Mitologia germańska - Śmierć Baldra
W szczęśliwych czasach, kiedy olbrzymi nie toczyli otwarcie wojny przeciw Asom, a w Midgardzie żyli przede wszystkim odważni i szlachetni wojownicy, Asgard był siedzibą życzliwości i wesela. A ze wszystkich pałaców w tym kraju szczęścia żaden nie błyszczał promiennie i w żadnym nie brzmiały głośniejsze śmiechy i słodsze pieśni niż w Breidabliku na jasnym polu Idy, gdzie mieszkał piękny Baldr, najszlachetniejszy i najłagodniejszy ze wszystkich Asów, ukochany syn Odina i Frigg.
Hod, bliźniaczy brat Baldra, nie przypominał go wcale, urodził się bowiem ślepy. Spokojny i smutny przesiadywał samotnie w swej wieczystej ciemności, pogrążony w myślach. Był jednak delikatny i dobry i obaj z Baldrem serdecznie się kochali.
Często przechadzali się razem pod pięknymi drzewami na polu Idy, jeden złotowłosy, o błyszczących oczach i rozjaśnionej szczęściem twarzy, a za nim niczym mroczny cień ten drugi o włosach ciemnych, twarzy pociągłej i bladej.
Pałac Baldra pokryty dachem ze srebra, wspartym na słupach z szarego złota, był tak czysty i święty, że nic pospolitego ani brudnego nie miało doń dostępu. Baldr mieszkał tutaj ze swoją do kwiatu podobną żoną, słodka i delikatną Nanną; a we wszystkich dziewięciu światach nie było piękniejszej miłości niż uczucie Nanny i Baldra.
Czas przemijał nawet w pełnej szczęścia Idzie, gdzie Bragi śpiewał słodkie pieśni, Idun biegała wśród Asów niosąc błyszczące jabłka, a Baldr rozsiewał światło i szczęście, gdziekolwiek się znalazł.
W Midgardzie także błogosławiono jasnego Baldra, nauczył on bowiem ludzi używania ziół do gojenia ran i leczenia chorób. Kwiat rumianku nazywano Twarzą Baldra z powodu jego jasności i mocy leczniczej. Baldr rozumiał tajemnicze pisma runiczne, wyryte na złotych słupach jego pałacu, i umiał przepowiadać przyszłość ludziom w Midgardzie.
Ale nie mógł znać swojej przyszłości ani przyszłości nikogo z Asów. Pierwszy cień nadchodzących smutków wkradł się na złote pola Idy, kiedy Baldr przestał się uśmiechać, chodził poważny i zamyślony, jak gdyby jego mroczny brat Hod stanął pomiędzy nim a słońcem.
Wówczas Odin i Frigg zwołali Asów na naradę i prosili Baldra, żeby im
wyjawił przyczynę swej melancholii i powiedział, dlaczego światło i radość znikły z jego twarzy.
Baldr odpowiedział:
- Naszedł mnie dziwny jakiś smutek. Dotychczas zawsze sypiałem długo i słodko i moje sny pełne były radości i szczęścia. Ale ostatnio to się zmieniło, sny mam mroczne i straszne. Coś niedobrego mnie czeka, czyha śmierć, której nie sposób przewidzieć. Widzę niebezpieczeństwo i rękę zabójcy i uciekam przed nią daremnie długimi korytarzami snu, ale kiedy się zbudzę, nie mogę sobie przypomnieć, co mi zagrażało, i twarz zabójcy skryta jest przed moim wzrokiem. Ale pozostaje przerażenie i świadomość wiszącej nade mną zagłady, nieuchronnego losu, który zbliża się dzień po dniu, spowity zasłoną i straszny. Zagraża mi w ciemności, a skrywa się przed rozbudzonym umysłem.
Asów zmartwiły bardzo te słowa. Posmutniał mądry Odin, który pił ze źródła Mimira i rozmawiał z samymi Nornami. Wiedział, że Baldr musi pewnego dnia umrzeć i że jego śmierć to zapowiedź zbliżającego się dnia Ragnaroku, ale przypuszczał, że wyznaczony najdroższemu synowi kres jest wciąż bardzo daleki.
