Świętastyka

Korran the Barbarzyńca

strona główna



fantastyka na wesoło

the Barbarzyńca


Korran the Barbarzyńca

część I

część II


Możesz dopisać dalszą część opowiadania - to bardzo proste. Niemile widziane są ortografy i innego typu byki - będziemy je w miarę możliwości poprawiać.

<< powrót do strony głównej


Korran the Barbarzyńca

w tej roli Arnie Schwarzcharakter



Mówią o nim różnie: Korran the Barbarzyńca, Korran Niszczyciel, Korran Niedościgniony albo nawet Ej-ty-tam. To on - dzielny wojownik, który potrafi przeskoczyć nawet najwyższy płot, jest szybszy niż pijany zając, przystojniejszy niż zombie, mądrzejszy niż... e... ehm... Więc, jak już mówiłem, ten dzielny barbarzyński wojownik zagościł na naszych stronach.



Dawno, dawno temu, w odległej krainie Ciemierni młody, muskularny i (w swoim mniemaniu) niegłupi Korran the Barbarzyńca podjął szybką decyzję. Wyskoczył z łoża, złapał dwuręczny miecz i wybiegł przed chatę, by oddać się porannej porcji joggingu.
Na skraju lasu przypomniało mu się, że zapomniał zjeść śniadanie. Głodny i zmęczony zatrzymał się przed drzwiami gościnnego zajazdu "U Liczykrupa". Rękojeścią miecza zapukał do okutych drzwi z niecierpliwością oczekując wymarzonego jadła.

(Magness)

Niestety przez pół godziny nikt nie otwierał. Korran postanowił pójść na tyły gospody. Po lewej stronie były oczywiście drzwi do prywatnej części zajazdu - domu samego Liczykrupa, a po prawej ... drzwi do chlewu, gdzie świnie przeznaczone na najbliższy tydzień właśnie spożywały przy korycie swój jakże obfity jak na Liczykrupa przystało posiłek ...

(Tojot)

Na wprost znajdowały się natomiast wierzeja stajni. Wierzeja uchylone, których jedna połowa smętnie kiwała się poskrzypując na wietrze. W powietrzu czuć było zapach czegoś niesamowitego, strasznego. To musi być świńskie żarcie - pomyślał Korran, bawiąc się od niechcenia rękojeścią swojego magicznie nasyconego miecza nazwanego przez czysty przypadek Świniobijem (gdyż zadawał dwa dodatkowe punkty obrażeń rzeźnickich wszystkim trafionym świniom). Drugą ręką drapał się nasz bohater po głowie, jednocześnie patrząc z wyraźnym niezdecydowaniem na troje drzwi.

(geo)

Po kilkunastu godzinach, gdy słońce schowało się za las, a mrok wypełzł spomiędzy drzew, nasz dzielny Korran podjął nagłą decyzję i ruszył w stronę otwartych wierzei pośrodku...

(Magness)

Pierwszą rzeczą, ktorą zobaczył po wejściu do stajni była...ciemność. Przez głowę przebiegła mu jakże błyskotliwa myśl: "ups..chyba już poźno..". Po dłuższej chwili jego wzrok przyzwyczaił się do mroku i oczom jego ukazały się (czego trudno było oczekiwać w stajni) konie... Jeden z nich podniósł łeb znad owsa, przeżuł to co miał w pysku (był dobrze wychowanym koniem - nie mówił z pełną twarzą) i spytał krótko: "Czego?!"...

(koonik)

Korran wypuscił z ręki miecz, który spadając ogodził go w stopę (coolnij 2k6). Dodatkowe 2 punkty obrażeń dały mu do myślenia... Kwiknął z bólu i wybiegł...

(ai)

Wpadł w szał... Wybiegając trącił barem jednego goblina. Pod wpływem tego traumatycznego przeżycia zorientował się gdzie jest. Nagle zoczył, że goblinów jest więcej (niestety nie umiał liczyć). Jedyne co jeszcze sobie zakonotował to fakt, że gobliny owe trzymały w łapskach piękną niczym dwa ogry (a wiadomo, że jeden ogr jest brzyd... ładniejszy od drugiego) dziewuchę. Była umorusana, szczerbata, ale na głowie miała koronę, co identyfikowało ją jako członkinię któregoś z królewskich rodów...

