Świętastyka

Saint Trek

strona główna



fantastyka na wesoło

Saint Trek


Saint Trek

Wprowadzenie

Saint Trek IV

Trailer

Część I

Część II

Archiwum Inkwizycji

Rasy Heretyckie

Galeria Inkwizycji

Seriale

Deep Church 9

V.S.S. Pilgrim


powrót do Świętastyki
powrót do Saint Trek



Wojciech Maszczyk

Saint Trek IV - Pielgrzymka do Domu - Część II

Scenariusz i reżyseria: Wojciech Maszczyk
Wtrącali się i przeszkadzali: Magness i Mi$iu
Efekty specjalne: Przemysłowe Światło i Magia
Efekty niespecjalne: elektryk Lech
Scenografia: Matka Natura
Dziękujemy za współpracę Super Tajnej Organizacji Harfiarze.

W tym odcinku po raz pierwszy na ekranie, nowa gwiazda Holy Wood: Pame Landerson, w skrócie Pame La jako opiekunka wielorybów Sophie.


- Jingle Bells, jingle bells, jingle all the way...
Do uszu Korka dotarły słowa piosenki... ee... wybacz mi Wasza Świątobliwość, oczywiście, że hymnu, tak, tak, już więcej nie będzie żadnych przekłamań. To się wytnie.

- Jingle Bells, jingle bells, jingle all the way...
Do uszu Jamesa T. Korka dotarły słowa hymnu ustanowionego przez papieża Johana Paulusa II. Światło włączyło się z cichym pyknięciem, komputer ruszył, a statek z piskiem hamulców zatrzymał się dokładnie na orbicie okołoziemskiej.
- No dobra, który mamy rok? - jako pierwszy nurtujące wszystkich pytanie postawił Korek.
- Który mamy rok? - jako drugi nurtujące wszystkich pytanie postawiła siostra Hurra.
- 1995 - odpowiedział uroczyście Czkawka.
Na całym statku rozległy się oklaski. Wszyscy zaczęli gratulować sobie nawzajem udanej podróży w czasie. Dumny Czkawka wstał i ukłonił się uradowanej załodze.
- Ktoś chce autograf? - zapytał wyjmując długopis.
- Yhm - Korek spojrzał na niego surowo. Czkawka stropił się i schował długopis, zanim Spooky zdążył podsunąć notes.
- Lądujemy! - zarządził Korek.
- Jasne - mruknął obrażony Czkawka.


Wyobraźcie sobie teraz las - palmy, daktylowce, kokosowce, wierzby płaczące, brzozy - całkiem normalny tropikalny las. A teraz wyobraźcie sobie ognistą kulę dokładnie nad tym lasem. Wyobraźcie sobie również, że leci ona prosto w stronę ziemi. Macie to? Dobra. No to przenosimy się do wnętrza owej kuli.
- Wyrównaj, Czkawka, równaj - wykrzykiwał rozkazy Korek.
- Nie - odpowiedział Czkawka.
- Wyrównaj, Czkawka, albo będzie źle - rozzłościł się Korek.
- Nie mogę, stery nie działają - wykrzyknął Czkawka.
- A! To trzeba było tak od razu - mruknął Korek.
- Rozbijemy się? - zapytała siostra Hurra zaciskając ręce na różańcu.
- Tak. Zdecydowanie tak - odpowiedział Spooky.
Wokół nich reszta załogi klęczała i ze złożonymi dłońmi modliła się "Ojcze nasz".
Tymczasem na ekranie ziemia zbliżała się z zatrważającą prędkością. Wszyscy byli zalani... przepraszam... zlani potem, a najbardziej Czkawka, który popijał... e... który ciągle próbował opanować stery.
I nagle...