Toteż gdy Asowie naradzali się jeszcze w Gladsheimie, pałacu narad w Asgardzie, Odin wstał, osiodłał Sleipnira, swego ośmionogiego rumaka, i odjechał w daleką drogę do Niflheimu.
Przez dziewięć długich dni i nocy mknął na rączym Sleipnirze przez ciemne ścieżki i pełne ech pieczary, aż przybył wreszcie nad czarną rzekę Gjoll, granicę królestwa Hel, dokąd schodzą duchy tych zmarłych, którzy nie zginęli w bitwie.
Nad tą ciemną rzeką wznosił się most Gjoll o kryształowych sklepieniach i wyłożony chodnikami z lśniącego złota.
Widząc jego ośmionogiego rumaka, Modgud, dziewica szkielet, stojąca tu na straży, pozwoliła mu przejechać, ale zapytała:
- Któż to z żyjących jedzie drogą śmierci na rumaku Odina?
A Odin odparł głosem starca:
- Nazywam się Vegtam wędrowiec i przybywam tutaj z rozkazu Asów, mieszkających w Asgardzie.
- Możesz jechać, Vegtamie wędrowcze - zezwoliła Modgud i Odin jechał przez żelazny bór, gdzie drzewa są cale czarne, bo mają liście z ostrego żelaza, aż dotarł do bram Helheimu, gdzie Garm o krwawej piersi, wielki pies piekieł, ujada zaciekle, aby powstrzymać te duchy, które chcą uciec stamtąd i wrócić na świat żywych.
Ale Odin nie próbował dostać się do królestwa Hel. Skierował się w stronę długiego szarego kopca, w którym leżała pogrzebana mądra Volva. Stanąwszy przy nim, począł wypowiadać potężne zaklęcia, które przywołują zmarłych. Powoli rozwarła się ziemia i z jej czeluści wysunęła się postać prorokini, w śmiertelnych szatach, z zielonkawą upiorną twarzą.
Zmarła Volva przemówiła zimnym, monotonnym głosem; nie drgnęły nawet jej szczęki, nie wygięły się cienkie wargi.
- Jakiż to nieznany śmiertelnik dręczy mnie przywołując z powrotem na świat? - zapytała. - Spoczywałam pogrzebana pod śniegiem. Spłukiwał mnie deszcz, przenikała rosa. Od dawna już leżę umarła.
Wtedy Odin odparł:
- Nazywam się Vegtam, mądry wędrowiec. Wyjaw mi nowiny Helheimu, a ja ci opowiem o Midgardzie, jeżeli zechcesz słuchać. Powiedz mi, dla kogo to Hel wyścieliła ławy i ozdobiła swój dwór malowanymi tarczami?
- To na Baldra czeka miód na dworze Hel - rzekła zmarła Volva - i dla niego ściany ozdobiono tarczami. A jednak Asowie wciąż radują się: w Asgardzie i na równinie Idy. Powiedziałam to wszystko wbrew mojej woli. Nie powiem już nic więcej.
- Przemów znowu, mądra Volvo - rozkazał Odin - bo muszę wiedzieć wszystko. Powiedz mi, kto zada śmierć Baldrowi? Kto odbierze życie najukochańszemu synowi Odina?
- W rękach Hoda gałąź losu - odparła Volva. - On sprowadzi śmierć na Baldra, odbierze życie najukochańszemu synowi Odina. Mówiłam wbrew mojej woli. Nie powiem już więcej.
- Przemów znowu mądra Volvo - rozkazał Odin - bo muszę wiedzieć coś jeszcze. Powiedz mi, kto wywrze pomstę na Hodzie, jak każą Norny? Kto złoży zabójcę na pogrzebowym stosie?
- Na zamku zachodu zrodzi się syn Odinowi - odparła VoIva - Vali będzie jego imię. On wywrze pomstę na zabójcy Baldra. Nie umyje rąk, nie poczesze włosów, dopóki nie złoży Hoda na pogrzebowym stosie. Nim jedną noc przeżyje, pomści najukochańszego syna Odina.. Mówiłam wbrew mojej woli. Już naprawdę nie powiem nic więcej.