(Manu)

Trzeba wam wiedzieć, iż Korran był nieco...ekhem..krótkowzroczny...a że zapomniał dzisiaj swoich szkieł kontaktowych (a co?!wyobrażasz sobie bohatera w okularach?!... pomyśl troche), więc miał pewne problemy z ocenieniem wyglądu owej niewiasty. Bogiem a prawdą to on nawet pewien nie był czy to niewiasta, ale wydedukował (drugi raz w swoim życiu), że skoro jest w rękach goblinów (na jednego wpadł więc udało mu się rozpoznać po kshtałtach i smrodzie że to goblin), to musi to być niewiasta....a fakt że posiada na głowie jakiś błyszczący pszedmiot ("korona" - zabłysnął inteligencją Korran), to rzecz staje się warta zachodu... "tak!" - pomyślał Korran.. - "uratuję ją!!"...

(koonik)

Wyciągnął swój miecz i... upadł.
- Kurna, za stary jestem na noszenie tego żelastwa... muszę kupić coś lzejszego... - pomyślał.
Chwycił leżącą nieopodal gałąź i zamachnął się. Niestety, przez swoją wadę wzroku, chwycił nie gałąź, lecz węża, który w złości za zbudzenie ze słodkiego snu ukąsił boleśnie Korrana...

(Elfka Di :))

Ugryzienie okazało się wyjątkowo bolesne. Jad podłego węża był niewątpliwie zatruty... Korran zasnął...

(Wilku)

Powolutku otworzył oczy. W chwilę potem do jego uszu dobiegła przepiękna muzyka.
- Na wielkiego Chruma! Co to za pitolenie?! - obrócił się i ryknął prosto w...
..grupę przepięknych, skąpo ubranych młodych kobiet. Uśmiechały się przez chwilę, lecz po jego okrzyku zrobiły miny jakby im ktoś pozdzierał resztki ubrań, które na sobie miały.
- Skąd ja się tu wziąłem?
Usłyszał stukanie drewnianej laski o ziemię.
- Ehkem - zagaił niewielki zaszuszony staruszek.
- Taaa? - Korran słynał z szybkiej konstrukcji bardzo trudnych pytań.
- Synu! - powiedział starzec trzęsąć siwą bródką - Są na świecie rzeczy, których nie zrozumiesz. Rozumiesz?
- Nie! - odpowiedział Korran.
- A więc dobrze. Idź i przekaż innym aby zrozumieli. A gdy już skończysz wróć do mnie, a te kobiety będą należeć do Ciebie.

(szelest)

Na twarzy Korrana odmalował się wyraz intensywnego wysiłku... jego jedyna szara komórka (z braku innej możliwości) obijała się o ścianki czaszki, licząc na jakis przypływ inteligencji... Jej modlitwy chyba zostały wysłuchane, gdyż Korran nagle podniósł głowę na staruszka, z jego twarzy zniknął wyraz skupienia, w oczach zabłysło coś na kshtałt inteligencji (no wiecie... tak jak czasem u zwierząt... ma się wrażenie, że Burek rozumie co do niego mówisz...), a na usta wypełzł grymas zadowolenia.
- Dobrze - powiedział.
Staruszek odczekał jeszcze chwilkę, jakby łudził się, iż Korran doda coś jeszcze, po czym z lekko zawiedzioną miną pstryknął palcami... i w tym momencie Korran zniknął.

(koonik)

... zanim zorientował się, że jest mu zimno, uczucie to zniknęło. Korran stał przez chwilę oszołomiony, bezskutecznie próbując dojść tego, co się wydarzyło. Źle zrobił. Nagle ujrzał lecące na wysokości jego szyi wiosło. Nim zdążył zareagować, dosięgło go ono, przecinając tętnicę szyjną.
Tak oto największy heros dawnych i zapomnianych czasów, miotany przez swe krótkie życie kaprysami losu, zakończył swą wędrówkę po tym łez padole. Zwyczajnie i prozaicznie zginął... Miejmy go w swej pamięci. Amen.

(Hjo)

Otworzył oczy. Znajdował się w jakimś ciemnym, pustym miejscu.
Nagle zauważył staruszka, który pokręcił głową z niedowierzaniem
- Tym matole - warknął.
- Kto tu jest matołem!!?? - wściekł się Korran.
- Dobra, dobra, spokój. Wracaj i wykonaj swoje zadanie. Rozumiesz?
- Nie - wzruszył ramionami Korran.
- I oto właśnie chodzi, synu - ucieszył się staruszek.

Dziadek pstryknął ponownie palcami i ponownie Korranowi zrobiło się zimno. Wylądował w wodzie i tym razem udało mu się złapać wiosło. Morky i zły na wszystkich wkroczył na okręt.
- Halo, jest tu kto? - zapytał rozglądając się po pustym pokładzie.

