Artykuł został opublikowany także na witrynie eioba.
Wersja z 2007-04-01

Spis treści Część następna

Grzegorz Jagodziński

Renfrewowi nie wierzę

(Colin Renfrew „Archeologia i język”)

1 – 2

Przede wszystkim zacznę od stwierdzenia, że moim zdaniem Renfrew popełnił kilka istotnych potknięć metodologicznych, które stawiają pod znakiem zapytania naukowy charakter jego dzieła. Całość sprawiła na mnie wrażenie pracy popularyzatorskiej, mającej na celu:
1) podważanie rzetelnych badań naukowych,
2) lansowanie własnej hipotezy bez wsparcia jej jakimikolwiek argumentami,
[3) zyskanie popularności i pieniędzy].

W „Podziękowaniach” Renfrew pisze (str. 15): „nie muszę dodawać, że nie wszyscy zgadzają się z wyrażonymi w książce poglądami”. Warto ten cytat podkreślić szczególnie wobec spotykanych tu i ówdzie wypowiedzi w rodzaju „wierzę Renfrewowi, bo to przecież profesor tego czy tamtego uniwersytetu”. I co z tego, skoro zdecydowana większość jego kolegów, równie zasłużonych profesorów uniwersytetów, zdecydowanie odrzuca jego mrzonki o odwiecznie niemal zamieszkujących Europę Indoeuropejczykach? Myślenie w rodzaju „Renfrew ma rację, bo wydał książkę, która zdobyła popularność” jest natomiast typowym myśleniem wyznawców kultu pieniądza. Cóż, w czasach Kopernika nikt nie odnosił sukcesu głosząc prawdę, a ci którzy to robili, mogli nawet zapłacić głową. A więc nie zawsze mają rację jednostki, którym udaje się odnieść sukces. Co warte podkreślenia – odnieść sukces pisząc popularne dziełko, które łamie kanony metodologii naukowej.

Przypomina się tu Däniken i jego opowieści o kosmitach nawiedzających Ziemię w przeszłości. Ponieważ Däniken nie umie zrozumieć, w jaki sposób Egipcjanie zbudowali piramidy, zakłada, że musieli im pomagać bracia w rozumie z innych światów. Ponieważ Renfrew nie może zrozumieć mechanizmu indoeuropeizacji Europy w okresie 3500–2000 p.n.e., zakłada, że Europa musiała być indoeuropejska znacznie wcześniej. W tym momencie widać zdumiewającą paralelę między oboma panami. Däniken właściwie nie ma dowodów na wizytę kosmitów, wskazuje jedynie na poszlaki. Podobnie czyni Renfrew, z tym że nie ma nawet poszlak. Jego zdaniem obecne koncepcje mają słabe punkty, a więc podważa je i w zamian proponuje zupełnie niepopartą jakimikolwiek argumentami hipotezę własną, której jedyną zaletą jest to, że wydaje się (jemu) spójna logicznie. Dokładnie tak samo jak Däniken, który podważa ustalenia archeologów i proponuje w zamian własne koncepcje.

Moim zdaniem tak czynić nie można. Nauka nie polega na obalaniu teorii tylko dlatego, że można (z biedą) wskazać na ich słabe punkty. W moim najświętszym przekonaniu należy raczej starać się skonstruować własną teorię, która tłumaczyłaby nie tylko owe słabe punkty, ale także całą resztę – w tym to wszystko, co dotychczasowa teoria tłumaczyła w sposób spójny. Renfrew tego nie czyni, przynajmniej ja nie znalazłem (czyżbym czytał niedokładnie?). Jedyne, co potrafi, to mącić, dokładnie tak jak znani z naszej historii szlachetnie urodzeni warchołowie. I dlatego jestem przekonany, że Renfrew w całości pisze nieprawdę.

Ale może przejdę do konkretów.

„Archeologia porzuciła już swoje dawne zainteresowanie rasami, grupami etnicznymi i migracjami pradziejowymi” (str. 22). Skoro tak, cała książka Renfrewa pisana jest trochę pod prąd, bo przecież nie pisze on o ekologii, technologii czy ekonomii dawnych społeczeństw (następne zdanie w książce), ale o języku, a więc o czymś nawiązującym raczej do tego, czym obecnie archeologia się nie zajmuje. Renfrew podcina po prostu gałąź, na której siedzi.

„Nikt nie twierdzi, że zjawisko migracji nie występuje” (str. 23). I tu Renfrew ma zupełną rację. Jak podaje W. Mańczak („Wieża Babel”. Ossolineum 1999) za Diakonowem i Orszaninem, pierwsze plemiona turkijskie należały do rasy mongoloidalnej. Jednak fałdę mongolską można znaleźć już tylko u 51% dzisiejszych Kirgizów, 22% Kazachów, 11% Uzbeków, 6% Turkmenów i niecałych 2% Azerów. Wśród Turków mieszkających obecnie w Anatolii nie ma praktycznie skośnookich. A zatem genetyczni potomkowie Prototurków stanowią bardzo nieznaczny odsetek mieszkańców Turcji. Ten nieznaczny odsetek wystarczył, aby przynieść turecko-islamską kulturę, turecki język i tureckie zwyczaje, i przyczynić się do całkowitej niemal zagłady dawnej anatolijsko-bizantyjskiej kultury, do całkowitego wyparcia wszystkich dawniej używanych tu języków itd. Na podstawie choćby już tylko tego przykładu można stwierdzić jedno. Mianowicie jeżeli (wbrew opinii Renfrewa) około roku 3000 p.n.e. całkiem nieliczna grupa konnych najeźdźców rzeczywiście przybyła do Europy (zachodniej i środkowej) ze stepów Ukrainy i Rosji, to mogła ona narzucić całej reszcie swój język, swoją kulturę i swoje obyczaje. Jeżeli przykład turecki wydaje się zbyt nowoczesny, przypomnijmy sobie, że dziś używane języki romańskie też pochodzą od języka mieszkańców jednego miasta, których w czasach Tarkwiniuszy nie było chyba zbyt wielu. Jednym słowem – niewielkie liczebnie migracje mogą rodzić niespodziewane efekty. Sam Renfrew przyznaje to między wierszami.