- Przemów raz jeszcze, mądra Volvo - zawołał z rozpaczą Odin. - Kto nie uroni ani jednej łzy, kiedy wszyscy będą opłakiwać Baldra?
- Teraz już wiem, że nie jesteś Vegtamem mądrym wędrowcem - szepnęła Volva. - Jesteś Odinem, bo nikt inny nie zadałby tego pytania. Jedź teraz do domu i próbuj ocalić Baldra od wyroków losu. Mnie nie ujrzy już żaden człowiek, dopóki Loki nie zerwie łańcuchów i pogromcy Asów nie przyjdą w dniu Ragnaroku.
Volva osunęła się wolno w mogiłę i ziemia się nad nią zawarła.
Odin skoczył na Sleipnira i smutny odjechał do Asgardu. Rozmyślał, jak odwlec godzinę losu, jak odmienić wysnute przez Norny przędziwo i przedłużyć życie Baldra... Rozmyślał, czy to możliwe, aby Hod zabił brata, którego kocha bardziej niż kogokolwiek innego żyjącego na dziewięciu światach... Rozmyślał, jak mógłby wysłać Hoda z Asgardu albo trzymać Baldra z daleka od niebezpiecznego towarzysza.
A kiedy przyjechał do swojej niebiańskiej siedziby, ujrzał swą żonę, Frigg, siedzącą w Fensalir, jej pałacu w chmurach, z oczyma jaśniejącymi szczęściem.
- Baldr jest bezpieczny! - zawołała. - Związałam przysięgą wszystko, co rośnie na ziemi. A także wszystko, co w niej i na niej się znajduje: kamienie, metale i nawet samą glebę. I wszystko, co żyje na ziemi, od Asów, olbrzymów i trolli począwszy aż do zwierząt i węży. A także ptaki latające w powietrzu i wszystkie istoty w morzu, a nawet same fale. Tak, nawet trucizny i choroby, mogące zabić człowieka, przysięgły nie skrzywdzić Baldra. Nasz ukochany syn jest więc bezpieczny.
Uspokoiło to Odina. Wiedział wprawdzie, że wyroki losu muszą się spełnić, nie można bowiem odmienić przeznaczenia, ale sądził, że wiele czasu upłynie, nim Norny znajdą sposób odebrania życia Baldrowi.
Tymczasem Asowie odkryli, że żaden oręż nie może zranić Baldra, powstała więc nowa zabawa w słodkich gajach Idy. Na przykład wyskakiwał naprzód Tyr i wyciągnąwszy swą silną rękę machał mieczem, jak gdyby chciał przeciąć Baldra na dwoje. Ale ostry miecz wyginał się i cofał, a Baldr pozostawał nietknięty. Albo Thor z krzykiem rzucał Mjollnirem, lecz młot, który zabił tylu olbrzymów i roztrzaskał kamienną głowę Hrungnira, wracał do ręki właściciela nie uderzywszy Baldra. Albo Ull, niezrównany strzelec, wypuszczał strzałę za strzałą, a one odbijały się jak gdyby o jakąś niewidzialną zbroję i zlatywały na ziemią nie raniąc go. Wśród otaczających Baldra Asów był Loki. Kiedy się przekonał, że ani trzymany jego ręką zatruty nóż, ani powleczony jadem ząb wilka nie wyrządza Baldrowi najmniejszej krzywdy, wówczas o mało się nic udławił kipiącą w jego sercu złością. Zawsze nienawidził Baldra, ponieważ ten był piękny, dobry, bez skazy - ale teraz nie myślał już o niczym, tylko o tym, jak go zabić. Wszystko na świecie kochało Baldra - wszystko, tylko nie Loki. Nawet najzłośliwszy troll, najokrutniejszy olbrzym nie chciał go skrzywdzić. Nawet kamień na drodze, nawet wąż w trawie.
Zaślepiony przez nienawiść i wściekłość, nie kochany Loki oddalił się od gromadki szczęśliwych Asów bawiących się na jasnych łąkach Idy i zaczął knuć zdradę, obmyślać podstępy tak zawzięcie jak nigdy przedtem.