(Magness)

Statek nie wyglądał najlepiej. Jeśli ktoś na nim pływał, musiał uwielbiać bałagan. I potargane żagle. Flaga z trupią czaszką powiewała złowrogo w górze.
Korran oparł się o jeden z masztów. W jego niewielkim mózgu pojawiła się radosna myśl. On sam jeden i tyle pięknych kobiet. Pomyślał o upojnych nocach z dziewczętami - i tych wszystkich pozycjach, które poznał w zamorskich krajach. No dobra - poznał jedną. Nie bez powodu przezywano go Korran NaJeźdzca.
Po chwili słup o który się opierał trzasnął i pękł w połowie.
- Na Chruma! - wysyczał.

(szelest)

Odwrócił się byskawicznie w sam czas by zdążyć zauważyć jak walący się maszt uderza o pokład rozłupując go na dwie części. Bliższy koniec upadającego masztu nagle szarpnął się do góry zaczepiając o Korranową uprzęż do dodatkowych głowni magicznego miecza. Korran poleciał ze znaczną prędkością wznoszącą na południe. Wyjął zza pazuchy gogle spawalnicze i chusteczkę, przetarł jedno drugim, po czym wyrzucił gogle i wsadził chusteczkę na nos. Zrobiło się ciemno.

(geo)

"Ciemność... widzę ciemność..... ciemność widzę...." - powiedział Korran.
Odpowiedziała mu Cisza....
"Czy można stąd zadzwonić na miasto??? Małżonka się niepokoi!!!" - po raz drugi powiedział Korran.
I znów odpowiedziała mu Cisza...
Postanowił poczekać..........

(LouisCyphre)

Czekał.....i czekał...dalej czekał......i wciąż czekał.....po dłuższej chwili postanowił że wypadałoby coś rzec...no to powiedział: "spadam stąd".
I spadł.

(koonik)

Gdy podniósł się na nogi, zauważył, że znów wstał ranek. Znajdował się na wyspie, która byłaby bezludna, gdyby nie pewien kudłaty osobnik tańczący przy ognisku.
- Kim jesteś? - zapytał Korran podchodząc bliżej. Schował chusteczkę i zerknął przez ramię - daleko na horyzoncie statek piratów zanużał się powoli w odmętach. "Sporą drogę przebyłem" - pomyślał barbarzyńca.
- Jestem Tony Hanks Robinson - kudłaty jegomość przerwał taniec. - A ty być kto? - zapytał.
- Ja być Korran - odpowiedział zgodnie z prawdą Korran. - Korran the Barbarzyńca.

(Magness)

A potem był las. Dziwny las. Gdy Korran tak sobie pszez niego szedł co chwilę wyskakiwało coś z krzaków i po chwili znikało. Najczesciej były to jakieś przerośniete mrówki czy coś w tym guście... Jedynym co przykuło jego uwagę byli dwaj faceci w dziwnych sukienkach (jeden w czarnej, drugi w czerwonej), którzy biegli z dziwnymi mieczami, świecącymi się na czerwono jeden, na zielono drugi i wydającymi dziwne odgłosy w stylu "bzzzzzzzzzzzzzzt", "bżyyyyyyyyyyyyuuuuum", "zyyyyyyyyyyyyyyyt" itp. Ten koleś w czarnej sukience miał na dodatek czerwoną twarz w czarne paski ("Musiał długo siedziec na słoncu, hehe" - pomyślał Korran) i małe rogi na całej głowie (z 7 ich było)... Po chwili nie było po nich śladu i tylko przez chwilę niosło się po lesie: "dżedaj!!..pogodi!!......"...

(koonik)

- Kim oni byli? - zapytał Korran podążającego za nim Robinsona.
- To tubylcy - wyjaśnił T. H. Robinson tonem znawcy. - Są niegroźni. Tylko biegają, krzyczą i mówią różne rzeczy.
- Różne rzeczy? - dociekliwy Korran zatrzymał się i zerknął przez ramię na towarzysza wędrówki.
- No... "Jestem twoim ojcem", "Niech moc będzie z tobą" i takie tam bzdury.
- Aha - mruknął Korran.

(Magness)

Robinson otworzył był już usta, by coś wyrzec, gdy jego głowa oddzielona od tułowia świetlnym ostrzem wylądowała na kępie paproci. Auć - powiedziała kępa paproci. Głowa nie powiedziała nic.

Obok Korrana stanął czerwono-czarnolicy tubylec.
- Dzień dobry - powiedział - przykro mi to mówić, ale w tej historii zło zwyciężyło. Każdy, kto pozostał przy życiu, musi się pogodzić z faktem,że resztę życia spędzi pod jarzmem i batem przedstawicieli Darksajdu.
Korran, zbity z pantałyku, podrapał się po pustej czaszce.
Po niebie przeleciało stadko kruków.
Zagrzmiało.
Zaczął padać deszcz.
Scena była pełna napięcia.