„Twierdzę też, że wiele rzekomych podobieństw między strukturami społecznymi, obecnie uważanymi za fundamentalnie indoeuropejskie, powstało w wyniku równoległej ewolucji” (str. 25). To twierdzenie jest oczywiście zawieszone w całkowitej próżni. Nieco wcześniej Renfrew twierdzi, że cechy społeczeństw indoeuropejskich rozwinęły się po dacie, która jego zdaniem wyznacza początek pierwszych wędrówek ludów IE. Mamy tu typową scholastykę, a więc coś nielicującego z nauką XXI wieku. Najpierw Renfrew zakłada, że wędrówki ludów IE odbywały się około roku 6000 p.n.e., a potem cieszy się, że społeczeństwo IE powstało po tej dacie. Oczywiście najprostsze (a więc jedyne naukowe) wyjaśnienie jest zupełnie inne. Społeczeństwo Indoeuropejczyków rzeczywiście istniało, a wędrówki ludów IE rozpoczęły się po jego rozpadzie, a więc około 3500–3000 p.n.e., a nie 6000 p.n.e. W modelu klasycznym wszystko się zgadza, u Renfrewa nic się nie zgadza. I w konsekwencji biedak musi zakładać, że „indoeuropejskość” rozwinęła się równolegle.

„Wierzę, że jedyne, co można zrobić, to wykazać, iż obecnie większość sugerowanych odpowiedzi ma wiele słabych punktów” (str. 26). Potwierdza się to, co powiedziałem. Renfrew niczego nie usiłuje budować, a tylko rozwalać istniejące teorie (jego zdaniem to jedyne, co można zrobić). Jest warchołem, nie konstruktorem.

Porównanie czasownika to bear (tabela I, str. 29). Formy starosłowiańskie przytoczone są z taką ilością błędów, że jeżeli tak wygląda rzetelność Renfrewa i w innych sprawach, jest on kompletnie niewiarygodny. Na przykład mogę jeszcze zrozumieć, że bera zamiast berǫ (na końcu jest o z ogonkiem) to zwykła literówka wywołana brakiem odpowiedniej czcionki (dziwne, że w polskich pracach, nawet bardzo popularnych, nikt sobie na takie literówki nie pozwala, ale Renfrewowi wolno). Ale już zupełnie nie rozumiem formy berasi zamiast bereši. Po pierwsze brak diakrytyki odróżniającej s od š, po drugie samogłoska tematyczna -a- zamiast -e- (bereši) jest wzięta z powietrza. Widać, że Renfrew nie ma pojęcia o staro-cerkiewno-słowiańskim, a mimo to coś przytacza w tabeli – tylko co? Chyba sam tego nie wie.

„Thomas Young na określenie tej szeroko rozpowszechnionej grupy języków pokrewnych ukuł termin «indoeuropejskie»; w tym samym celu używa się czasami terminu «indogermańskie».” (str. 30). Termin „indogermańskie” na pewno nie jest używany w polskiej literaturze i nie w polskich tłumaczeniach. Moim zdaniem rażąca usterka tłumacza.

„Z porównania angielskiego słowa birch (…), niemieckiego birke, litewskiego berzas, starosłowiańskiego breža (…)” (str. 33). Powinno być litewskiego beržas, starosłowiańskiego brěza. Jak po raz kolejny widać, Renfrew nie budzi zaufania.

Być może jest to całkiem zasadne, aby językoznawstwo historyczne opierało się na archeologii, ale już pewne wątpliwości wynikają z faktu, że jednocześnie podstawą interpretacji archeologicznej są analizy językowe” (str. 39). Chciałbym zauważyć, że Renfrew zdaje się zupełnie nie rozumieć związków, o których z przekąsem pisze. Hipoteza wspólnego pochodzenia Indoeuropejczyków została postawiona w oparciu wyłącznie o badania językowe. Obecnie istnieje szereg hipotez godzących ustalenia językoznawców z archeologią. A więc ani językoznawcy nie korzystali z archeologii, ani też nie działo się odwrotnie. Łączenie Indoeuropejczyków z kulturą budowniczych kurhanów czy z twórcami ceramiki sznurowej to już całkiem inny problem badawczy z pogranicza obu dyscyplin, bazujący na tym, co od dawna wydaje się niemal pewne tak w językoznawstwie, jak i archeologii. Natomiast, paradoksalnie, to właśnie Renfrew jest tym, który próbuje podważyć ustalenia językoznawców w oparciu o badania archeologów!!! Świadczy o tym już choćby tylko tytuł jego książki.

A więc mówiąc prościej: Renfrew krytykuje rzekomy fakt, że językoznawcy zbytnio polegają na archeologach, a archeolodzy na językoznawcach (nazywa to nawet „argumentacją błędnego koła” – str. 38). A tymczasem sam robi dokładnie to samo – chce zmusić językoznawców do przeformułowania swoich tez w oparciu o badania archeologiczne (!?). Dodam już teraz, że Renfrewowi się jedynie wydaje, że badania archeologiczne w jakimkolwiek stopniu uzasadniają jego tezę.

Na str. 45 Renfrew krytykuje Childe’a, który utożsamiał kultury archeologiczne z konkretnymi ludami i językami. Jak napisał, jest rozczarowany tą metodą rozumowania. Ale prosta logika nakazywałaby w takiej sytuacji przyznać, że skoro Childe się mylił i nie ma podstaw, aby na podstawie badań kultur wyciągać wnioski dotyczące języków i ludów, Renfrew też nie ma żadnych podstaw, aby w oparciu o fakty z dziedziny archeologii kwestionować ustalenia językoznawców!!! To mnie właśnie w książce Renfrewa uderza najbardziej: Renfrew stale używa krytykowanych przez siebie metod. Childe używać swoje rozumowanie to źle, ale Renfrew używać rozumowanie Childe’a to dobrze. Moralność Kalego.