Pewnego dnia, kiedy królowa Frigg siedziała w pałacu Fensalir i przędła, myśląc z sercem pełnym radości i wdzięczności, że Baldrowi nic nie grozi, przykuśtykała do niej wsparta na kiju stara kobieta i oddała jej pokłon.
- Z jasnych łąk Idy dobiegają mnie głosy radości i śmiechy - zagadnęła ją królowa. - Czy możesz mi powiedzieć, co robią Asowie, że tak się radują?
- Coś bardzo dziwnego - wymamrotała stara. - Zabawiają się jakimiś czarami. Stoi tam roześmiany Baldr, a inni Asowie rzucają w niego kamienie, wypuszczają strzały, a także zadają mu ciosy mieczem i inną bronią. Ale jemu nic nie szkodzi. Dokoła na ziemi leżą miecze, młoty, dzidy i strzały, których użyto przeciw niemu na próżno.
- Ach! - wykrzyknęła Frigg z twarzą rozjaśnioną radością. - To dlatego, że żadna broń nie może wyrządzić Baldrowi krzywdy. Wszystko, co żyje albo rośnie na ziemi, wszystko, co się na niej porusza, co wychodzi z ziemi albo do niej schodzi, albo pływa na pokrywających ją wodach - wszystko przysięgło nie czynić mu krzywdy.
- Czy rzeczywiście wszystkie drzewa i krzewy, rośliny, kwiaty i trawy przysięgły nie skrzywdzić Baldra? - dopytywała stara przybyszka.
- Wszystko, co wyrasta z ziemi - potwierdziła Frigg.
- Na zachód od Walhalli - powiedziała stara - stoi dąb, z którego wyrasta mała roślinka, zwana jemiołą. Ona nie wyrasta z ziemi. Czy również przysięgała, że nie skrzywdzi Baldra?
- Doprawdy, nie wydaje mi się, żeby trzeba było brać przysięgę od jemioły - oburzyła się Frigg. - Jest taka słaba, miękka i młoda, z pewnością nie mogłaby skrzywdzić nikogo.
- To prawda - przytaknęła stara. - Maleńka roślinka, co nie ma własnych korzeni, ale musi brać pokarm z dębu, nie potrzebuje składać przysięgi, bo nie mogłaby nikogo skrzywdzić.
Po czym skłoniwszy się nisko, stara kobieta pokuśtykała z powrotem, a królowa pochyliła się znowu nad swymi krosnami tkając chmury. Ale zdawać się mogło, że padł na nią cień, jak gdyby słońce zasunęło się za jedną z utkanych przez nią chmur.
Wyszedłszy z Fensalir, Loki, już pod swą własną postacią, pośpieszył ku samotnemu dębowi rosnącemu na zachód od Walhalli i ściął z niego gałązkę jemioły. Ten oliwkowozielony pęd był słaby, wiotki i zdawało się, że nikomu nie można by wyrządzić nim krzywdy, ale Loki przyciął go na kształt grotu i szepcąc złowieszcze zaklęcia runiczne chuchnął nań, a pęd stał się twardy i ostry jak strzała.
Ukrywszy pod płaszczem strzałę z jemioły, Loki wrócił ukradkiem na łąki Idy, gdzie Asowie wciąż jeszcze otaczali Baldra rzucając w niego nie szkodzącym mu orężem. A także, za specjalnym zezwoleniem Asów, przybyła tu niewielka grupka trolli: te rzucały w niego swymi kamiennymi młotkami i aż piszczały z uciechy, kiedy nie uczyniwszy szkody młotki spadały na ziemię. Gdzieniegdzie można było także dostrzec karła albo czarnego elfa z chytrze wykutym orężem, na skutek zaklęć magicznych twardym, ostrym i niezawodnym. Ale nawet magia traciła silę wobec Baldra, ulubieńca świata.
Tylko ślepy Hod nie brał udziału w tej dziwnej rozrywce. Wsparty o pobliskie drzewo przysłuchiwał się smutnie radosnym okrzykom i śmiechom.
- Dlaczego nie strzelasz do Baldra? - zapytał kusiciel Loki przysunąwszy się cicho do niego.
- Nie widzę, gdzie stoi Baldr - odparł z westchnieniem Hod. - A poza tym juko ślepiec nie mam żadnej broni.
