimhild, czarownica, uwarzyła magiczny napój i zaniosła go Sigurdowi, gdy jednego wieczoru siedział we dworze. A on go wypił, myśląc, że to po prostu czara miodu, którą zgodnie ze zwyczajem przynosiły panie domu po obiedzie. Skoro tylko wypił ten napój, zły czar zaćmił jego umysł, zapomniał o Brynhild i o miłości, jaką sobie zaprzysięgli, i było tak, jakby się nigdy nie spotkali.
Czas upływał, wkrótce Sigurd pokochał Gudrun, niedługo potem się pobrali i żyli razem szczęśliwie. Zaprzysiągł też braterstwo Gunnarowi i Hognemu.
I tak minęło lat kilka, Grimhild umyśliła, że jej najstarszy syn Gunnar musi zdobyć za żonę piękną Brynhild, która nadal mieszkała na Hindarfjall w swoim zamku z tarcz opasanym pierścieniem ognia, a której sława szerzyła się wśród mężczyzn we wszystkich krajach dokoła.
Gunnar więc wyruszył do Hindarfjall, a Sigurd i Hogni pojechali razem z nim. Kiedy dotarli do ściany płomienia, Gunnar skierował na nią swego konia i mocno zaciął go biczem, ale koń cofnął się w przerażeniu.
Zapytał go Sigurd:
- Dlaczego się cofasz, Gunnarze? A Gunnar odpowiedział:
- Mój koń lęka się ognia. Ale pożycz mi Granego, twojego sławnego rumaka, a przeskoczę ogień!
- Naturalnie, z przyjemnością - przystał na to Sigurd, nie pamiętając wcale własnych odwiedzin u Brynhild.
Ale Grani prychał i cofał się, czując, że obca dłoń trzyma jego uzdę.
- Musimy wezwać czary na pomoc - rzekł Gunnar, którego matka nauczyła swoich sztuk. Wykorzystał umiejętność zmieniania się w kogo zechce, przybrał postać Sigurda, a Sigurd jego.
Wtedy Sigurd, który oczom patrzących wydawał się Gunnarem, dosiadł Granego i z łatwością przeskoczył falę płomienia i podjechał do zamku z tarcz, w którym siedziała Brynhild od pięciu lat czekająca na ukochanego.
- Kim jesteś? - zapytała, patrząc na niego z lękiem.
- Jestem Gunnar, syn Gjukego - brzmiała odpowiedź. - Przebyłem krąg ognia, który cię otacza, a więc zgodnie z twoją przysięgą musisz być moją żoną.
Tak więc, ponieważ nie można było na to nic poradzić, Brynhild uległa i przysięgła, że zostanie żoną Gunnara. Tej nocy, gdy spali w zamku z tarcz, leżał pomiędzy nimi ostry miecz Gram na znak, że małżeństwo nie zostało jeszcze zawarte. A rankiem rzekomy Gunnar wstał, zsunął pierścień z palca i włożył go na palec Brynhild, ale w zamian zdjął z jej palca pierścień Andvarego i włożył na swój palec.
Następnie dosiadł Granego i przeskoczył ponownie przez ogień. Kiedy wrócił do Gunnara, wymienili się postaciami, tak że każdy był znów sobą.
Wkrótce płomienie zgasły, Brynhild opuściła swój zamek z tarcz na Hindarfjall, a kiedy przybyli do zamku Gjukego, wyprawiono huczne wesele.
Ale gdy Sigurd miał znowu na palcu pierścień Andvarego, czary Grimhild straciły swoją moc i po pewnym czasie przypomniał sobie wszystko, co się zdarzyło.
Napełnił go smutek i gorzki żal, bo poczuł, że wciąż kocha Brynhild ponad wszystkie inne kobiety. Godność nie pozwoliła mu zdradzić się najmniejszym znakiem i Brynhild sądziła, że zupełnie zapomniał o tym, co między nimi zaszło, a czasem myślała, że jej się to śniło i że z nich dwóch Gunnar jest rzeczywiście szlachetniejszy i dzielniejszy.