Na str. 49 i 50 Renfrew słusznie zauważa, że sztuka Traków mogła mieć wpływ na sztukę lateńską przypisywaną Celtom. Otóż postawiłbym w tym momencie tezę (niewygodną dla Renfrewa), że konkretna kultura jest jednak dowodem poczucia przynależności do określonej grupy społecznej. Nawet w dzisiejszych czasach przykładowo istnieją kultury skate’ów, punków i kogo tam jeszcze, i wyznawcy tych kultur dostosowują swój styl ubierania się i zachowania do obowiązujących kanonów. Tak samo było zapewne w przeszłości. Skoro ktoś czuł się Celtem, był zwolennikiem kultury nazywanej dziś lateńską, skoro ktoś czuł się Trakiem, był zwolennikiem kultury trackiej. Inna sprawa, czy poczucie bycia Celtem równało się używaniu celtyckiego języka. Sądzę, że jednak w dużym stopniu tak było. Pamiętajmy, że starożytni Grecy (o czym też pisze Renfrew, nie mam teraz strony pod ręką) choć podkreślali swój związek z konkretnym miastem Hellady, zdawali sobie doskonale sprawę z przynależności do jednej grupy etnicznej. Nie ma podstaw, aby twierdzić, że podobny rodzaj świadomości narodowej nie istniał już wcześniej i u innych „barbarzyńskich” ludów. Stąd próba zasiania przez Renfrewa wątpliwości, że słuszne jest utożsamianie kulturowych Celtów („Lateńczyków”) z Celtami w sensie etnicznym i z Celtami w sensie językowym, nie może być traktowane jako obalanie obowiązujących w nauce ustaleń. Oczywiście, w szczegółach Renfrew może mieć rację (mogły istnieć językowo nieceltyckie plemiona, które przyswoiły sobie kanony kultury i sztuki celtyckiej), ale w ogólności raczej nie. A przede wszystkim, skoro opieranie się na występowaniu sztuki lateńskiej ma nie być dostateczną podstawą do wnioskowania o rozmieszczeniu Celtów w tym okresie, tym bardziej występowanie rolnictwa nie może być podstawą do wnioskowania o występowaniu Indoeuropejczyków. Po raz kolejny Renfrew przeczy czemuś, z czego sam korzysta.

Najstarsze osady o charakterze rolniczym znane są z około 6500 r. p.n.e. z Grecji i wkrótce potem z zachodniej części basenu Morza Śródziemnego” (str. 53). Przeczy to zdecydowanie tezie Renfrewa (czego sam oczywiście obłudnie nie zauważa), że nosicielami nowej kultury byli Indoeuropejczycy, którzy posuwali się mozolnie pokonując średnio po kilka kilometrów rocznie. Skoro niemal natychmiast po pojawieniu się rolnictwa w Grecji pojawiło się ono również w Hiszpanii, widać, że nawet ponad 8 tysięcy lat temu były możliwości szybkiego transportu ludzi albo idei między stosunkowo odległymi miejscami.

Jeżeli ludzi – cała hipoteza Renfrewa legnie w gruzach. Zamiast posuwać się mozolnie, ludzie mogli jednak w jakiś sposób już wtedy kolonizować obszary odległe o setki lub tysiące kilometrów w ciągu niewielu lat. Mało ważne, że Renfrew i jemu podobni nie rozumieją, w jaki sposób to się odbywało, chodzi o stwierdzenie faktu, nie o jego interpretację. Może to kosmici przewozili ich w swoich ufolotach?

Jeżeli idei – hipoteza Renfrewa także rozsypuje się jak domek z kart. Nie ma bowiem wówczas żadnych podstaw, aby utrzymywać, że to Indoeuropejczycy musieli przynieść ze sobą nową technologię otrzymywania żywności. Równie dobrze Europę mogły wówczas kolonizować inne ludy rolnicze. Powiem więcej – nie ma najmniejszych postaw, by sądzić, że idea wywodząca się z Anatolii nie mogła przenikać do Grecji i Hiszpanii bez migracji całych narodów (znani z historii Iberowie znali rolnictwo i nie byli Indoeuropejczykami, raczej łączy się ich z semito-chamickimi Berberami). A tymczasem Renfrew chce, aby rolnictwo było wyłącznie indoeuropejską domeną.

Na Krecie około dwóch tysięcy lat temu pojawiło się społeczeństwo pałacowe, z charakterystyczną piśmienną biurokracją, która zwykle utożsamiana jest z państwami, a mianowicie cywilizacja minojska” (str. 56). Być może Renfrew zapomniał tu podkreślić, że pismo linearne A jest na tyle podobne do pisma linearnego B, że jego odczytanie nie sprawia żadnych trudności. Popularna teza, że jest ono nieodszyfrowane, jest nadinterpretacją. Otóż można odczytać tekst, jedynie nie można go zrozumieć. Oznacza to, że teksty w piśmie linearnym A nie są greckie, w przeciwieństwie do tekstów linearnych B z okresu późniejszego. Choć istnieją przesłanki przemawiające za obecnością Greków w basenie egejskim już co najmniej około 2000 p.n.e., twórcami kultury minojskiej nie byli Grecy, ale jakiś lud nieindoeuropejski. Analiza języka tekstów linearnych A rodzi przypuszczenia, że był on spokrewniony z dzisiejszymi językami semickimi. Pozwolę sobie przypomnieć tu termin „Semitish” zaczerpnięty z mapki „Rozmieszczenie języków w rejonie Morza Czarnego około roku 6000 p.n.e”. zamieszczonej na nieistniejącej już stronie Glena Gordona.

Rozmieszczenie języków w rejonie Morza Czarnego około roku 6000 p.n.e.

Jeżeli nosicielami kultury pałacowej w Grecji (a przynajmniej na Krecie) był lud semitoidalny w roku 2000 p.n.e., nie ma podstaw, aby twierdzić, że to Indoeuropejczycy, a nie Semitoidzi przynieśli rolnictwo do Grecji cztery i pół tysiąca lat wcześniej.