... Korek obudził się zlany potem. Dobrze pamiętał, jak kilka lat temu usłyszał w dzienniku przerażającą nowinę. Znaleziono mocno przerdzewiałe szczątki zaginionego statku V.S.S Doom Trooper. Jak się okazało statek doznał awarii sterów podczas manewru przenoszenia w czasie i spadł na Ziemię jako kula ognia.
Niektórzy twierdzili nawet, że Doom Trooper był odpowiedzialny za wyginięcie dinozaurów, ale tego nie dało się dowieść - a przynajmniej nikomu nie chciało się tego robić.
Korek postanowił, że na jakiś czas odstawi wódkę święconą. Zawsze miał po niej koszmary.
Na Ptaku do Modlitwy wszystko przebiegało jak należy. Rozpoczęło się lądowanie na polance.


- Ten maleńki krok to wielki krok dla ludzkości - powiedział Korek wychodząc z klangońskiego Ptaka Błagań. Potknął się i wylądował twarzą w trawie.
- Och, jak tu pięknie - wykrzyknęła Hurra. Minęła próbującego się podnieść biskupa i pobiegła zrywać kwiatki.
James T. Korek pozbierał się wreszcie, otrzepał sutannę i usiadł pod drzewem. Po chwili dołączyła do niego reszta załogi. Pies Spooky, imiennik Vatykanina, oddał się temu, czemu zazwyczaj oddają się jego rodacy w pobliżu drzew.
- Co teraz, ojcze? - jednym głosem (dokładniej rzecz biorąc głosem Scotcha) odezwała się załoga.
- Pojedzjemy dło jakjegoś mjasta - odpowiedział Korek dłubiąc w zębach źdźbłem trawy.
- Trzeba tylko znaleźć jakieś - zauważył Vatykanin Spooky.
- Miasto - Hurra palnęła się ręką w głowę - wiedziałam, że czegoś mi tutaj... - zaczęła podchodząc do kolegów, gdy wtem ziemia zatrzęsła się im pod nogami, a z lasu dobiegł donośny ryk jakiegoś zwierzęcia. Na wódce święconej, w szklance trzymanej przez Korka, rozeszły się kręgi.
Chwilę później z lasu po drugiej stronie polanki wybiegł wielki jaszczur z ogromną szczęką najeżoną ostrymi zębami i z małymi przednimi łapkami.
- Wszyscy do statku, biegiem! - ryknął Korek. Hurra upuściła bukiecik i pobiegła za uciekającymi duchownymi na pokład Ptaka do Modlitwy. Kości przytrzymując habit dopadł drzwi ostatni. Zadyszany zamknął drzwi.
W ciągu bardzo krótkiej chwili silniki odpaliły i statek uniósł się w powietrze.
Zdziwiony Tyranosaurus Rex patrzył na pustą polankę i zastanawiał się, jak to możliwe, że tych kilkoro małych ssaków zniknęło tak nagle. Jego mały móżdżek nie dostarczał mu jednak żadnego rozsądnego wyjaśnienia. Gdyby tyranozaur znał technologię XXIV wieku, wiedziałby, że klangońskie statki kosmiczne posiadały (nielegalny zresztą) kamuflaż, który sprawiał, że statek (razem ze swą zawartością) stawał się niewidzialny. Tyranozaur był jednak niewykształcony pod tym względem, dlatego nie zastanawiając się dłużej pobiegł poszukać czegoś innego do zjedzenia.
Nie zauważył zbliżającej się ognistej kuli z napisem: V.S.S. Doom Trooper.