Wszakże pewnego rana, kiedy i ona, i Gudrun myły włosy w rzece, powstała między nimi sprzeczka.
- Ponieważ z nas dwóch ja mam dzielniejszego męża - powiedziała Brynhild - mam prawo myć włosy bliżej źródła rzeki.
- Ależ mój mąż jest dzielniejszy od twojego - odrzekła Gudrun - i ja mogę rościć sobie prawo do lepszego miejsca w rzece, bo jestem poślubiona Sigurdowi, który zabił Fafnira i Regina i zdobył wspaniały skarb Andvarego.
- Jednak większą miało wartość i więcej wymagało odwagi to, co uczynił Gunnar - zawołała Brynhild. - On, żeby mnie zdobyć, przejechał przez płomienie, a Sigurd się bał.
- Więc ty naprawdę wierzysz, że to Gunnar przejechał przez płomienie ognia? - rzuciła pogardliwie Gudrun. - A ja myślę, że ten, kto zdobył ciebie, jakąkolwiek miał postać, był tym, kto dał mi ten pierścień, pierścień Andvarego, który noszę na palcu - a to nie Gunnar zdobył ten pierścień i zabił smoka Fafnira na pogórzu Gnitaheid.
Wtedy Brynhild zamilkła, bo zrozumiała w końcu, że z niej zakpiono i oszukano ją, chociaż nie wiedziała dlaczego. Zaciążyła nad nią klątwa pierścienia Andvarego.
Przez cały ten wieczór milczała. Następnego zaś dnia powiedziała Gunnarowi, że jest tchórzem i kłamcą, ponieważ nie przejechał przez płomienie, chcąc ją zdobyć, ale posłał Sigurda, aby go zastąpił i udawał, że sam tego dokonał.
- Nigdy już więcej - zapowiedziała - nie będę wesołą na twoim dworze ani nie będę pić, ani grać w szachy, ani mówić ci przyjemnych słów, ani nie będę pracować nad swymi robótkami, ani nie będę ci udzielać dobrych rad. O nie, raczej myśleć będę, jak cię zabić! Bo doprowadziłeś mnie do złamania przysięgi... bo wiem dobrze, że nikt prócz Sigurda nie potrafiłby przejechać przez ścianę płomienia, strzegącego mojego zamku z tarcz. O, rozpacz napełnia me serce, że Sigurd nie może być mi mężem!
Zniszczyła swoje robótki i zanosiła się głośno płaczem, tak żeby cały dwór ją słyszał, bo serce jej pękało z bólu, że straciła Sigurda i poślubiła tchórza i kłamcę.
Wreszcie Sigurd przyszedł ją pocieszyć i błagał, żeby kochała swego męża Gunnara. Chciał jej oddać cały skarb, zebrany przez Andvarego, jeżeliby tylko było to dla niej pociechą. Ale nie chciał opuścić swojej żony Gudrun ani zabić Gunnara, któremu zaprzysiągł braterstwo. Zhańbiłby się tym czynem.
- Za późno już, za późno, ale cóż zrobię! Ciąży nad nami klątwa - łkała Brynhild, a Sigurd tak rozpaczał nad stratą swej jedynej prawdziwej miłości, że pierś mu wezbrała żalem i popękały ogniwa żelaznej kolczugi.
Ale zdawał sobie oczywiście sprawę, że nie można już było nic na to poradzić, i wrócił smutny do domu. Brynhild zaś szalała ze smutku i wstydu, opowiadając zmyślone historie podjudzała Gunnara i Hognego, aby zabili Sigurda.
Opierali się jej poduszczeniom, pomni na przysięgę, ale kazali go zabić młodszemu bratu, Gutthormowi, i dali mu czarodziejski napój, a Gutthorm niemal oszalał z nienawiści i okrucieństwa.
Ale kiedy stanął na progu komnaty Sigurda, cofnął się i nie odważył się nic zrobić. Wszedł po raz drugi, ale Sigurd spojrzał na niego tak jasnymi i bystrymi oczami, że Gutthorm spuścił wzrok. Gdy wszedł po raz trzeci, Sigurd spał. Wówczas Gutthorm przebił mieczem jego ciało i łóżko, na którym i spoczywał, a sam odwrócił się i zaczął uciekać.