Zwracam w tym miejscu uwagę na dość obszerne omówienie poglądów Childe’a na str. 61–63 i Gimbutas na str. 63–66. Rzecz w tym, że Renfrew wbrew pozorom nie umie przedstawić kontrargumentów. Skoro archeologia ustaliła, że już przed rokiem 3000 p.n.e. istniał lud używający toporów bojowych, koni, łuków, stosujący kurhanowe pochówki – a więc dysponujący już wtedy odpowiednią społeczną organizacją do wykonywania tego typu przedsięwzięć, nie ma podstaw, aby sądzić, że ów mobilny (konie) i bojowy (topory, łuki) lud nie mógł podbić Europy zgodnie z klasyczną hipotezą. Nie widzę ani jednego argumentu na polu archeologii, który przeczyłby takiej możliwości. Ba, więcej nawet. Zgodnie z fundamentalną tezą nauki zwaną Brzytwą Ockhama, należy przyjąć rozwiązanie najprostsze i nie mnożyć bytów ponad miarę. Otóż archeologia wykazuje, że już przed rokiem 3000 p.n.e. istniały zorganizowane społeczeństwa, które mogły się przemieszczać i podbijać inne ludy (przypominam: koń, łuk, topór bojowy). Twierdzenie, że „to się nie mieści w głowie, aby takie podboje miały już wtedy miejsce”, jest jak widać sprzeczne z archeologią, a więc nie można go traktować poważnie. Chyba że chcemy wywrócić całą naukę do góry nogami i odrzucić zasadę Brzytwy Ockhama. Ale wtedy nie uprawiamy już nauki, a moja dyskusja z takimi poglądami po prostu mija się z celem. Równie dobrze można bowiem dowodzić, że Indoeuropejczycy są potomkami kosmitów.

W Suzie na terenie Iranu w czasach królów perskich używano wciąż jeszcze nieindoeuropejskiego języka elamickiego (str. 71). Na terenie Anatolii używano co najmniej 8 języków, znanych z tekstów hetyckich:

Mowa też o bliżej nieznanym kraju Arzawa (mapka str. 82), którego ludność mówiła bliżej nieznanym językiem. Czyż nie jest dziwne, że na terenie, który zdaniem Renfrewa od dawna jest indoeuropejski, występują liczne języki nieindoeuropejskie? Przecież przez tysiące lat języki te powinny ulec indoeuropeizacji, zwłaszcza, że Indoeuropejczycy mieli jakoby mieć związek z wyższą, rolniczą kulturą. Dodam, że szereg setek lat po pojawieniu się ludów anatolijskich (Hetytów) na kartach historii rzeczywiście obserwujemy pojawienie się szeregu ludów IE w Anatolii (przypis 16, str. 361). Obok języków bityńskiego i frygijskiego (które z hetyckim nie miały żadnego bezpośredniego związku, były spokrewnione ze sobą, a najprawdopodobniej także z greckim) w użyciu były również licyjski, karyjski, lidyjski, kapadocki, kataloński, cylicyjski, izauryjski, lykoński, marindyjski, mezyjski, pamfilijski, paflagoński, pizydyjski, pontyjski. Przynajmniej część z nich to potomkowie dawnych hetyckiego, luwijskiego i palajskiego. Jeżeli języki IE trwają w Anatolii od roku 7000–8000 p.n.e., jak chce Renfrew, dlaczego podobne zróżnicowanie nie nastąpiło wcześniej?

Skoro w czasach Hetytów używano języków nieindoeuropejskich (jak hatycki), a później już nie, dowodzi to jasno, że hetycki był w Anatolii świeżym przybyszem. Hetyci mogli przybyć tam dopiero około roku 2000 p.n.e. i stąd występująca tam wtedy mozaika etniczna. Przed Hetytami, Luwijczykami i Palajczykami żadnych Indoeuropejczyków w Anatolii nie było. Dopiero później Anatolia uległa indoeuropeizacji. Ten scenariusz jest o wiele bardziej zgodny z faktami niż domniemania Renfrewa.

„Następnie dotarła tam przypuszczalnie indoeuropejska fala migracyjna, która (jak się twierdzi) mogła sprowadzić język hetycki, luwijski i palajski. Sądzę, że rozumowanie takie w dużej mierze opiera się na założeniu, że (indoeuropejski) język hetycki pojawił się w Anatolii zaledwie kilka wieków wcześniej niż archiwa znalezione w Boğazköy / Hattusas” (str. 81/82). Jak widać, wcale nie jest to założenie, ale teza. Teza mająca wyjaśnić mozaikę etniczną w czasach Hetytów i indoeuropeizację w czasach późniejszych.

„Same tabliczki nie oferują żadnych wskazówek co do tego, które pojęcia są wcześniejsze, czy te w hetyckim (tzn. nesili) czy w hatyckim (tzn. hattili)” (str. 82). Nieprawda. Analiza języka wskazuje wyraźnie, że terminy hatyckie (hattili) przenikały do hetyckiego (nesili), a nie odwrotnie. Renfrew sam zresztą przyznaje, że nazwa Hattusas jest pochodzenia hatyckiego, a nie hetyckiego. A więc język indoeuropejski (hetycki) jest językiem przybyszów, podczas gdy nieindoeuropejski (hatycki) jest językiem autochtonów.