Tymczasem na pokładzie Ptaka do Modlitwy pies Spooky skulił uszy, a jego vatykański imiennik patrzył zdziwiony na biskupa.
- Jak mogłeś się pomylić o dwa miliony lat!! - wrzeszczał na Spookiego Korek.
- Przypuszczam, że ta niewiele znacząca omyłka wynikła z niedokładności pomiarowych używanych przeze mnie klangońskich liczydeł - wyjaśnił Spooky. - My, Vatykanie, używamy bardziej zaawansowanej technologii - nasze liczydła nie są zrobione z ludzkich kości tylko z dokładnie skalibrowanych kamyczków.
- O dwa miliony lat to nawet Czkawka by się nie pomylił - atakował zażarcie Korek.
- No tak - przyznał Spooky. - Ale biorąc pod uwagę okoliczności...
I tak, przez dobrych parę minut, Spooky prowadził z Korkiem intelektualną dyskusję polegającą na wymianie argumentów słownych (na razie).
W tym samym czasie... no dobra, nie będę was okłamywał - w tym samym czasie nic wielkiego się działo.
Czkawka drzemał na fotelu, pies Spooky zajadał wielką kość znalezioną pod drzewem, siostra Hurra rżnęła ze Schothem w karty, bioenergoterapeutyk Kości przykładał ręce do butelek z wodą, a na Ziemi pewien tyranozaur zauważył wreszcie coś dużego, czerwonego i gorącego, co zbliżało się do niego od strony nieba. Coś przeskoczyło w jego móżdżku i na chwilę zdał sobie sprawę, że jego gatunek może nie przetrwać najbliższych godzin. Paleontolodzy całkowicie by się z nim zgodzili.
Gdy Korek zaakceptował wreszcie tłumaczenie Spookiego, że popełniony błąd wynikł z drobnych zakłóceń temporalnych, załoga zaczęła przygotowywać się do ponownego skoku w czasie - tym razem o dwa miliony lat w przód.
Światło zgasło, później się zapaliło, wszystko trwało dosłownie sekundę.


- Jingle Bells, jingle bells, jingle all the way... - do uszu Korka dotarły słowa pieee..hymnu.
- Udało się - krzyknęła radośnie Hurra - Wasza wielebność, komputer właśnie stwierdził, że jesteśmy w XX wieku.
- Wydaje mi się, że poprzednim razem twierdził coś podobnego - zauważył bioenergoterapeutyk McKlej Kości.
- Tak, ale to było zanim ksiądz-mechanik Scotch zagroził mu czyszczeniem pamięci - wyjaśniła Hurra.
- Lądujemy - zarządził James T. Kork. Ponownie zapominając o swoim postanowieniu sięgnął pod sutannę po piersiówkę.
Od popełnienia grzechu powstrzymała go jednak ręka Hurry, lecz nie na długo, gdy tylko ta się odwróciła znów sięgnął pod sutannę.
- Gdzie? - zapytał proboszcz Czkawka.
- Na Ziemi - mruknął biskup.
- Tak, wiem ale... - zaczął Czkawka.
- Wyląduj w jakimś ustronnym miejscu... spokojnym, pustym, gdzie chciałbyś spędzić majówkę.
Czkawka uśmiechnął się rozmarzony i chwycił za stery.


Marta i Jan spacerowali sobie właśnie po parku trzymając się za ręce. Słońce odbijało się radośnie w okularach Jana.
- Jakaż piękna pogoda, żadnych chmurek na niebie, tylko lekki wiaterek. Usiądźmy sobie na ławce - zasugerował Jan.
- Doskonały pomysł, kochanie - zgodziła się z nim Marta. Powolnym krokiem skierowali się w stronę ławki. Jan zauważył nagle, że lekki wiaterek to nie było zbyt dobre określenie. Bardziej pasowałoby "piekielna wichura".


- Włączyć silniki hamujące - rozkazał Korek.
- Ta... jasne - mruknął Czkawka dociskając hamulec.
- Czy kamuflaż jest włączony? - zapytał Korek.
- Jaki kamuflaż? - zapytał zdziwiony proboszcz.
- Kamuflaż naszego statku - wytłumaczył zdenerwowany Korek.
- A... tak... jest wasza wielebność - Czkawka szybko przesunął jakąś dźwignię. - Kamuflaż działa doskonale.
- No to świetnie - ucieszył się Korek pociągając z piersiówki.


