Mitologia germańska - Kocioł Agira

Kiedy między Asgardem a Jotunheimem panował pokój, Asowie wydawali wiele wspaniałych uczt w swoich zamkach. Gościli u nich nawet olbrzymi, ci, co zostali ich przyjaciółmi i uznali Odina za wszechojca dziewięciu światów.
Najpierwszym spośród nich był Agir, olbrzym oceanu. Władał morzami i miał za żonę bezlitosną Ran, tę samą, która sprowadzała zgubę na żeglarzy łowiąc ich w swą sieć i pożyczyła tę sieć Lokiemu, kiedy chciał złapać karla Andvarego, co stało się przyczyną nieszczęść rodu Volsungów, ulubieńców Odina.
Ponury stary Agir o białej brodzie i zielonych włosach, o długich chwytliwych palcach przypominających szpony, dziwnie odbijał swym wyglądem od szlachetnych Asów i ich pięknych żon. Ale na ucztach w jego zamku, znajdującym się na wyspie na Kattegacie - na którym potopionych żeglarzy witano równie serdecznie jak poległych wojowników w Walhalli - miód lał się tak samo obficie jak w Asgardzie. A dziewięć jego pięknych cór-fal, o śnieżnobiałych ramionach i piersiach, o ciemnoniebieskich oczach, biegało w zwiewnych zielonych szatach ze swą matką, Ran, roznosząc złote puchary tak samo, jak córki Frigg na ucztach w Asgardzie.
Agir jednakże nigdy nie gościł Asów w swoim zamku. Pewnego dnia wreszcie, kiedy jedna z uczt w Asgardzie dobiegała końca, Thor o grzmiącym głosie, gdy nadmiar trunków rozwiązał mu język, począł naigrawać się z gościa.
- Agirze! - zawołał. - Winieneś nam wiele uczt na swoim zamku! Kiedyż zaczniesz odpłacać gościnnością za gościnność, z jaką cię przyjmujemy?
Tępy, stary olbrzym obraził się za te drwinki, od razu znalazł wymówkę i zemstę.
- Nie ośmieliłem się dotąd zaprosić szlachetnych Asów do mojej ubogiej siedziby - oświadczył - gdyż lękałem się, że nie będę mógł godnie ich przyjąć. Wprawdzie jedzenia by nie zbrakło, jest go więcej, niż dla was potrzeba, ale niestety nie mam kotła dość wielkiego, żeby uwarzyć piwa czy miodu jednocześnie dla wszystkich Asów... bo wiem przecie, jak bardzo lubisz pić, wielki Thorze. Ale już teraz zapraszam was wszystkich, abyście po żniwach przyszli na moją wyspę Hlesey ucztować, jeżeli tylko uda wam się zdobyć odpowiednio duży kocioł... Obawiam się jednak, że można by go znaleźć tylko wśród olbrzymów w Jotunheimie.
- Wiem, gdzie jest taki kocioł - mówił z wolna Tyr, jednoręki bóg wojny. - Ojciec mojej matki, olbrzym Hymir, ma bardzo wiele kotłów w swoim zamku, który znajduje się daleko na wschód od rzeki Elivagar. Jeden z nich jest na milę głęboki, a taką ma szerokość, że stojąc z jednej strony nie widzi się przeciwnej.
- Zdobędę ten kocioł, jeżeli da się to zrobić siłą lub podstępem! - zawołał Thor.
- A ja pójdę z tobą - zgłosił się Tyr - bo beze mnie olbrzym Hymir nie przyjąłby cię miło.
Zatem dwóch Asów wyruszyło w drogę wozem Thora zaprzęgniętym w dwa kozły. Grzmot ryczał i błyskawice sypały się spod kół, gdy pędzili po niebie w potężnej chmurze burzowej, aż znaleźli się poza zatoką śniegu z deszczem na krańcach niebios, na ponurej krawędzi Jotunheimu, w pobliżu siedziby Hymira.
W ostatnim domu w Midgardzie zostawili wóz i dalej szli pieszo przez nagie skały, wspinali się po zboczach mrocznych wąwozów, aż stanęli przed ogromnym kamiennym dworzyszczem Hymira, niedaleko lodowatych wód oceanu.
We drzwiach spotkała ich żona Hymira, straszliwa olbrzymka o dziewięciuset głowach. Chciała schwytać obu Asów i Thor zaczął wymachiwać Mjollnirem, gotów nim uderzyć, kiedy ukazała się druga olbrzymka, ładna i miła, o włosach lśniących jak złoto.