- Ach, cóż to za wstyd, że ty jeden ze wszystkich Asów nie możesz uczcić twego brata rzucając w niego orężem, który opadnie nie czyniąc mu krzywdy - oburzył się Loki. - Ale jeżeli chcesz, mogę wsunąć ci w palce tę różdżkę i pokierować twą ręką, abyś mógł rzucić nią w Baldra.
Wtedy Hod zgodził się, żeby Loki włożył strzałę z jemioły w jego rękę i tak ułożył mu ramię, aby mógł trafić. Zamachnął się i rzucił z całej siły strzałą, a ta przebiła ciało Baldra i jasny bóg runął martwy na ziemię. Było to największe nieszczęście, jakie kiedykolwiek zdarzyło się wśród bogów i ludzi.
Kiedy Asowie ujrzeli, że Baldr pada martwy, zapanowała wśród nich cisza. Ręce im opadły, nie mogli nawet go podtrzymać. Patrzyli na siebie z przerażeniem w oczach, a kiedy chcieli coś powiedzieć, płacz odebrał im mowę.
Tylko Hod nie mógł płakać. Stał taki, gdzie pozostawił go Loki, skamieniały z przerażenia i bólu.
Wkrótce wszyscy Asowie dowiedzieli się, kto rzucił śmiercionośną strzałę, a chociaż Hod nie chciał skrzywdzić Baldra, wiedzieli - zarówno oni, jak mimowolny zabójca - że musi teraz umrzeć, bo takie było prawo Północy, którego nie wolno było łamać nikomu, a przede wszystkim Asom. Ale nikt nie uderzył Hoda, bo Asów wiązała przysięga, że nie podniosą ręki na siebie nawzajem, a co więcej, przestępstwem byłoby przelanie krwi na równinie Idy i przed pałacem Breidablik.
Kiedy minęło pierwsze milczenie przerażenia, kiedy uspokoił się pierwszy wybuch płaczu, Frigg przemówiła do Asów:
- Kto spomiędzy was chce zyskać moje względy i wiecznotrwałą miłość? Kto pojedzie tą drogą do Helheimu, poszuka Baldra i zapyta Hel, czy przyjmie okup, aby syn mój mógł wrócić do Asgardu?
Przez chwilę panowała cisza, bo jazda tam była uciążliwa, a droga straszna.
Po chwili wystąpił Hermod, najszybszy z Asów, ich śmigły posłaniec i wybrany towarzysz Odina.
- Ja pojadę do Niflheimu - zawołał. - Pojadę na dwór Heli. Tak, nie ulęknę się tych strasznych wrót, skoro mogę przez to sprowadzić z powrotem mego brata Baldra na światło dnia.
- Ruszaj zatem - rozkazał Odin. - Weź Sleipnira, mego ośmionogiego rumaka, aby niósł cię szybko. Tylko ja jeden zdaję sobie w pełni sprawę, jak wielkim ciosem i stratą jest śmierć Baldra dla nas, tu w Asgardzie.
Hermod wciągnął lśniącą zbroję, wsunął hełm na głowę, skoczył na Sleipnira i pomknął lotem błyskawicy.
Asowie zaś zanieśli zmarłego Baldra nad brzeg morza. Wyciągnięto jego statek, Hringhorni, największy ze wszystkich statków, spuścili go na wodę, przycumowali do brzegu. Wznieśli na nim potężny stos pogrzebowy, położyli na stosie bezcenne klejnoty i wspaniale hafty.
Okręt jednakże był tak obciążony, że nie mogli zepchnąć go na morze. Wezwali więc na pomoc olbrzymkę Hyrrokkin, która przyjechała siedząc okrakiem na olbrzymim wilku i mając za uzdę węża. Gdy zeskoczyła ze swego rumaka, Odin kazał go przytrzymać czterem najdzielniejszym rycerzom z Walhalli, ale wilk im się wyrywał, aż go wreszcie przewrócili na ziemię.
Hyrrokkin zepchnęła statek jednym dmuchnięciem, tak potężnym, że aż ziemia od niego zadrżała i zapłonęły belki, na których stał.
