Mitologia germańska - Geirrod władca trolli
Thor odpoczywał w Thrudvangar po walce z Hrungnirem i olbrzymi zachowywali spokój. Rozejm między Asgardem i Jotunheimem trwał, choć zdarzały się niekiedy potyczki między poszczególnymi olbrzymami i Asami. Ale Loki, wiecznie pragnący siać zło, przybrawszy swą ulubioną postać sokola poleciał do Midgardu i Jotunheimu na przeszpiegi, aby narobić zamętu, ile się da. Im bardziej sobie pozwalał na złośliwości, tym gorszy się stawał. Zła natura olbrzyma coraz bardziej brała w nim górę, mimo braterstwa z Asami.
Tym razem zmitrężył trochę w Midgardzie i sprowadził wiele ludzi na manowce, aż wreszcie znalazł się nad Vimurem, najszerszą z rzek, oddzielającą Midgard od tej prowincji Jotunheimu, w której miały swoje siedziby trolle kamienia i trolle ognia.
Były to dziwne, niewydarzone stworzenia, spokrewnione zarówno z olbrzymami, jak i z karłami. Budowały swoje domy pod niskimi górami, mogły je unosić na czerwonych słupach, aby wpuścić czasami blask światła.
Zajmowały się kowalstwem, podobnie jak karły, i gromadziły ogromne bogactwa, ale nie posiadały tej znajomości swego rzemiosła, jaka cechowała karły. Wiodły życie dzikusów, nie raził ich brud ani brzydkie zapachy, często bywały sługami olbrzymów i sprzymierzały się z nimi przeciw Asom i mieszkańcom Midgardu.
Na ziemiach leżących za Vimurem panował olbrzym Geirrod, a jego zamkiem był największy spośród domów trolli, ogromna góra z kominem pośrodku, buchającym czarnym dymem, który przesłaniał całą okolicę niczym opary zła.
Loki interesował się trollami i dręczyła go ciekawość, co też one robią w wielkim zamku Geirroda. Przysiadł w wykuszu okna umieszczonego wysoko na zewnętrznej ścianie i spoglądał w dół do sali, gdzie olbrzym i jego dwie córki, Gjalp i Greip, siedzieli przy obiedzie na złotych krzesłach, ustawionych na podłodze grubo pokrytej śmieciem i brudem.
Geirrod spojrzał w górę i zobaczywszy Lokego w oknie zawołał do swoich służących:
- Przynieście mi tego ptaka, który tam siedzi. Zawsze pragnąłem mieć takie sokoły, jakie Asowie i Vanowie, i królowie Midgardu trzymają na przegubie dłoni.
Loki wcale się nie bał i kiedy trolle pięły się nieporadnie po nierównej kamiennej ścianie, postanowił przed odlotem przysporzyć im tyle kłopotu i narazić ich na tyle niebezpieczeństw, ile się tylko da.
Kiedy pierwszy troll się zbliżył do okna, Loki odskoczył na bok i trzymając się szponami ściany uciekał przed nim. Przesuwał się w lewo i w prawo po ścianie zamkowej, za każdym razem wznosząc się trochę wyżej. Trolle wspinały się za nim klnąc i pomrukując ze złości, bo ptak raz po raz wymykał się im z rąk, właśnie gdy któryś już miał go schwycić.
W końcu Loki znalazł się tuż pod pułapem, a ponieważ jeden z trolli był bardzo blisko niego, zdecydował się, że dość już tej zabawy, i rozpostarł skrzydła, żeby odfrunąć.
Ale ku wielkiemu swemu przerażeniu poczuł, że ściana przyciąga jego stopy niby magnes i że nie ucieknie. A potem objęła go ręka trolla i zaniesiono go w tryumfie Geirrodowi.
Olbrzym wziął .ptaka w swoją potężną dłoń i przyglądał się mu uważnie.
- To nie jest ptak! - wykrzyknął w końcu - To jakiś człowiek albo jeden z Asów pod postacią ptaka. Zdradzają go oczy, bo ich nie można zmienić jak resztę ciała. Mów więc, ptaku. Powiedz mi, kim jesteś i dlaczego fruwasz sobie po moim zamku, mów, jeśli nie chcesz, żeby cię spotkało coś złego.
Ale Loki nic nie powiedział i udawał, jak mógł, że jest tylko ptakiem. Geirrod nie dał się jednak oszukać i kiedy zobaczył, że jego jeniec nie chce mówić, zamknął go w wielkiej kamiennej skrzyni.