Potężny wicher poderwał wszystkie okoliczne śmieci. Nieskoszona trawa smagała nogi i ręce powalonych przez wiatr Martę i Jana. Wszystko ucichło tak nagle jak się rozpętało. Jan stracił jedynie swoje okulary, które ześlizgnęły się, gdy upadał.
- Jakaś ty piękna! - wykrzyknął krótkowzroczny Jan orientując się że świat bez okularów jest wyraźniejszy. Lecz Marty to nie obchodziło.
- Moja torebka, gdzie moja torebka? - krążyła w kółko. - Jest, jest widzę ją! - wykrzyknęła ujrzawszy zgubę.
- Janek, Janek, gdzie jesteś? - ale Janka już nie było, odszedł ze spuszczoną głową, gdy zobaczył jak bardzo na nim zależało Marcie.
- No i z alimentów nici - odpowiedziała sobie w myślach Marta.


- Jesteśmy na miejscu wasza wielebność - zameldował Czkawka.
Korek przybliżył się do monitorów. Obraz ukazywał niewielki miejski park, jedną odrapaną ławkę i mnóstwo porozrzucanych śmieci. W powietrzu unosił się szary dym z pobliskiej drogi.
- Czkawka? - zagadnął Korek.
- Tak, wasza wielebność? - Czkawka odwrócił rozradowane oczy od ekranu.
- I wy... tutaj... chcielibyście majówkę? - zapytał jeszcze raz przyglądając się pożółkłemu trawnikowi upstrzonemu psią kupą.
- No tak - odpowiedział Czkawka. - Czy można sobie wymarzyć lepsze miejsce?
Wzrok Korka uświadomił proboszczowi, że jednak można.
- Ale przynajmniej mamy blisko do miasta - Czkawka wskazał na piętrzące się o kilka kroków od zakamuflowanego statku wieżowce.
- Bardzo dobrze, przygotować się do wyjścia - stwierdził Korek.
Siostra Hurra zaraz chwyciła torebkę i pobiegła do łazienki.
- Wasza wielebność - odezwał się głos Scotcha w mostkowym głośniku - mamy drobny problem.
Korek usiadł. Zrobił kilka głębokich oddechów. Uspokojony zapytał z przygnębieniem:
- Co się stało, proszę księdza?
- Mamy za mało energii na powrót do naszych czasów - dobiegło z głośnika.
- Aha. I to wszystko?
- Tak, wasza wielebność.
- Więc... zostaniemy tu na zawsze? I będziemy... będziemy mogli chodzić na majówki do tego... tego czegoś... - załamany Korek wskazał na szary ekran. Łzy pociekły mu po twarzy na wspomnienie wspaniałych ogrodów Watykanu, przytulnych knajpek na Ziemi, czy też niezwykłych krajobrazów globów, na których nie było jeszcze żadnego człowieka (oprócz załogi statku Angelprise).