Wykresy opisane na str. 72 i 73 jako „tabela II” i „tabela III” po pierwsze nie są tabelami, po drugie właściwie nie mają żadnego związku z tematem książki (próba odwrócenia uwagi czytelnika od tematu? próba popisania się wątpliwą wiedzą?). Diagram opisany jako tabela II przedstawia rozwój pisma klinowego i nie ma związku ani z archeologią, ani z językiem (ale z paleografią, która nie jest tematem książki). Tabela III przedstawia rozwój języków indoirańskich, zresztą z jednym rażącym błędem. Otóż sanskryt – język staroindyjski został umieszczony na jednej linii z prakrytami (językami średnioindyjskimi), których było wiele (zapis „prakryt” sugerowałby istnienie tylko jednego języka o tej nazwie). W rzeczywistości niemal każdy z dzisiejszych języków hinduskich rozwinął się z innego prakrytu. Podobnie w okresie średnioirańskim nie używano jednego języka, lecz wielu. Dodam, że sanskryt jest usztucznioną wersją języka wedyjskiego i od niego raczej nie pochodzą dzisiejsze języki indyjskie. Sanskryt nigdy nie był językiem mówionym. Sama jego nazwa to zaświadcza – sanskryt (saṁskr̥ta) znaczy „ułożony”, „zestawiony”. Współczesne języki indyjskie wywodzą się od prakrytów, a te bezpośrednio od dialektów wedyjskich wbrew temu, co twierdzi Renfrew na str. 73.

Pisma linearnego A nie udało się odczytać jako formy greckiego. Nie zostało ono odczytane do dzisiaj, choć znaki przedstawiające sylaby są na tyle podobne do znaków odmiany B, że można się domyślać, jakie dźwięki reprezentują”. (str. 89). Widać tu nienaukowość wywodów Renfrewa i jego niekompetencję. Renfrew miesza bowiem wyrazy „odczytać” i „zrozumieć”. Może to wina języka angielskiego, może wina zakładanego niskiego poziomu umysłowego czytelników??? Zdanie „pisma (…) nie udało się odczytać jako formy greckiego” nie warto nawet komentować. Powinno być „(odczytanego) tekstu zapisanego w piśmie linearnym A nie udało się zrozumieć jako formy języka greckiego”. W drugim zdaniu należy zmienić „odczytane” na „zrozumiane”, wtedy uzyskuje ono jaki taki sens. Oczywiście Renfrew w pełni potwierdza to, co napisałem wyżej o piśmie linearnym A. Używa jednak przy tym dziwnych, delikatnie mówiąc, terminów. Terminów, które mogłyby niejednego czytelnika wprowadzić w błąd.

„Język pisma linearnego A należy do grupy języków semickich, lecz twierdzenie takie do tej pory nie brzmi przekonująco” (str. 89) – dla kogo? Dla Renfrewa? Od kiedy to archeolog Renfrew jest specjalistą z dziedziny semitologii? O ile wiem, właśnie cechy języka napisów linearnych A uprawniają nas do sądu, że był on spokrewniony z przodkiem znanych współczesnych i wymarłych języków semickich. Ogólnie język ten zdaje się reprezentować znacznie wcześniejszy etap rozwoju niż np. akadyjski czy starohebrajski. Stąd i określenie „Semitish” (a nie „Semitic”). Uwaga: Renfrew zapewne sam nawet nie czytał prac Cyrusa Gordona (str. 89). Przypis 21 prowadzi bowiem do pracy Chadwicka (str. 361), a nie do pracy oryginalnej. A więc Renfrew w istocie komentuje jedynie komentarz, a nie tekst oryginalny. Nie może zatem wiedzieć, czy ów tekst jest przekonujący czy też nie.

„Minojczycy stworzyli dla swego języka własne systemy pisma”, „około 1450 r. p.n.e. Kretę opanowały grupy przybyłe z kontynentu”, „nowa elita mykeńska miałaby zaadoptować istniejące pismo linearne A do mykeńskiej odmiany języka greckiego”, „Mykeńczycy mówili po grecku” (str. 90). Renfrew w ostatnim zdaniu stara się wywrzeć wrażenie, że Grecja była grecka „od zawsze”, tymczasem przecież sam przyznaje, że wcale tak nie było. Grecy opanowali Kretę dopiero około 1450 r. p.n.e., wcześniej Greków na Krecie nie było, lecz zamieszkiwali tam niegreccy i nieindoeuropejscy Minojczycy. Skoro ok. 1450 r. p.n.e. Grecy podbili (sic!!!) Minojczyków, prawdopodobna jest teza, że kilkaset lat wcześniej podbili oni Grecję przybywając z północy. A zatem Grecy nie są pierwotnymi mieszkańcami – na pewno Krety, przypuszczalnie też w ogóle Grecji – stąd tezy Renfrewa, że Protogrecy już w 6500 r. p.n.e. przynieśli rolnictwo i język do basenu egejskiego, są po prostu czystym wymysłem, który nie jest oparty na ani jednym fakcie.

Zauważę także, że niegreccy Minojczycy rolnictwo znali. Ciekawe skąd się go nauczyli… Od Greków??? Przecież Grecy na Krecie pojawili się dopiero około 1450 r. p.n.e., a nie około 6500 r. p.n.e! Poza tym zgodnie z modelem falowym do wymiany języka na Krecie nie powinno było w ogóle dojść, a przecież jednak doszło. Podkreślam: przedgreccy rolnicy zamieszkali na Krecie porzucili swój nieindoeuropejski język i zaczęli używać mykeńskiej greki. A przecież Renfrew upiera się, że poprzednikami indoeuropejskich rolników mogły być tylko ludy mezolityczne. Jak widać, Kreta stanowiła wyjątek. A skoro Kreta, czemuż nie cała Europa?