- Tutaj pozostaniesz bez jedzenia, picia, powietrza i światła, dopóki nie zaczniesz mówić.
I tam Loki pozostał przez trzy miesiące, a potem już nie mógł znieść tego dłużej i zawołał do Geirroda:
- Jestem Loki, jeden z największych spośród Asów. Nie przyszedłem, żeby ci wyrządzić krzywdę. Chyba słyszałeś o mnie: wyjąwszy Odina nie mam sobie równych wśród Asów... poza Thorem, wrogiem olbrzymów. Ale Thora nie kocham, bo sam pochodzę z rodu olbrzymów.
- Ja również bynajmniej nie kocham Thora - warknął Geirrod - ani też nikogo z Asów. Z miejsca ukręcę ci szyję, wrzucę cię z powrotem do skrzyni, którą ukryję na zawsze pod tą górą - chyba że sprowadzisz Thora do tego zamku. Ale musi przyjść bez miota; Mjollnirowi żaden olbrzym nie sprosta, nawet ja!
Loki złożył najuroczystszą przysięgę, że to uczyni albo powróci i odda się w ręce Geirroda. Wtedy olbrzym pozwolił mu odejść, wiedział bowiem, że nawet Loki nie złamie przysięgi Asów, gdyż Asgard zamknąłby się przed nim na zawsze.
Loki odfrunął z zamku Geirroda, leciał z powrotem przez szeroki Vimur i ponad Midgardem, aż wreszcie dotarł do mostu Bifrost. Tutaj ponownie przybrał swoją własną postać i wszedł do Asgardu, udając przed strażnikiem Heimdallem, że wędrował wśród ludzi, służąc im pomocą i radą.
Będąc w Asgardzie rzucił parę słów na temat przyjaznego olbrzyma Geirroda i jego wspaniałego pałacu wybudowanego przez zręczne trolle.
- Przyjmował mnie bardzo gościnnie - mówił Loki, popijając w zamyśleniu miód w Walhalli. - Pokazywał mi cudowne rzeczy, których nigdzie przedtem nie widziałem. Powiedział, że bardzo by chciał gościć wielkiego Thora i dać mu podarki ze swego skarbca, ale nie śmie go prosić, bo lęka się samego nawet widoku młota Mjollnira, który zabił tak wielu olbrzymów.
Loki powtarzał to zawsze w obecności Thora, i w końcu jego kuszące słowa odniosły skutek, bo Gromowładny nie był skłonny do podejrzeń względem nikogo - nawet wobec olbrzymów, i nie zdawał sobie sprawy, jak łatwo już przychodziło Lokemu ze względu na osobiste urazy i ze złości zdradzać Asów i pomagać olbrzymom w walce z nimi.
Pewnego więc dnia Thor wyruszył ze swym pachołkiem Thjalfim, pozostawiając młot Mjollnir zawieszony na ścianie Thrudvangar. Budząc z uśpienia piorun, przelecieli nad Midgardem w wozie zaprzężonym w kozły i przybyli wreszcie nad brzeg Vimuru do wielkiego domu, w którym mieszkała Grid.
Była to sprzyjająca mu olbrzymka, która pomagała Odinowi w pierwszych dniach świata i została matką jego syna, Vidara milczącego, pana lasów.
Grid przyjęła Thora mile, gdyż kochała wszystkich Asów. Kiedy siedzieli przy obiedzie, zapytała go, dokąd się wybiera tak blisko granicy Jotunheimu, i to bez Mjollnira w ręku.
- Idę w odwiedziny do Geirroda, władcy trolli - odpowiedział Thor. - Jest on bowiem przyjacielem Asów i prosił, abym przyszedł jako gość do jego zamku i ucztował z nim. Słyszałem, że ma on bogactwa takie, jakich nawet my w Asgardzie nie widujemy. Przebiegły Loki spędził u niego wiele dni i zdumiał się tym, co widział w jego zamku.
- Obawiam się, że przebiegły Loki oszukał ciebie - powiedziała Grid. - Wiem przecież dobrze, że Geirrod, władca trolli, to zły i podstępny olbrzym, że niedobrze jest mieć z nim do czynienia, że wcale nie sprzyja Asom, a już najmniej temu, w którego ręku Mjollnir tak często zadawał śmierć olbrzymom.