Godzinę później Korek stwierdził, że opróżnił już ostatnią piersiówkę na pokładzie. Do jego kajuty wpadł Scotch ze Spookim.
- Wasza wielebność! - oburzył się Scotch.
- Ttta? - Korek zmrużył oko, by upewnić się, czy dobrze widzi. Najwyraźniej znów doszło do awarii transportera, bo widział trzech Scotchów i dwóch Spookych. Czknął i zaczął szukać wśród stosu butelek jakiejś pełnej.
- Znalazłem wyjście - wyjaśnił pierwszy ze Scotchów. - Możemy się stąd wydostać. Wystarczy użyć tego urządzenia na jakimś reaktorze jądrowym - drugi Schotch wysunął w stronę Korka niewielką kostkę. Biskupowi zakręciło się w głowie i nagle go zemdliło.
- Przepraszam - burknął w stronę Spookiego po prawej, który właśnie próbował wydedukować czym ma wyczyścić buty.
Nagle w kabinie pojawiło się także dwóch McKlejów. Zawirowała podawana z ręki do ręki butelka i nagle ktoś chlusnął biskupowi w twarz wodą. Ilość gości zredukowała się do trzech. Korek zaczął widzieć wyraźniej.
- Widzicie - odezwał się ucieszony Kości. - Mówiłem, że jak przyłożę moje ręce-które-leczą do butelek, to i woda nabierze trochę tej energii, co nie?
- Scotch - ryknął nagle otrzeźwiały Korek.
- Ta jesss - ksiądz-mechanik wyprostował się na baczność.
- Czy znaleźliście już sposób, by nas stąd wydostać?
- Właśnie wyjaśnialiśmy, wasza wielebność. Z pomocą Spookiego skonstruowałem urządzenie, chronione oczywiście prawem patentowym - rozejrzał się groźnie szukając osób, które mogłyby ukraść mu pomysł - które pozwala na gromadzenie energii. Wystarczy tylko przyłożyć go do jakiegoś reaktora...
- Ach, tylko tyle - mruknął Korek.
- ... i będziemy mieć energię potrzebną na powrót. Bułka z masłem.
- Taaa... bułka z masłem. Wystarczy znaleźć reaktor, wytłumaczyć miejscowym co zamierzamy z nim zrobić ("wiecie, jesteśmy z XXIV wieku, chcemy tylko na chwilę potrzymać to coś przy waszym reaktorze, dobrze?") i ukraść trochę energii. Są ochotnicy?
Po pełnej milczenia chwili Korek pokiwał głową.
- Rozumiem. Żaden z was, ale gdyby Hurra i Czkawka byli tu z nami na pewno by się zgłosili, więc to oni się tym zajmą.
Jak na zawołanie do kabiny wpadła siostra i proboszcz. Hurra przebrała się w krótką spódniczkę, umalowała usta i przefarbowała włosy na blond.
- ? - wydukał James T. Kork.
Siostra zakonna obrzuciła go groźnym spojrzeniem, które mówiło: "tylko bez komentarzy". Sama zaś powiedziała:
- Musiałam dostosować strój do wymogów epoki.
- Aha - mruknął Korek. - Jasne. Oczywiście. Wy dwoje zajmiecie się znalezieniem reaktora i użyciem tej kostki...
- To "Reenergator Scotcha (c) 1995 by Scotch" - wtrącił Scotch.
- ... na nim.
- Ależ wasza wielebność przecież to Scotch się na tym zna niech on się tym zajmie - zgodnie odpowiedzieli Hurra i Czkawka.
Korek zerknął na Scotcha i obrzucił spojrzeniem pełen pustych butelek pokój.
- Dość tego, Scotch ma inne zadanie.
- Aha. Jasne - mruknął Czkawka. - Oczywiście.
Wziął siostrę Hurra pod rękę i odeszli.
- Zawsze mówiłem, że on sympatyzuje ze Scotchem i teraz się to potwierdza - powiedział cicho proboszcz.
- Odnoszę dokładnie to samo wrażenie - mruknęła Hurra.
- Słyszałem, do cholery - zauważył Korek.
- A czy ja coś mówiłem? - odpowiedział Czkawka.
Po wyjściu siostry i proboszcza Korek zwrócił się do Scotcha.
- Uprzątnij te butelki, dobra?
Nagle poczuł, że ktoś szarpie go za rękaw habitu.
- Tak, Spooky?
- Dlaczego użył pan tak ordynarnych słów jak "do cholery"?
- Ja tylko próbuję wczuć się w epokę, Spooky. I musimy zmienić stroje.