- Stój! - zawołała. - To mój syn, Tyr, którego zrodziłam wszechojcu Odinowi w zaraniu czasów.
Posłyszawszy to, stara olbrzymka utyskując zawróciła w mroki zamku, a matka Tyra posadziła dwóch Asów przy ogniu.
- Muszę was ukryć, zanim wróci Hymir - ostrzegała. - Jest dziki i nieuprzejmy dla gości. Nim ochłonie z gniewu, będziecie bezpieczni pod tym kotłem, tutaj. Z pewnością złość jego prędko minie, skoro się dowie, że jednym z gości jest jego wnuk, Tyr.
Wkrótce dobiegło ich z oddali powolne i ciężkie stąpanie, więc Thor i Tyr wśliznęli się pod jeden z kotłów, stojący za kamiennym słupem koło schodów.
Kiedy Hymir wchodził wielkimi krokami do domu, lodowe sople na jego brodzie podzwaniały uderzając o siebie.
- Witaj, ojcze Hymirze! - zawołała matka Tyra. - Proszę, nie gniewaj się, ale mamy gości, którzy przebyli długą drogę, żeby nas odwiedzić i pożyczyć twój wielki kocioł do warzenia piwa. Jednym z nich jest mój syn, Tyr, którego dawno pragnąłeś widzieć, a wraz z nim, w spokoju i przyjaźni, przyszedł jego brat przyrodni, przyjaciel ludzki, który się nazywa Thor.
- Thor zabójca olbrzymów! - ryknął Hymir i zajrzał w ciemny kąt, gdzie kryli się dwaj Asowie.
Rzucił tam tak ostre spojrzenie, że słup kamienny rozpękł się na dwoje, a znajdująca się pod nim belka spadła na ziemię i złamała się. Z półki nad nią stoczyło się osiem ogromnych kotłów, siedem z nich potłukło się w kawałki, a tylko jeden używany do warzenia piwa pozostał cały.
Blask ognia oświetlił obu Asów, Hymir nieprzychylnym wzrokiem spoglądał na Thora, przez którego owdowiało tyle olbrzymek, a który teraz zjawił się w jego zamku. Ale minął już pierwszy poryw jego złości i olbrzym uznał, że mądrze postąpi, przyjaźnie witając Asów.
Wybrał więc trzy woły, zabił je i piekł w ogniu, częstując tymczasem gości słodkim miodem i dobrym, w domu warzonym piwem.
Zdziwił się jednak, gdy Thor zjadł sam dwa woły, a tylko jednego pozostawił dla reszty biesiadników.
- Musimy przygotować na jutro obfitszą ucztę - mruknął. - Inaczej wszyscy z wyjątkiem Thora będziemy głodni.
Nazajutrz wcześnie rano Hymir wstał i poszedł na brzeg morza, ciągnąc za sobą łódź. Miał zamiar złapać na śniadanie parę wielorybów obawiając się, że Asowie mogliby zjeść jeszcze więcej wołów.
Na brzegu morza przyłączył się do niego Thor.
- Pozwól mi wiosłować i płynąć z tobą - prosił. - Chciałbym zobaczyć, czy potrafię łowić potwory morskie.
- Nie sądzę, żebyś mógł mi się przydać w czasie połowu - zauważył pogardliwie Hymir - Twoja drobna postać przemawia przeciw tobie, a z pewnością zziębniesz, jeżeli będziemy na morzu tak długo, jak to mam we zwyczaju.
- Rzeczywiście! - wrzasnął Thor rozwścieczony zniewagą, - A ja myślę, że to raczej ty pierwszy poprosisz, żeby wracać.
- No cóż, płyń, jeżeli musisz - warknął Hymir. - Ale sam znajdź sobie przynętę.
- Nie sprawi mi to trudności - zawołał Thor i przeskoczywszy mur opasujący pastwisko schwytał największego i najdzikszego wołu, wielkie czarne zwierzę, zwane ryczącym pod niebiosa, i jednym ruchem dłoni ukręcił mu łeb.
Olbrzym zmarszczył się na ten widok i mruknął coś do siebie powątpiewająco, gdyż przeraziła go siła Thora, choć nie chciał się do tego przyznać nawet przed sobą.
Wsiedli więc do łodzi, Hymir odepchnął ją od brzegu, a Thor siadł przy rufie, chwycił parę wioseł i wiosłował tak silnie, że olbrzym coraz bardziej się niepokoił.
Dotarli wkrótce do miejsca obfitującego w ryby, gdzie Hymir miał zwyczaj rzucać kotwicę i łowić płaszczki.