- Rad jestem, że mnie ostrzegłaś - odpowiedział Thor - ale teraz nie mogę zawrócić, bo olbrzymi okrzyczą mnie tchórzem.
- Idź więc do zamku Geirroda - poradziła Grid - ale weź ze sobą mój pas mocy i ten żelazny pręt, który nazywają rózgą Grid, i te żelazne rękawice. Mając to zdołasz się oprzeć Geirrodowi i trollom. Strzeż się jego zdradzieckich podstępów, bo nie wiem, w jaki sposób chce sprowadzić na ciebie nieszczęście.
Nazajutrz Thor pozostawił swój wóz u Gridy, a sam pieszo, w asyście tylko Thjalfego wyruszył w drogę. Szedł brzegiem rzeki Vimur aż do miejsca, gdzie wypływała bystrym potokiem z jarów pomiędzy górami Jotunheimu.
Zapiął na sobie pas mocy i wstąpił w kłębiące się wody wspierając się rózgą Grid, by nie porwał go wartki prąd. Thjalfi szedł za nim, trzymając się pasa mocy, żeby go woda nie zniosła.
Kiedy Thor dobrnął do środka potoku, wydało mu się, że prąd pcha go ze zdwojoną siłą i spostrzegł, że woda podnosi się i sięga mu ramion.
Kiedy woda wznosiła się nadal i przepływała coraz szybciej, Thor spojrzał w górę potoku i zobaczył córkę olbrzyma Geirroda, Gjalp, która stała jedną nogą na jednym, drugą na drugim brzegu nad wielkim wodospadem i ręką popędzała wody.
- Rzeka musi być zahamowana u źródła! - zawołał i nachyliwszy się wyrwał ogromny kamień z dna potoku i rzucił nim tak celnie, że zahamował przypływ wody i zdołał dotrzeć do drugiego brzegu.
Tutaj prąd go zniósł, ale udało mu się chwycić konarów górskiego jesionu rosnącego na brzegu i dzięki temu wdrapał się na bezpieczne miejsce i przyciągnął Thjalfego. Z tego to powodu jesion ów nazywał się odtąd drzewem ratującym Thora.
Znalazłszy się bezpiecznie na drugim brzegu rzeki Vimur, Thor i Thjalfi bez trudu posuwali się dalej, aż ujrzeli ogromną górę - zamek Geirroda - z której komina wypływały chmury czarnego dymu. Kiedy podeszli bliżej, spotkały ich trolle i powitały w imieniu swego władcy.
- Chodźcie z nami do domu dla gości - zapraszały. - Przygotowany jest tam dla was pokój, gdzie poczekacie chwilę, aż Geirrod będzie gotów przyjąć was jak należy w wielkiej sali zamku.
Wprowadzono ich do ogromnego pomieszczenia o kamiennym suficie i tutaj trolle zostawiły ich na chwilę samych.
Thor, zmęczony po przeprawie przez rzekę, chętnie usiadł na jedynym w sali krześle, opadając na poręcz, aby odpocząć. Wtem poczuł, że krzesło unosi się z podłogi i sunie w górę, co grozi mu zgnieceniem o belki powały. Z szybkością błyskawicy władca burzy wsparł się rózgą Grid o strop, pchając z całych sił krzesło ku podłodze. Usłyszał donośny chrzęst, coś pękło i spod krzesła dobiegły go przeraźliwe piski.
Zeskoczył z krzesła i zobaczył pod nim dwie córki Geirroda, Gjalp i Greip, z przetrąconymi kręgosłupami.
Zacisnął mocniej pas mocy, wciągnął żelazne rękawice i z wściekłością wypadł z gościnnych apartamentów.
- Córki Geirroda spotkała słuszna kara! - krzyczał. - Chciały mnie zmiażdżyć o powałę. Muszę się przekonać, czy i sam Geirrod jest taki podły, że knuje zdradę, chcąc zabić gościa w swoim własnym zamku.
Przed domem dla gości czekały trolle, które zaprowadziły Thora i Thjalfego do wielkiej sali. Po obu jej stronach płonęły ogromne ognie i poprzez dym i płomienie Thor dojrzał, stojącego w głębi, przy największym ogniu, olbrzyma Geirroda.
Thor powoli posuwał się ku niemu, a kiedy był już blisko, władca trolli nagle chwycił ogromną parę szczypiec, wyciągnął z ognia rozpaloną do białości sztabę metalu i cisnął nią w Thora.