- 200 dolarów - powiedział Jubiler przyglądając się złotemu zegarkowi Korka.
- A to dużo? - zapytał Korek.
- Nawet bardzo - odpowiedział Jubiler.
- No to proszę - biskup pozbył się zegarka i bogatszy o 200 dolarów wyszedł.
Po jego odejściu jubiler długo nie mógł dojść do siebie. Patrzył z niedowierzaniem na złoty zegarek.
- 200 dolarów, za zegarek tak doskonałej roboty, skąd się urwał ten gość, z kosmosu, że nie chciał więcej? - mruknął.
Tymczasem Korek zatrzymał się przed sklepem i spojrzał na swoich podopiecznych. Wszyscy ubrani byli w "stroje z epoki" - wybrali je przyglądając się starym filmom. Spooky miał na sobie białe kimono i opaskę na czole, bo najbardziej spodobał mu się "Przyczajony tygrys, ukryty smok". Korek ubrał się w brązową skórę, na głowę założył kapelusz. Czkawka ubrał się w czarną skórę i czapeczkę z sierpem i młotem.
- Czkawka i Hurra, wy idziecie do portu - rozdzielał zadania Korek. - Jest tam ponoć lotiskowiec Enterprise, który ma reaktor atomowy. Ja i Spooky idziemy znaleźć wieloryby, a ty Scotch idź z McKlejem przygotować ładownię statku, później pójdziemy po basen.
Ze Spookim u boku biskup skierował się w stronę widocznego z daleka budynku "Akwarium z Wielkimi Rybami".


- A w tym oto basenie mamy parę wielorybów z gatunku Humbaków - oprowadzała wycieczkę pani przewodnik. - Zejdźmy może na dół, wtedy będziemy je lepiej widzieć.
- Powiedziała Hamaków? - zapytał Korek zerkając na pływające w wodzie stworzenia. - Świetnie.
- Humbaków - poprawił Spooky.
Korek zignorował go i ruszył za panią przewodnik.
Wtem, usłyszeli donośne szczekanie, oto bowiem pies Spooky przybiegł i zaczął łasić się do nogi Spookiego. Poczuł jednak coś dziwnego, tj. wielorybiego, wskoczył na murek basenu i zaczął się wydzierać w kierunku humbaków. Wieloryby w odpowiedzi, zaczęły pryskać wodą na wszystkie strony. Przechodząca z drugiej strony inna grupa wycieczkowa prowadzona przez inną panią przewodnik została zaskoczona tą nagłą furią wielorybów. Korek również nie ustrzegł się przed falą zimnej basenowej wody.
- Spooky!! - wyryczał Korek, natychmiast odwrócili się w jego stronę Spooky - Czego? - oraz pies Spooky - Hauuu, wrrrr? - zgodnie odparsknęli, wnet jednak pojęli o co chodzi. Korek stał przed nimi, jego kapelusz oklapł pod naporem wody, a po skórze woda lała mu się strumieniami. Pies skulił uszy, Spooky spuścił głowę, natomiast Korek postąpił krok do przodu, a z jego butów wylała się woda.
- Co się tu dzieje? Kto jest właścicielem psa? - zapytała pani przewodnik innej grupy wycieczkowej
- On - zgodnie odpowiedzieli Vatykanin i Korek.
- Spooky dość tego, bierz psa i wyprowadź go stąd - zaczął Korek, zanim pani przewodnik zdążyła zbesztać ich obu.
Po chwili wycieczka znalazła się pod ziemią, naprzeciw szklanej ściany basenu.
- A czy te wieloryby nie powinny być w oceanie? - zapytał jeden z wycieczkowiczów.
- Naturalnie - odparła przewodniczka - co jakiś czas jednak musimy wziąć parę, aby gatunek przetrwał. Humbaki są bowiem na wymarciu. Powróćmy jednak do ich obyczajów...
- Lubią jak się z nimi pływa w kimonach? - domyślił się jeden z wycieczkowiczów.
- Nie, a dlaczego pan pyta?
- Dlatego - pokazał.
Z wnętrza basenu pomachał do nich Spooky. Kimono falowało wokół niego jak meduza. Korek ukrył twarz w rękach.
Przewodniczka wybiegła na zewnątrz, a za nią sznurkiem cała wycieczka i Korek. Spotkali stojącego na krawędzi basenu ociekającego wodą Spookiego.
Pies Spooky tym razem biegał wokół nie niepokojąc nikogo.