- Zatrzymamy się tutaj - powiedział - bo najlepiej łowi się ryby w tej odległości od brzegu.
- Nie - odpowiedział Thor, pracując wiosłami tak energicznie, że wygięły się jak witki. - Tutaj znajdziemy tylko nędzne małe rybki. Na głębokim morzu złowimy potwora.
Hymir czuł się coraz bardziej nieswojo, aż w końcu zawołał:
- Teraz już naprawdę musimy zawrócić, bo jesteśmy nad głębiami oceanu, gdzie przebywa wąż Midgardu.
Kiedy Thor to usłyszał, uśmiechnął się posępnie i wciągnął wiosła do lodzi. Przygotował bardzo mocną linę i potężny hak, przyczepił na nim głowę wołu i opuścił ją na dno morza.
Tymczasem Hymir ciągnął na linach jednocześnie dwa wieloryby, które potem rzucił na łódź przed siebie.
- To już wystarczy! - zawołał. - A teraz wiosłujemy do brzegu, zanim nas tu spotka jakie straszne nieszczęście.
Nie dokończył jeszcze tych słów, gdy wąż Midgardu kłapnął zębami rzucając się na głowę wołu i wbił sobie hak w szczęki. Kiedy zrozumiał, że go schwytano, począł się szarpać z taką siłą, że pięści Thora, trzymającego liny, uderzały o boki łodzi.
- Rycząc z gniewu Thor pochylił się do tyłu, by nie dać się pociągnąć wężowi, i tak bardzo się naprężył, aż stopy jego przebiły deski pokładu. Ale pewnie, choć jednak wolno ciągnął swą potężną zdobycz. Cale morze wznosiło się i opadało z bulgotem, a dokoła liny wytworzył się wielki wir i wodny.
Kiedy łeb Jormunganda wynurzył się na powierzchnię, Hymir począł krzyczeć ze strachu, bo tym, którzy choć raz widzieli węża Midgardu, nic już na świecie nie wyda się przerażające ani wstrętne.
Gdy Thor ciągnął potwora do łodzi i gotował się, aby uderzyć go młotem, cała ziemia drżała, a straszliwe wycie Jormunganda odbijało się echem po zimnych wodach i niosło aż ku lodowatym obszarom północy.
Hymir zbladł, potem zżółkł i kolana mu dygotały. W momencie kiedy Thor zamachnął się Mjollnirem, aby zadać cios, Hymir pochylił się i przeciął linę nożem do ryb, wąż Midgardu opadł aż na dno morza.
Z rykiem wściekłości Thor rzucił młotem za Jormungandem, a potem uderzył Hymira pięścią w głowę, aż olbrzym runął w morze.
Mjollnir powrócił do ręki Thora posiniaczywszy tylko łeb Jormunganda, a Hymir wgramolił się spiesznie na łódź. Siedział posępny, nie mówiąc słowa, a Thor wiosłował ku brzegowi.
Kiedy dopłynęli do lądu, Hymir wydostał się z łodzi i powiedział z goryczą do towarzysza:
- Proszę cię, żebyś przynajmniej podzielił się ze mną pracą. Albo zanieś wieloryby do domu, albo wyciągnij łódkę na brzeg.
- Chętnie - odpowiedział Thor, bo minęła mu już wściekłość. Położył sobie na głowę łódź, w której były wiosła i wieloryby, i wielkimi krokami piął się stromą ścieżką ku domowi olbrzyma.
Zasiedli do śniadania i wieloryby szybko zniknęły - głównie w przepastnym gardle Thora.
Uparty olbrzym nie chciał jednak przyznać, że Thor jest mocniejszy od niego, i postanowił wystawić go na jeszcze jedną próbę.
- Oczywiście, umiesz tęgo wiosłować - rzekł. - Dobrze też łowisz ryby, a łódź dźwigasz bez trudności. Ale to nie wystarcza, żeby cię nazwać mocnym, bo na pewno, przy całej twojej sile, nie zdołasz rozbić tego pucharu. Trzeba być olbrzymem, żeby to zrobić, choć to fraszka.
Thor wziął puchar Hymira i przyjrzał mu się dokładnie. Następnie rzucił nim o kamienny siup tak mocno, że puchar przebił słup i uderzył w ścianę.
Hymir podniósł puchar i oddal go Thorowi, a ten zobaczył, że nie ma na nim nawet najmniejszego spłaszczenia.
Parokrotnie podejmował nowe próby, rzucając pucharem z taką silą, że przebijał słupy i mury. Ale kiedy go podnosił widział, że jest cały i nietknięty.