O języku Tocharów Renfrew pisze (str. 95): „odkrycie to wyraźnie nadwątliło zaufanie do określeń satemowy / centumowy jako wyróżników językowych”. Po raz kolejny Renfrew używa terminologii uniemożliwiającej jakąkolwiek z nim dyskusję, bo nie wiadomo, co ów miał właściwie na myśli. Może zamiast tego przedstawię, jak rzecz naprawdę wygląda. Otóż kiedyś uważano, że języki wschodnioindoeuropejskie należą do grupy satəm (satem), to znaczy doszło w nich do palatalizacji spółgłosek typu k do dźwięków typu polskiego ć, następnie często ś, albo nawet s, a zachodnioindoeuropejskie – do grupy kentum (centum), i do takiego procesu w nich nie doszło. Po odkryciu języków tocharskich używanych w przeszłości w dzisiejszych zachodnich Chinach, tezę ową przeformułowano uznając języki kentum za bardziej peryferyjne, a satəm za bardziej centralne. Pisał tym np. Milewski już w latach 50-tych (ale Renfrew nigdy o takim przeformułowaniu nie słyszał, bo słyszeć nie chciał). Obraz ten zakłóciły migracje, których istnienie Renfrew stara się bezskutecznie podważyć. Mianowicie centralni Indoirańczycy wyemigrowali bardzo daleko na południowy wschód, centralni Ormianie przebyli także długą drogę przez Bałkany (stąd zbieżności ormiańsko-greckie) i Anatolię, aż dotarli do Kaukazu. Pozostałe języki satəm rozprzestrzeniły się w Europie środkowo-wschodniej (bałtosłowiańskie, albański, wymarły tracki).

Dodam, że tocharski wykazuje pewne związki z germańskim, o których Renfrew nie słyszał. Zaś kultura materialna Tocharów wykazuje silne nawiązania do kultury Germanów, a zwłaszcza Celtów. Tocharowie przybyli na swoje wschodnie siedziby w wyniku stosunkowo szybkiego przemieszczenia się, a więc migracji, o której Renfrew słyszeć nie chce. Ale to sprawa jego i jego niedowiarstwa. To głównie kultura materialna Tocharów (a więc poniekąd archeologia) zmusza nas do przyjęcia tezy, że niegdyś przodkowie Tocharów musieli bezpośrednio sąsiadować z Celtami i Germanami. Renfrew – archeolog od siedmiu boleści – woli ten niewygodny dla siebie fakt przemilczeć.

„Jak większość prostych wyróżników typologicznych” (str. 95). Różnica satəm / kentum nie jest typologiczna, ale historyczno-fonetyczna. Każdy językoznawca czytając tu słowo „typologiczny” przyzna, że Renfrew jest jednak kompletnym ignorantem, nieumiejącym się posługiwać podstawową terminologią znaną studentom pierwszych lat językoznawstwa.

„Języki tocharskie są generalnie uważane za późniejszą podgrupę indoeuropejskiej rodziny językowej” (str. 95) – nigdy się z takim stwierdzeniem nie spotkałem, cokolwiek miałoby ono znaczyć. Zacytuję jako kontrast Milewskiego („Dyferencjacja języków indoeuropejskich”): „Pierwszy rzut stanowiła grupa tocharska, która wskutek tego posunęła się najdalej w kierunku wschodnim. Była to typowa grupa peryferyjna, wykazująca silny wpływ substratu. Uwydatnił się on w przesuwce spółgłosek (…)”. Ktoś tu mówi prawdę, ktoś jest kłamcą. Profesor Milewski czy profesor Renfrew?

Oprócz tego jest jeszcze cała grupa dalszych języków, wśród nich sycylijski” (str. 96). Znowu uderza niekompetencja Renfrewa. Miesza on Sikanów (łac. Sicani) z zach. Sycylii, których język był nieindoeuropejski (pokrewny językowi Ligurów???), z indoeuropejskimi Sikulami (łac. Siculi), który zamieszkiwali wschodnią Sycylię, a przed XII-XIII wiekiem p.n.e. także południową Italię (skąd zostali wypchnięci przez Osków i Umbrów), a których indoeuropejski język wykazywał silny wpływ nieindoeuropejskiego substratu. Z języka Sikulów pochodzi wyraz Etna (zapisane w inskrypcji jako Aitna, co musi być spokrewnione z greckim aithos ‘pożar, żar’ od IE *aidh- ‘ognisko’, ‘palenisko’, ‘żar’, starogórnoniemieckie eit ‘żar’).

Tab. IX (str. 98) – i znów niekompetencja. Język staro-cerkiewno-słowiański był zdecydowanie południowosłowiański i stawianie go ponad podziałem języków słowiańskich na 3 grupy jest rażącym błędem.

Istnieje naturalnie wiele teorii na temat powstania języka etruskiego, w tym dwie najbardziej popularne: jedna głosi, że jest to język tubylczy (sądzi tak wielu współczesnych uczonych), druga (twierdził tak grecki historyk Herodot) – że przywędrował on do Italii wraz z emigrantami z Lidii w zachodniej Anatolii na początku I tysiąclecia p.n.e., co z kolei sugerowałoby jego indoeuropejskie korzenie” (str. 99). Rzymska nazwa Etruria rozwinęła się ze starszego *Etrusia zgodnie z regułą rozwoju języka znaną jako rotacyzm (przejście międzysamogłoskowego -s- w -r-). Od rdzenia *Etrus- urobiono też derywat Etrusci. E to po łacinie „z” (skąd?), -trus- to nazwa Troi zapisana w dokumentach egipskich i w pełni zgodna z greckim Troia < *Trosja na mocy reguły fonetycznej usuwającej międzysamogłoskowe -s- w tym języku (i zamieniającej -sj- w -i-). Nie ma więc żadnego powodu, aby sądzić, że Herodot się mylił. Etruskowie byli przybyszami w Italii i emigrantami (sic!!!) z zachodniej Anatolii, o czym świadczy także ich kultura.

W 1885 roku na wyspie Lemnos niedaleko ruin dawnej Troi odkryto stelę zapisaną znakami przypominającymi pismo etruskie. Język lemnijski okazał się zaś blisko spokrewniony z etruskim (zob. tutaj). Znalezisko to, o którym Renfrew zapewne nie słyszał, dowodzi pośrednio także małoazjatyckiego pochodzenie Etrusków.