Ale Thor szedł ostrożnie. Kiedy zobaczył, że leci ku niemu rozpalona do białości sztaba metalu, pochwycił ją rękami w żelaznych rękawicach, zakręcił nad sobą i odrzucił ku Geirrodowi.
Władca trolli dojrzał ją w locie i schował się za żelazny słup, by się przed nią uchronić. Ale sztaba przebiła żelazny słup, stojącego za nim Geirroda, mur zamku i wryła się głęboko w ziemię.
Thor odwrócił się i wypadł z sali, wymachując rózgą Grid i kładąc pokotem
stojące lam trolle. Nie obejrzawszy się nawet za siebie, obaj, Thor i Thjalii, dobiegli do brodu rzecznego, bez trudu przeszli tym razem przez Yimur i wrócili do domu Grid.
Thor oddal Grid jej rózgę i rękawice, ale na jej życzenie zatrzymał pas mocy. Wsiadł do swego wozu i popędził w tryumfie do Asgardu.
Nie zaprzątał już sobie więcej głowy Geirrodem i jego zamkiem i nawet nie raczył zawiadomić Lokego o tym, co się tam zdarzyło. Jednakże w Midgardzie szerzyły się wieści o jego czynach i w końcu król Danii Gorm, postanowił wyruszyć na poszukiwanie zamku Geirroda.
Wyruszył w trzy okręty i zabrał na pokład mądrego podróżnika Thorkila. Rozpostarłszy żagle popłynęli morzem ku wielkiej Vimur, która mieszkańcom Midgardu wydawała się tak szeroka jak sam ocean.
Żeglowali przez wiele dni płynąc powoli przy łagodnym wietrze. Kiedy w końcu dobili do lądu, niewiele pozostało żywności na statkach, a ludzie byli głodni.
Zobaczyli na brzegu ogromne stada pasącego się bydła, tak łagodnego, że pozwalały człowiekowi podejść zupełnie blisko.
- Zabijcie tylko tyle, ile dzisiaj zjecie - ostrzegał ich Thorkil. - Jeżeli zabijecie więcej, sprowadzicie zemstę duchów rządzących tą wyspą.
Ale nie zwracali na niego uwagi. Ubili wiele sztuk bydła chcąc zabrać mięso na przyszły użytek. Nocą zaatakowała ich armia trolli, a ich wódz olbrzym brodził po morzu, wymachując ogromną maczugą, i groził, że potopi ich okręty, jeżeli z każdego z nich nie dadzą jednego człowieka, jako okup za zabicie bydła.
Wydało im się, że lepiej to uczynić, niżby wszyscy mieli zginąć. Ciągnięto zatem losy i oddano trzech mężczyzn trollom, po czym statki ruszyły w drogę.
Przybyli wreszcie do kraju ogromnych zasp śnieżnych i lodowych szczytów, gdzie w ciemnych borach czaiły się potwory. Thorkil powiedział, że w pobliżu znajduje się zamek Geirroda.
- Ale miejcie się na baczności - ostrzegał króla i jego towarzyszy. - Mieszkańcy zamku będą wam chcieli wyrządzić krzywdę. Dlatego też nie odzywajcie się do nikogo, ale pozwólcie mnie mówić, co trzeba, gdyż znam tutejsze obyczaje i grożące niebezpieczeństwa.
O zmierzchu, ku przerażeniu króla Gorma i jego towarzyszy, wielkimi krokami zbliżył się do brzegu olbrzym.
Thorkil uspokoił przerażonych, mówiąc:
- To Godmund, brat Geirroda. Przybywa ofiarowując nam gościnę. Ale miejcie się na baczności: zabierzcie ze sobą tyle jedzenia, ile będzie wam potrzeba, i nie dotykajcie niczego, co wam ofiaruje. Również nie dotykajcie nikogo z tutejszych mieszkańców.
Wyszedł naprzód i skłonił się przed Godmundem, który zaprosił go wraz z towarzyszami do zamku na obiad.
- Ale dlaczego nic odzywa się nikt prócz Thorkila? - zapytał Godmund, kiedy szli do zamku.
Król Gorm tylko potrząsną głową, a Thorkil pośpieszył z odpowiedzią.
- Szlachetny Godmundzie - powiedział. - To ze wstydu moi przyjaciele nie mówią ani słowa. Tylko trochę znają twój język, ja natomiast znam go dobrze. Wstydzą się więc borykać ze słowami, których nie znają, lub mówić w języku tobie obcym.