Kiedy szedł go podnieść po raz ostatni, przesunęła się koło niego piękna olbrzymka, matka Tyra, szepcąc spiesznie:
- Rzuć nim w głowę Hymira! Jest twardsza od każdego pucharu.
Thor posłuchał jej i zamachnąwszy się cisnął pucharem z całej siły w głowę Hymira.
Puchar upadł na podłogę rozbity w kawałki, a na głowie Hymira nie było żadnego śladu. Stary olbrzym zaczął gorzko lamentować nad utratą ulubionego przedmiotu.
- Tyle dobrych rzeczy tracę! - wzdychał. - Nigdy już nie będę popijał miodu z tego pucharu, który leży rozbity u moich stóp... No cóż, Thorze, zgubo olbrzymów, i mój wnuku, Tyrze, pokonaliście mnie. Tutaj stoi mój wielki kocioł do warzenia piwa. Jeżeli nie jest dla was za ciężki, możecie go zabrać ze sobą.
Tyr natychmiast wysunął się naprzód i chwycił naczynie, ale choć natężał wszystkie siły, nie mógł go poruszyć.
Wtedy Thor ujął kocioł za brzegi i tak silnie nim szarpnął, że aż przebił stopami podłogę. Zarzucił go na głowę jak hełm i odszedł z tryumfem, a łańcuchy i haki kociołka pobrzękiwały u jego stóp.
Thor i Tyr szli drogą w kierunku rzeki Elivagar. Wtem posłyszeli jakiś zgiełk za sobą, więc obrócili się i zobaczyli, że goni ich tłum wielogłowych olbrzymów, wymachując pałkami i krzycząc, że złodziejscy Asowie, którzy przyszli do Jotunheirnu, dostaną od nich nauczkę.
Thor postawił na ziemi kocioł, zamachnął się młotem Mjollnirem nad głową i rzucił nim w najbliżej stojącego olbrzyma, który padł z roztrzaskaną na kawałki kamienną czaszką. Skoro tylko Mjollnir powrócił do ręki Thora, ten rzucił nim ponownie i powtarzał tę czynność, aż wielu olbrzymów legło martwych, a reszta zawróciła i uciekła w zasnute mgłą góry Jotunheimu.
Wtedy Thor znowu zarzucił kocioł na głowę i ruszył naprzód pełen dumy, chełpiąc się wszystkim, czego kiedykolwiek dokonał wśród olbrzymów.
Kiedy przybył nad rzekę Elivagar, prom był na drugiej stronie. Siedział w nim stary, jednooki przewoźnik z siwą brodą w szerokoskrzydłym kapeluszu, otulony w ciemnoniebieski płaszcz.
- Hej tam, staruszku za rzeką! - zawołał Thor. - Kim jesteś i dlaczego nie sprowadziłeś na tę stronę promu dla mnie?
- Co to za gbur nad gburami woła mnie przez rzekę? - spytał starzec. - Powiedz mi, jak się nazywasz, albo pożegnaj się z nadzieją znalezienia się na drugim brzegu. Olbrzym Hildolf, właściciel tej łódki, zakazał mi przewożenia przez rzekę kłusowników i złodziei, a pozwolił przewozić tylko ludzi porządnych i zacnych.
- Jestem najsilniejszy z Asów - odparł Thor. - Odin jest moim ojcem. Na imię mam Thor - powinieneś więc drżeć przede mną.
- Ja zaś - rzekł stary człowiek - nazywam się Siwobrody. Musisz być przestępcą, skoro podajesz się za męża Sif! Ale jeśli nawet jesteś naprawdę Thorem, wiedz, że od śmierci Hrungnira nie spotkałeś się z takim gwałtownikiem jak ja!
- Ja zabiłem Hrungnira, olbrzyma o kamiennej czaszce! A kiedy toczyłem tę wielką bitwę, coś ty robił, że tak się przechwalasz?
- Walczyłem przez pięć długich zim na Zielonej Wyspie - odpowiedział Siwobrody - i zdobyłem tam miłość siedmiu sióstr olbrzymek. Czy Thor dokonał kiedykolwiek czegoś podobnego?
- Ja zabiłem Thjazego - brzmiała odpowiedź - i rzuciłem jego oczy na niebiosa, gdzie teraz płoną jako gwiazdy. Cóż na to powiesz?
- Hlebard był najsilniejszym z olbrzymów, a ja podstępem pozbawiłem go rozumu i zabrałem jego czarodziejską różdżkę. A coś ty wtedy robił, Thorze?