Thor uznał to za obrazę zmarłego i chwycił za młot Mjollnir, chcąc powalić olbrzymkę, ale Odin spiesznie powstrzymał rękę swego porywczego syna.
Następnie wyniesiono ciało Baldra i złożono je na pokładzie. Kiedy słodka Nanna, jego żona, płacząc pochyliła się, aby ucałować męża po raz ostatni, serce jej pękło i padła martwa. Asowie ułożyli ją u boku Baldra i podpalili stos.
Thor, który rozniecał ogień, odsuwał się właśnie, kiedy przebiegał przed nim maleńki karzeł, Lit. Thor półprzytomny z żalu kopnął go i zabił, a zwłoki karła padły w ogień i spłonęły wraz z ciałami Baldra i Nanny.
Płonący statek miał już odpłynąć w ciemność. Asowie patrząc nań przez łzy przesłaniające im oczy stali na brzegu. Nie tylko oni byli żałobnikami. Frey w swym wozie nadjechał brzegiem z Vanaheimu i Freyja przybyła w pojeździe zaprzężonym w koty. Za Odinem i Frigg stały walkirie. Było także wielu olbrzymów szronu i innych olbrzymów z Jotunheimu, przyszły trolle i elfy z Alfaheimu i wielu karłów z podziemnych pieczar.
Gdy statek począł się oddalać od brzegu, Odin włożył na palec Baldra pierścień Draupnir i nachylając się nad zmarłym synem szepnął mu w ucho Słowo Nadziei, słowo, które znać pragnie każdy, kto żyje na jednym z, dziewięciu światów.
Gdy fale ciemnego oceanu unosiły statek coraz dalej, z piersi zebranych wydarł się głuchy jęk żalu i biegł przez cały świat. Siatek oddalał się coraz bardziej, a kiedy dotarł do linii horyzontu, zdawało się, że morze i niebo goreją.
Po chwili wszystko zagasło i żałobny całun mroku przesłonił świat.
A tymczasem Hermod pędził swoim szlakiem precz dziewięć nocy i dziewięć dni, pędził ciemnymi wąwozami, aż przybył nad ognistą rzekę Gjoll i wpadł na złoty most Gjoll.
- Któryż to z żyjących przejeżdża przez most, co czynić wolno tylko umarłym? - zapytała strażniczka Modgud, dziewica śmierci. - Wczoraj przejeżdżało tędy pięć drużyn zmarłych mężów, ale most nie dźwięczał bardziej niż pod tobą jednym, a ty, chociaż żyw, warzą przypominasz zmarłych. Dlaczego wjeżdżasz tutaj, na drogę Hel?
- Przysłano mnie z Asgardu - odpowiedział Hermod - mam jechać do Helheimu, aby poszukać pięknego Baldra. A może widziałaś, jak szedł ta drogą do zamku Hel?
- Przechodził tym mostem piękny Baldr ze swoją żoną Nanną - odpowiedziała Modgud - a za nim biegł mały karzeł. Są w zamku Hel. Do drogi Jiel iść trzeba w dół i na północ.
Strażniczka odsunęła się, przepuszczając Hermoda. Sleipnir ponuro kroczył ciemną drogą, minął żelazny las i doszedł do wrót Hel, gdzie wielki pies Garm, krwawa pierś, zastąpił im drogę.
Hermod zeskoczył z rumaka i podciągnął popręg. Skoczył ponownie na siodło, u bódł konia ostrogami, a ten dał lak potężnego susa, że przesadził wrota i znalazł się w Helheimie.
Hermod podjechał do zamczyska Hel, u wrót zeskoczył z konia i wszedł do środka. Ujrzał siedzącego na honorowym miejscu swojego brata Baldra. Nanna trzymała jego puchar, a karzeł Lit im usługiwał.
Hermod odpoczął przez noc, zjadłszy wieczerzę z Baldrem w chłodnym przybytku zmarłych. Rankiem udał się do wielkiej sali, w której Hel sprawowała sąd nad tymi, co przyszli do jej królestwa.