Weszli na salę i zasiedli przy stole z dwunastu urodziwymi synami Godmunda i gromadką jego pięknych cór.
- Dlaczego żaden z twoich towarzyszy nie je ani nie pije tego, co postawiono przed nimi? - zapytał podejrzliwie Godmund.
- Ach! - odparł z miejsca Thorkil. - To wypływa z ich przezorności. Byliśmy długo na morzu, żywiąc się prostym jadłem żeglarzy. Obawiam się, że gdybyśmy skosztowali wspaniałego mięsiwa twego kraju, pochorowalibyśmy się. Z tego tylko powodu posilamy się tym, co przynieśliśmy ze sobą - bynajmniej nie z niegrzeczności albo pogardy dla tych zaiste wspaniałych potraw, jakie kazałeś postawić przed nami.
To zamknęło usta Godmundowi. Wkrótce ponowił jednak próbę złapania swych gości w pułapkę. Polecił swoim nadobnym córkom, aby ofiarowały swą miłość szlachetnym gościom.
Pomny na słowa Thorkila, król Gorm rzucił znaczące spojrzenie na swych towarzyszy, a Thorkil spiesznie wytłumaczył Godmundowi, że król i wszyscy przybyli z nim ludzie mają już żony i według panujących w Danii obyczajów byłoby niewiernością wobec nich, gdyby choć tylko pocałowali inną kobietę.
Jednakże trzem Duńczykom córki Godmunda wydały się tak piękne, że nie mogli się powstrzymać od ich pocałowania. Natychmiast opanowało ich szaleństwo i nigdy już nie odzyskali zdrowego umysłu.
Ujrzawszy, jak dobrym skutkiem został uwieńczony jego podstęp, Godmund zaprosił gości, aby zwiedzili jego piękny ogród i zerwali, jakie zechcą, owoce.
Ale Thorkil odmówił w imieniu swoim, króla i jego ludzi, tłumacząc, że spieszno im w dalszą podróż i nie mogą pozostać dłużej nawet dla obejrzenia ogrodów, choć jest pewien, że przewyższają one pięknością to, co o nich słyszał.
Wtedy Godmund zrozumiał, że Thorkil nadspodziewanie jasno zdaje sobie sprawę z grożących niebezpieczeństw. Nie próbował już więcej podstępów, ale pośpiesznie przeprawił ich przez rzekę, kierując ku zamkowi Geirroda.
Wkrótce znaleźli się w dziwnym, opuszczonym mieście, gdzie stały domy trolli: kamienne kopce, które można było podnosić na czerwonych słupach, gdy trolle chciały wpuścić światło do swoich pomieszczeń.
Chmura czarnego dymu wisiała nad miastem, a tu i ówdzie powtykane na pale głowy złowieszczo szczerzyły zęby ku przybyszom.
Gdy przechodzili przez miasto, trolle umykały przed nimi jak upiory wystraszone światłem dnia. I tak przybyli do zamku Geirroda.
Kiedy się doń zbliżyli, złe psy wypadły z zamku i chciały rzucić się na nich, ale Thorkil cisnął ku nim rogi nasmarowane tłuszczem, psy zaczęły je lizać, a oni bezpiecznie doszli do wrót.
We wrotach jednak wojownicy króla Gorma zatrzymali się i cofnęli, nadleciały bowiem ku nim upiorne wrzaski i straszliwe zapachy, niemal nie pozwalające oddychać.
Ale Thorkil dodał im odwagi:
- Nic się wam nie stanie, jeżeli będziecie mieć się na baczności i zachowywać się tak, jak wam polecę. Przede wszystkim wyrzućcie z serc waszych wszelkie pożądanie i chciwość i nie dotykajcie niczego, co zobaczycie w zamku. Geirrod pokaże wam bezcenne klejnoty i cudowne zbroje, które zapewne będą leżeć nie strzeżone, i wystarczy się tylko schylić, aby je mieć. Niechaj jednak nikt nawet nie tknie niczego, a nie sprowadzicie na siebie złego losu.
Król Gorm ustawił swoich ludzi czwórkami i weszli śmiało do wielkiej sali, gdzie płomienie ognia przeświecały krwawo przez kłębiący się dym, ściany oblepiał brud, podłoga zmieniła się w śmierdzące bajorko, w którym pełzały węże i okropne robactwo. Na żelaznych ławach pod ścianami tłoczyły się udręczone, na wpół głuche trolle.