- Byłem na wschodzie Jotunheimu i powaliłem niecne oblubienice olbrzymów, kiedy szły w góry. Gdybym ich nie pozabijał, świat by się roił od olbrzymów i w Midgardzie nie byłoby miejsca dla ludzi. A coś ty robił, Siwobrody?
- Byłem w Vallandzie, walczyłem za rodzaj ludzki, pobudzałem bohaterów, aby wojowali z nikczemnikami. Ty zaś, Thorze kryłeś się w rękawiczce Skrymira drżąc ze strachu, żeby cię olbrzym nie posłyszał!
- Siwobrody, jesteś tchórzem i łotrem, wymierzyłbym ci śmiertelny cios, gdyby mój miot mógł przelecieć na drugą stronę rzeki!
- A dlaczego miałbyś mnie zabić? - spytał starzec. - Mówię prawdę. Czy zrobiłeś jeszcze coś, czym możesz się chwalić?
- Pewnego razu byłem w Jotunheimie, broniąc przeprawy przez tę rzekę, kiedy napadli na mnie olbrzym Svarang i jego straszliwi synowie. Rzucali we mnie wierzchołkami gór, a jednak ich pokonałem i na próżno prosili o litość. A co ty wtedy robiłeś, Siwobrody?
- Byłem także w Jotunheimie, zalecałem się do olbrzymki. Jej syn będzie wielce pomocny Asom w dniu Ragnaroku.
- Ja zabijałem dzikie kobiety na wyspie Hlesey...
- Zabijanie kobiet to zabawa tchórza! - szydził Siwobrody.
- To były czarownice, zamieniały się w wilkołaki! - krzyknął Thor. - Potrzaskały mój okręt żelazną maczugą, groziły, że mnie pobiją, a mojego służącego, Thjalfego, ugniatały, jak gdyby był ciastem. Ale przejdź przez rzekę, a uderzenia Mjollnira pokażą ci, czy Thor jest waleczny!
- Nigdy bym nie uwierzył - odpowiedział Siwobrody - że wielkiego Thora może powstrzymać w drodze do domu zwykły przewoźnik promu.
- Nie odzywam się więcej do ciebie! - ryczał Thor. - Z ust twoich padają tylko złe, kłamliwe słowa. Bądź pewien, że zapłacisz mi za nie, jak się jeszcze kiedy spotkamy!
- Zabieraj więc ten prom - odpowiedział Siwobrody i popchnął go na przeciwległy brzeg - i płyń tam, gdzie cię porwą trolle.
Prom szybko mknął po wodzie, chociaż nikt w nim nie siedział, i zatrzymał się w pobliżu miejsca, gdzie czekali Thor i Tyr. A kiedy wsiedli nań i przepłynęli przez rzekę, na brzegu nie było śladu po przewoźniku Siwobrodym.
Udali się więc w dalszą drogę, aż znaleźli się w miejscu, gdzie czekał na nich zaprzężony w kozły wóz, którym szybko odjechali do Asgardu. Tam Thor wręczył kocioł Agirowi, który teraz nie mógł się już dłużej wykręcać i musiał zaprosić Asów na ucztę.
Przybyli do jego domu na święto plonów i przyznali, że nawet w Walhalli wino i miód nie płyną obficiej i że nigdzie w Asgardzie nie ma lepszego jedzenia i nie podają go dziewczyny piękniejsze niż urocze córki Agira, dziewczęta fal.
Ale Thor siedział wciąż chmurny i markotny, ponieważ nikt nie mógł mu doradzić, gdzie ma szukać przewoźnika imieniem Siwobrody.
- Odinie, mój ojcze - zapytał - czy nie siedziałeś na swoim powietrznym tronie, kiedy usiłowałem przepłynąć przez rzekę Elivagar? Czy nie widziałeś przewoźnika? Co robiłeś w tym czasie?
- Toczyłem słowną potyczkę z moim chełpliwym synem Thorem - odpowiedział Odin, przemawiając nagle głosem Siwobrodego. - Jestem gotów zapłacić za nią, jeżeli Thor pojął naukę.
Słysząc te słowa Thor zaśmiał się tak, że grzmot potoczył się po Midgardzie, a letnie błyskawice rozbłysły nad szerokim Sundem i pięknym krajem Danii, nie czyniąc nikomu krzywdy.
I tego wieczoru, na wielkiej uczcie na dworze Agira, nikt nie był od Thora weselszy.

Strona główna

Mitologia

Powstanie świata

Ogólnie o mitologii

Galeria grafik - Smoki

Wyszukiwarka

Bibliografia