Hermod zadrżał spojrzawszy na jej upiorną twarz: jedna połowa była żywa, a druga martwa. Do uszu jego dobiegały syczenia z wielkiego kotła Hvergelmira i trzaskanie mieczy w lodowych wodach rzeki Sid. Słyszał, jak Hel osadzała zmarłych. Widział, jak złych wypędzano do Nastrandir, na wybrzeże trupów, gdzie brodzili w lodowatych, zatrutych strumieniach, a potem wrzucano ich do kotła, Hvergelmiru, bo służyć mieli za pokarm straszliwemu Nidhoggowi, który przerywał nadgryzanie korzeni jesionu Yggdrasil, aby sycić się ich kośćmi.
Widział smutek i mrok, nawet w domach sprawiedliwych, którzy zmarli we własnym postaniu, i pomyślał, że o wiele lepiej paść w bitwie i iść do Walhalli, gdzie przebywają bohaterowie.
W końcu on sam zgiął kolano przed Hel i powiedział jej, z czym przyszedł. Opisał, jak wielki smutek panuje wśród Asów i wszystkich żyjących z powodu śmierci Baldra, i prosił, aby brat mógł wraz z nim odjechać do Asgardu.
- Baldr powróci do was - wydala wyrok Hel swoim zimnym spokojnym głosem - jeżeli opłakiwać go będą wszystkie istoty żyjące i wszystkie rzeczy martwe. Jeżeli jednak będzie choć jeden wyjątek, zostanie ze mną.
Hermod wyruszył w podróż powrotną z radością w sercu, niosąc Odinowi pierścień Draupnir jako podarek od Baldra. Był pewien, że nikt i nic na świecie nic pożałuje łez, aby wykupić Baldra z krainy śmierci.
Przybył w końcu do Asgardu i opowiedział o wszystkim, co widział i słyszał. Asowie rozesłali gońców po dziewięciu światach, prosząc, żeby łzami wydobyto Baldra z Helheimu i Niflheimu i wprowadzono z powrotem do Asgardu, na świat jasności. Razem z Asami opłakiwali Baldra wszyscy ludzie, i wszystkie żywe istoty. Płakała sama ziemia, płakały kamienie, drzewa i metale, tak jak i dotąd płaczą, gdy się je przeniesie z mrozu w gorąco.
Wydawało się, że wszystko opłakuje Baldra, bo nawet olbrzymi lali łzy zapominając o odwiecznej zwadzie z Asami.
Jednakże Baldr wciąż pozostawał w Helheimie, więc Hermod jeździł po całym świecie, daleko i blisko, prosząc wszystkich i wszystko o łzy i jeszcze raz o łzy.
Zaszedł daleko w głąb zimnego Jotunheimu i pewnego dnia zobaczył u wejścia do jaskini olbrzymkę, która nie płakała.
- Kim jesteś, że nie opłakujesz pięknego Baldra? - zapytał.
- Jestem Thokk - odparła olbrzymka. - A kim jest Baldr, żebym go opłakiwała?
Wtedy Hermod opowiedział jej o pięknym Baldrze i o przyrzeczeniu Hel, że uwolni go, jeżeli cały świat opłakiwać będzie jego stratę.
Ale olbrzymka Thokk zaśmiała się grubiańsko.
- Thokk będzie lać suche łzy po Baldrze?! - zawołała. - Nie dbam o to, czy Baldr, syn Odina, pozostanie martwy. Niech Hel zatrzyma tego, kogo ma już u siebie.
Hermod kilkakrotnie prosił Thokk, żeby opłakiwała Baldra, ale nadaremnie. Wreszcie odwrócił się ze smutkiem od wciąż śmiejącej się olbrzymki i odjechał z powrotem do Asgardu.
Kiedy opowiedział o tym Asom, Odin przez chwilę trwał w smutnym milczeniu.
- Tak więc Baldr musi pozostać w zamku Hel - stwierdził w końcu. - Musi pozostać wśród zmarłych do dnia Ragnaroku, który jak sądzę, już się przybliża... Jeżeli chodzi o olbrzymkę Thokk, wydaje mi się, że to nie był nikt inny, jak Loki. Wprowadził on wiele zła pomiędzy Asów... był naszym bratem, a teraz jest najzaciętszym wrogiem.