Wszystko to nie stwarza jednak żadnych podstaw do stwierdzenia, że język etruski był indoeuropejski. Np. języki indoeuropejskie mają wspólny system liczebników, a odstępstwa są jednostkowe i rzadkie, natomiast liczebniki etruskie (świetnie znane) są na pewno nieindoeuropejskie. Liczba mnoga z końcówką -r (np. ais ‘bóg’ : aisar ‘bogowie’) nie przypomina także w niczym faktów indoeuropejskich (niemieckie -r pochodzi z dawnego -z-, co jest faktem stosunkowo nowym w stosunku do znanego nam języka Etrusków) i przypomina wręcz języki turkijskie (obecne -lar / -ler, sufiks pluralis, zastąpił stare -r, tu i ówdzie zachowane w językach turkijskich) (były nawet teorie utożsamiające etnonim e-trusk- z turk-, ale to oczywiście nadinterpretacja). „Indoeuropejskie korzenie”, o których pisze Renfrew, są wzięte z powietrza. Po prostu, wbrew faktom zakłada on, że Anatolia już w roku 6500 p.n.e. była indoeuropejska, stąd ta jego sugestia. Ja natomiast będę upierał się, że zgodnie z faktami (w tym archeologicznymi) Hetyci i ludy pokrewne byli w Anatolii przybyszami, a w czasach, gdy Etruskowie istotnie zamieszkiwali jeszcze Troję, Anatolia była mozaiką wieloetniczną. Nic zatem nie wskazuje na indoeuropejskość Etrusków.

Zupełnie inna sprawa, że nieindoeuropejski język Etrusków wykazuje nawiązania do indoeuropejskiego. Oznacza to, że w zamierzchłej przeszłości z hipotetycznego języka indotyrreńskiego rozwinął się z jednej strony indoeuropejski, z drugiej tyrreński, będący przodkiem etruskiego (gr. tyrrh- < *turs-, oboczne do *trus- w E-trus-ci i Troia < *Tros-ja : *Trus-ja). Ale to całkiem inna historia, niemająca związku z procesem indoeuropeizacji Europy.

Baskijski jest językiem północnej Hiszpanii” (str. 99) – a co z południowo-zachodnią Francją? Baskowie francuscy (Gaskończycy) siedzą po cichu w przeciwieństwie do Basków hiszpańskich (ETA!) i pewnie dlatego Renfrew o nich nie słyszał. Postawię w tym miejscu proste pytanie – czy Baskowie znają rolnictwo? Skąd? Przecież tylko ludy indoeuropejskie zdaniem Renfrewa były ludami rolniczymi Europy, a Baskowie na pewno Indoeuropejczykami nie są. Podobnie jak nie byli Indoeuropejczykami prawdopodobnie niespokrewnieni z nimi Iberowie, którzy również rolnictwo znali.

O języku ormiańskim. „Czasami klasyfikuje się go także jako język tracko-frygijski, jednak termin ten nie jest trafny, ponieważ sugeruje rzekomy związek z Tracją w południowo-wschodniej części Europy oraz z zachodnią Anatolią. (…) Nie ma co do tego wątpliwości, że ormiański był spokrewniony z językiem, którym mówiono na obszarze obecnej Rumunii, zanim jeszcze tereny te znalazły się pod panowaniem Rzymian. Obszar ten stał się wówczas rzymską prowincją o nazwie Dacja, dlatego też wczesny język tego rejonu również określa się mianem dackiego. (…) Pod względem filologicznym status frygijskiego jest dość niejasny i wcale nie ma pewności, czy powinno się go zestawiać z trackim i dackim” (str. 100 / 101). Z ostatniego zdania wynika między innymi, że tracki i dacki uważa się za bliskie sobie (tak jest w istocie). Jak to więc się dzieje, że „ormiański był spokrewniony” z dackim, ale jego związek z Tracją jest rzekomy??? Prosiłbym autora o wykładnię całego tego ustępu, bo ja naprawdę nie rozumiem, o co mu w końcu chodzi. Renfrew najpierw przeczy możliwości zbliżenia ormiańskiego do grupy tracko-dacko-frygijskiej (jest zupełnie inną sprawą, że sugerowane niegdyś pokrewieństwo tracko-frygijskie jest dziś poważnie kwestionowane, znaleziono za to silne argumenty za pokrewieństwem frygijsko-greckim, ale nie o to tu chodzi), potem twierdzi, że ormiański był jednak bez wątpliwości spokrewniony z dackim, w końcu znowu utrzymuje, że „nie ma żadnego wyraźnego powodu do łączenia ormiańskiego z zachodnią Anatolią lub Tracją”. Czy autora tego można w ogóle uważać za wiarygodnego w jakiejkolwiek sprawie, jeśli tak zdecydowanie sam sobie przeczy?

O podboju Hurytów przez indoirańskich najeźdźców (str. 103): „ta nowa elita dokonała podboju za pomocą wojennych zaprzęgów konnych, co było wówczas wielką nowością (…) Z pewnością hipoteza ta wydaje się zbyt prosta”. A więc Renfrew szuka nie prawdy, ale komplikacji. Bo jak coś jest zbyt proste, to go przeraża i jest skłonny to odrzucić.

Dodam jeszcze i złośliwie przypomnę, że podbój Hurytów w wyniku najazdu miał mieć miejsce ok. roku 1400 p.n.e. (str. 103, w rzeczywistości śladów obecności Indoeuropejczyków w państwie Mitanni należy szukać kilkaset lat wcześniej). Renfrew w ten najazd oczywiście nie wierzy. Tymczasem z dokumentów egipskich wynika, że 250 lat wcześniej, około roku 1650 p.n.e., niejacy Hyksosi (pochodzenia azjatyckiego) posługując się rydwanem bojowym zaprzężonym w konie najechali na Egipt i przejęli władzę w tym kraju na około 100 lat. Ciekawe, czy w ten najazd Renfrew też nie wierzy. A może pomaga mu kompletna ignorancja w dziedzinie egiptologii???