Na kamiennym krześle siedział sam Geirrod, stary olbrzym z ogromną dziurą w ciele, a przez nią widać było przedziurawiony siup i rozpadliny w skale. Obok niego usadowiły się jego córki, zgarbione i pokurczone, ponieważ ich kręgosłupy nic odzyskały siły. Pokryte wrzodami i guzami, sprawiały odrażające wrażenie.
Żadne z nich nie odezwało się słowem ani nawet nie uniosło głowy, a król Górni i jego ludzie w największym pośpiechu zawrócili, aby wyjść z tej obmierzłej sali, Thorkil zaś przypomniał im, że Thor odrzucił rozpaloną do białości sztabę żelaza na władcę trolli i ta go przebiła i że połamał grzbiety jego córek, gdyż chciały go zmiażdżyć o powałę.
Kiedy doszli do drzwi, niespodzianie ujrzeli przed sobą skarby: beczki pełne klejnotów, złote pasy, kły nieznanych jakichś zwierząt na złotym łańcuchu, ogromne rogi jelenie wysadzane jarzącymi się drogimi kamieniami, wielką złotą bransoletę przedziwnie ozdobioną klejnotami.
Wówczas, nie bacząc na ostrzeżenie, ktoś chwycił bransoletę i założył ją na rękę; ktoś drugi drżącymi palcami ujął róg; inny nie mógł się powstrzymać od wzięcia kła i przerzucenia go przez ramię.
Ale skoro tylko bransoleta znalazła się na ręku owego mężczyzny, zamieniła się w żmiję, ugryzła go, trując swym jadem, róg się wydłużył i stal wężem, który owinął się dwakroć wokół złodzieja, i ten padł martwy na ziemię, kieł zamienił się w miecz i przebił człowieka, który go trzymał.
Reszta wojowników zawróciła w przerażeniu, aby uciec z zamku, ale zanim minęli bramy, napotkali otwarte drzwi, zajrzeli i zobaczyli, że jest to skarbiec Geirroda. Leżały tam wspaniałe płaszcze i pasy, złote hełmy i cudowny oręż, za wielki jak na użytek zwykłych ludzi.
Na ten widok nawet Thorkil wyzbył się swej mądrości, wyciągnął rękę i podniósł z ziemi bogaty ciepły płaszcz, król Gorm i jego ludzie także zabrali się do podnoszenia różnych rzeczy i zebrali bogaty łup. Wtem pokój zaczął się chwiać i rozległ się krzyk: - Złodzieje! Złodzieje!
Trolle, które przedtem wydawały się na wpół martwe i całkiem niegroźne, jakby skamieniałe, niespodzianie rzuciły się na nich ze wszystkich stron. Rozgorzała zacięta bitwa i z pewnością król Gorm i wszyscy jego wojownicy by polegli, gdyby mężny wojownik Bukki celnie i szybko szyjąc strzałami z łuku nie powstrzymał trolli, póki król nie wydostał się z miasta. I tak tylko dwudziestu ludzi ocaliło. Razem z królem Gormem i Thorkilem, Bukkim i jego bratem popędzili nad brzeg rzeki, gdzie już czekał na nich Godmund ze swym statkiem.
Przewiózł ich bezpiecznie przez rzekę i zaprowadził do swojego domu.
Rano, kiedy mieli już iść nad brzeg morza, gdzie czekały na nich statki, okazało się, że stracili dzielnego łucznika, Bukkego. Zakochał się on bowiem w jednej z córek Godmunda, która opatrywała mu rany po bitwie. Poprosił ją o rękę, ona się zgodziła, ale zaledwie przypieczętowali swe zaręczyny pocałunkiem, coś złego stało się z jego mózgiem, był jak skołowany, a nim nadszedł ranek, stracił pamięć i wpadł w szaleństwo.
Ze smutkiem król Gorm i Thorkil opuścili zamek Godmunda, dotarli do swych okrętów i odpłynęli. Ale nawet i wówczas płynąc w dół rzeki Vimur, a potem przez morze, musieli znosić utrapienia i burze, tak że doprawdy bardzo niewielu z nich zdołało powrócić do Danii.
Po tym wszystkim nawet Thorkil, wielki podróżnik, nie odważył się już więcej odwiedzić tego straszliwego kraju, gdzie Geirrod, władca trolli, przebywał w swoim wstręt budzącym zamku, okaleczony i pozbawiony mocy po straszliwym ciosie, jaki mu zadał Thor.