Ale Sigurd chwycił swój miecz Gram i rzucił go za Gutthormem z taką silą, że ostrze miecza przecięło go w pasie na dwoje, i taki był jego koniec. Jednak dokonawszy tego ostatniego wielkiego czynu Sigurd, pogromca smoka, padł na wznak martwy.
Ciało wojownika złożono na wysokim stosie wzniesionym na pokładzie jego wielkiego okrętu wojennego, a stos podpalono i okręt zepchnięto na morze. Ale nim odbił od brzegu, Brynhild chwyciła miecz Gram i przebiła sobie serce. Osunęła się na pokład obok Sigurda, między nimi leżał miecz, ogień ogarnął ich oboje, a okręt odpłynął w dal.
Gunnar i Hogni podzielili między sobą skarb Andvarego i wydali swoją siostrę Gudrun za mąż za króla Atlego. Kiedy Gudrun wsunęła pierścień Andvarego na palec Atlego, klątwa spadła na niego i niczego nie pragnął tak gorąco, jak tego złota. Gotów był popełnić najgorsze czyny, aby tylko je zdobyć.
Zaprosił więc Gunnara i Hognego w gościnę, a ci przyjechali z niewielką drużyną. Nim jednak wyruszyli w drogę, ukryli skarb Andvarego głęboko pod wodami rzeki Renu i tylko oni dwaj znali to miejsce.
Kiedy przybyli na dwór Atlego, zły król ich pochwycił, wymordował ich drużynę, a im samym zagroził torturami, jeśli nie zechcą mu powiedzieć, gdzie jest schowany skarb.
Przyszedł najpierw do Gunnara, którego trzymał w zaniknięciu osobno, próbował go zmusić do wyjawienia, gdzie znajduje się skarb. Ale Gunnar powiedział:
- Hogni i ja złożyliśmy przysięgę, że nie wydamy miejsca, gdzie ukryliśmy skarb. Ja nie mogę złamać przysięgi, póki żyje Hogni. Ale przynieś mi odciętą głowę Hognego, abym miał pewność, że nie żyje, a wtedy ci powiem.
Atli natychmiast kazał ściąć głowę Hognemu; gdy Gunnar zobaczył odciętą głowę brata, roześmiał się tryumfalnie.
- Teraz nigdy już nie znajdziesz skarbu Andvarego! Tylko my dwaj znaliśmy miejsce jego ukrycia, a mój brat był słabszy ode mnie i mógł je zdradzić. Teraz jego usta są zamknięte na zawsze, a ze mnie żadne tortury nie wycisną słowa.
Atli z rozczarowania i wściekłości rzucił Gunnara związanego do dołu pełnego węży. Ale Gudrun posłała bratu lirę, a on palcami nóg grał na niej tak cudnie, że nikt nigdy nie słyszał piękniejszej muzyki.
Wszystkie węże usnęły, z wyjątkiem jednego, który nie był prawdziwym wężem, ale wiedźmą pod postacią węża. Wbiła ona swe zęby w pierś Gunnara i zatruła go swym jadem.
Wówczas Gudrun, jak nakazywał obowiązek, zaczęła szukać pomsty na Atlim za śmierć braci. Sprowadziła na niego w końcu śmierć, podkładając ogień pod jego zamek, tak że wszyscy się spalili.
Potem jednak nie chciała już dłużej żyć i rzuciła się w morze. I w ten sposób pierścień Andvarego, który miała na palcu, wrócił na głębiny i nadszedł kres klątwy Andvarego.
Brynhild, dawna Walkiria, pojechała w swoim rydwanie czarną drogą do Niflheimu, gdzie Hel panowała nad zmarłymi, Sigurda zaś powitał w Walhalli sam Odin. Oboje bowiem mieli wypełnić ważne zadania w Ragnarok, w dniu ostatniej wielkiej bitwy.