Niedostatecznie też wyjaśnili, dlaczego wszystkie te języki, czy też raczej ich użytkownicy, mieliby niezmordowanie wędrować po Europie i zachodniej Azji z jednego miejsca w drugie” (str. 105). I Renfrew uważając, że owo wyjaśnienie jest niedostateczne, wywraca do góry nogami archeologię i językoznawstwo, nie przytaczając ani jednego pozytywnego argumentu na poparcie swoich tez. Zamiast szukać dostatecznego wyjaśnienia, uważa, że było zupełnie inaczej. Tymczasem przecież szereg najazdów jednych ludów na drugie to fakty niewątpliwe, potwierdzone historycznie. Wspomnę jedynie:

Jeżeli chce się udowodnić niemożność podbicia Europy przez Indoeuropejczyków, trzeba by najpierw wskazać, jaka była różnica między owymi Indoeuropejczykami z jednej strony, a Sumerami, Hyksosami, Gutejami i Kasytami z drugiej strony. Czego brakowało Indoeuropejczykom, a co mieli ci pozostali, którzy jednak mogli dokonywać podbojów (i zniszczeń – proponuję lekturę zamieszczonych linków lub innych materiałów źródłowych)?

Występowanie w kilku językach indoeuropejskich wyrazu pokrewnego ze słowem «król» ma wykazywać, że w ojczyźnie również istniała instytucja królestwa” (str. 112). I rzeczywiście wykazuje. Negatywne wnioski Renfrewa są oczywiście zupełnie nieuprawnione i można się o tym łatwo przekonać. Otóż wspólny wyraz oznaczający władcę znają np. języki semickie (arabskie malik-un) i tam rzeczywiście władza królewska ma niezwykle dawną tradycję. Indoeuropejski rdzeń reǵ- (w słowiańskim niezachowany) oznacza także zawsze znamienitego władcę, a nie po prostu jakiegoś tam pomniejszego naczelnika wioski. Natomiast w językach bez tradycji królewskich, jak to w skrócie powiem, takiego wyrazu nie ma. I to już jest dowód, którego nie widzi Renfrew. Np. władzę ponadplemienną znali Turcy (stare kagan, przekształcone pod wpływem mongolskim w chan < khaghan), ale nie ludy ugrofińskie (których zasób wspólnego słownictwa odpowiada raczej gospodarce mezolitycznej). Języki indoeuropejskie świadczą o tym, że władza ponadplemienna była znana naszym językowym przodkom już 3000 lat p.n.e. Potwierdzają to znaleziska archeologiczne (kurhany).

Renfrew słusznie zauważa, że w staroangielskim król nazywał się cyning, a w greckim basileus. Należy jednak zauważyć, że Grecy zetknęli się z pojęciem „król”, które oznaczało nie tylko władcę barbarzyńskiego, ale także władcę dostojnego, otoczonego przepychem (cywilizacja minojska!!!). Co do terminu germańskiego, trudno o podanie przyczyny przesunięcia semantycznego. Jeżeli ludy megalityczne były nieindoeuropejskie (tak sądzę), musiały także znać pojęcie silnej, jednoczącej ludzi we wspólnym wysiłku władzy królewskiej. Germanie mogli ten termin zapożyczyć jako bardziej dostojny. Być może także zastąpili dawny termin nowym, również rodzimym, oznaczającego pierwotnie „głowę rodu”, „naczelnika”. Rzymianie również nie używali terminu rex wobec własnych władców z przyczyn historycznych. Władcą imperialnego Rzymu nie był rex, ale caesar (nazwa pochodząca od przydomka „niebieskooki” (?), prawdopodobnie etruskiego pochodzenia) i augustus („wywyższony”, od augeo ‘rosnąć’). Jak widać, zagubienie odziedziczonego terminu oznaczającego króla było względnie łatwe. Mimo to sam termin przetrwał w tej czy innej postaci (np. ang. rich ‘bogaty’, staroniemieckie rihhi ‘władza’, celtyckie -rix, łac. rex ‘król barbarzyński’, sanskryckie raj, raja ‘król, książę’). W pewnych językach mógł zaginąć z innych jeszcze powodów. Np. w polskim gdyby przetrwał, miałby postać **rzaz, kojarzącą się raczej z rzezaniem i krajaniem niż z majestatem władcy.

W rzeczywistości łacińskie słowa oznaczające «konia» i «wojnę» to oczywiście equus i bellum, a ta cudownie przeprowadzona, bezsensowna rekonstrukcja błyskotliwie ukazuje niebezpieczeństwa czyhające na paleojęzykoznawców” (str. 118). Znów Renfrew chce zaimponować swoją wątpliwą wiedzą, ale niewiele mu z tego wychodzi. Otóż rekonstrukcja przeprowadzona na podstawie wspólnych cech języków romańskich nie może odnosić się do Latynów, ale do ludzi mówiących językiem łacińskim tuż przed ostatecznym rozerwaniem więzi międzyjęzykowych. A więc do wieków ciemnych średniowiecza, a nie do łaciny antycznego Rzymu. Okazuje się, że w okresie schyłkowym cesarstwa i nieco potem ludzie mówiący tzw. ludową łaciną istotnie nazywali konia caballus, a nie equus, a wojnę guerra, a nie bellum, znali też oczywiście pojęcia presbyter (ksiądz) i episcopus (biskup), jako że na obszarach zamieszkałych przez ludność romańską od pewnego czasu królowała religia chrześcijańska.

Analogicznie wszelkie rekonstrukcje wypływające z analizy języków indoeuropejskich można odnosić jedynie do okresu bezpośrednio poprzedzającego rozpad indoeuropejskiej wspólnoty, a nie do okresu np. o 1000 lat dawniejszego. Jeżeli łac. rota ‘koło’ jest spokrewnione z sanskryckim ratha ‘wóz’, w istocie musi to oznaczać, że wspólni językowi przodkowie Rzymian i Hindusów musieli znać rydwany (bojowe) czy też wozy na kołach, co oczywiście istotnie podważa wszelkie wywody Renfrewa. I wcale od tego faktu nie jest „daleka droga” (str. 118) do wyciągnięcia bardzo konkretnych wniosków, zgodnych zresztą z ustaleniami archeologów, które Renfrew ignoruje, przemilcza, albo którymi się nie przejmuje.

Spis treści Część następna