- Co pan sobie myślał? - naskoczyła na Spooky'iego opiekunka wielorybów - mogły się Pana wystraszyć i... - przyjrzała się dokładniej żałosnej postaci zmokłego Vatykanina. - No dobra, nie mogły się pana wystraszyć.
- Ta Humbakowa jest w ciąży - stwierdził Spooky.
To było dla Korka zbyt wiele.
- Spooky... ty chyba nie... ty świńtuchu... - jęknął.
- Do cholery, nie - Spooky wykazał się znajomością obyczajów tego okresu. - To sprawka pana Humbaka - zastrzegł się. - Ja tylko pływałem.
- Skąd pan o tym wie? - zdziwiła się przewodniczka.
- No... Chyba wiem, że pływałem? Nie?
- Skąd pan wie, że ona jest w ciąży.
- Zapytałem tamtego pana - pokazał na sprzątacza z miotłą przy krawędzi basenu. Facet pomachał mu i uśmiechnął się.
- Aha - uspokoiła się Sophie. - Mówiłam mu, żeby tego nie rozgadywał.
- A Humbakowa potwierdziła, że to prawda - dodał Spooky.
Korek omal się nie udławił.
- A może poszlibyśmy gdzieś indziej, bo widzisz mam do ciebie sprawę... - wtrącił podchodząc do Sophie. Z ulgą zauważył, że nie dotarły do niej ostatnie słowa Spookiego. Obiecał sobie zrugać ostro kapłana za taką nieroztropność - przecież takie wieloryby Hamaki nie rozmiawiały chyba z byle przechodniem. Ludzie mogliby się domyślić, że Spooky jest przedstawicielem Kościoła Zjednoczonych Planet.
- Jaką sprawę - odparła zdziwiona Sophie.
- Co? - mruknął Korek.
- Mówiłeś, że masz jakąś sprawę.
- Aha. Bo widzisz, chcielibyśmy od ciebie pożyczyć tę parę Hamaków - wyjaśnił Korek.
- Jak to pożyczyć, a po co wam one? - Sophie jeszcze bardziej się zdziwiła.
- No cóż, obawiam się iż będzie to dłuższa historia - próbował wykręcić się od odpowiedzi Korek.
- Gdzie pojedziemy? - bronił się dalej przed odpowiedzią Korek.
- Może do włoskiej restauracji - zaproponowała Sophie.
- Doskonale. Lubisz włoską kuchnie Spooky? - bronił się dalej przed odpowiedzią Korek.
- Myślę że nie - odparł Spooky.
- Lubisz prawda? - dopytywał się Korek.
- Nie, nie lubię - odpowiedział ponownie Spooky.
- Lubisz - powiedział Korek tym razem ostrzejszym tonem. - On bardzo lubi włoską kuchnię, tylko się tak droczy - wyjaśnił.
- Aaa... tak lubię, bardzo lubię - zrezygnowany odpowiedział Spooky. - To część tego wczuwania się w epokę? - zapytał szeptem Korka.
- A jeśli chodzi o wieloryby... - kontynuował rozmowę z Sophie Korek zupełnie ignorując Spookiego.


Teraz Korek wraz z kujonem Spooky jadą samochodem Sophie do włoskiej restauracji. Czy uda im się przekonać ją, aby oddała wieloryby? Czy Czkawka zdobędzie energię na start statku? Tego dowiecie się zaraz po kolejnej przerwie na reklamy. Zostańcie z nami.




Góra Strony

www.sfiction.of.pl
fantastyka na wesoło

hotel warsaw hotel krakau hotel cracow warszawa hotel hotele kraków noclegi pomorskie
Caracas hotels reservations Asuncion hotels reservations