(Monkis)

Przez chwilę nic się nie działo... Nagle Robinson poklepał Korrana po ramieniu... ten podskoczył i obrócił się. "Czego?!" - rzucił. Robinson w wyciągniętej ręce trzymał coś, co wyglądało jak krótkie, metalowe coś. "To jest taki miecz jak mają oni... jakoś dziwnie go nazywają... ale my mówimy na niego poprostu KISIEL... weź go... i walcz..". Korran wziął do łapy to coś...przez chwilę patrzył na to... i podrapał sie po łbie (co spowodowało małą panikę wśród wszy)... "Ta-ak?!" - zapytał po dłuższej chwili Robinson... czerwonolicy przybysz miał trochę zniecierliwiony wyraz twarzy, mruczał pod nosem o jakimś spotkaniu... o jakimś "Anakajnie"... czy jakoś tak... "Co się z tym robi?" - zapytał Korran po kolejnych dłuugich 5 minutach przenikliwej ciszy... "O tu jest guziczek" - pokazał Robinson... "A teras ić..niech mocz będzie s tobą..".

(koonik)

Korran zajrzał do środka miecza od góry i jednocześnie wcisnął guzik. Pomarańczowo-fioletowy promień wystrzelił przy akompaniamencie basowego "bzzzzzzzt". Dotarł jednak w górę na odległość grubości paznokcia Korrana i zgasł. Ha! Wyczerpały ci się baterie! - zakrzyknął rogaty tubylec po czym odpalił swoją laserową kosiarkę do trawy i ruszył wśród padających połaci zielska z mrocznym śmiechem na Korrana. Korran natychmiast przystąpił do ucieczki, lecz po kilku krokach światło zaczęło przygasać. Po chwili spędzonej w całkowitych ciemnościach Korran zauważył, że znów się rozjaśnia. Zdębiał i zaklął szpetnie - znajdował się obok posiadłości Liczykrupa pośród trzech drzwi; na prawo chlewik, na lewo dom kupca, a na wprost...stajnia w której cztery konie w najlepsze grały w pokera na podkowy. "Osh, tfu!, osz kurde!" - powiedział Korran po czy ruszył do przodu.

(geo)

- Konie?! - zdziwił się barbarzyńca.
- Człowiek? - zdziwił się koń.
- Jestem Korran Zuchwały - przedstawił się buńczucznie barbarzyńca.
- Nigdy nie byłem w Uchwale - rzekł drugi z koni.
- Uchwała leży dość daleko, mój drogi - odpowiedział trzeci z koni.

(szelest)

Korran był bardzo skołowany po tych wszystkich głodowych halucynacjach, które mu się wydawało, że zobaczył, a że brzuch mu zaczął znowu burczeć, postanowił wrócić do pierwotnego planu – planu najedzenia się... poszedł zajrzeć do świńskiego koryta, które było na wyciągnięcie ręki... schylił się... lecz świnie, które dostawały od Liczykrupa „dużo” jedzenia, były wyraźnie zaniepokojone...

(Tojot)

Świnie popatrzyły na Korrana swoimi łaknącymi krwi, czerwonymi ślepiami. Barbarzyńca nie wytrzymał spojrzenia, musiał odwrócić wzrok. Odszedł kilka kroków i zaczął był się zastanawiać. Zanim doszedł do jakichkolwiek wniosków (a trzeba tu nadmienić, że prawdopodobnie do żadnych wniosków i tak by nie doszedł), świnie rzuciły się na niego z przerażającym kwikiem. "Wścieklizna" - pomyślał (!) Korran. Mylił się.
To były świniołaki.
Sięgnął po broń.

(Monkis)

Z głośnym okrzykiem: "Na Chrumaaaa!!!" runął na atakujące go potworne stworzenia. Runął dosłownie, gdyż lewy sandał zaplątał mu się w sznur od snopowiązałki zalegający podwórze pomiędzy stajnią a chlewem. Świniołaki dopadły splątanego zwoju sznurka, sandałów, kilimu i zgrzebnej koszuli. Dwie bestie złapały oszołomionego Korrana pod ramiona a trzecie ze złośliwym błyskiem w oku zaczęła szarpać barbarzyńcę za słomiankę w której nosił pamiątki z ojczyzny.

(geo)

Po chwili zawziętej walki (w ktorej wygrywały chrumy) zapadła ciemność...a potem swiatło... staruszek odwrócił się... "Cholera!!!to znowu Ty?!!!"... "Zaczynam się poważnie zastanawiać, czy dobrze zrobiłem biorąc cię do tej misji... no nic... spadaj... i wiesz co?... jeszcze raz tu wrócisz to nie bedzie żadnych kobiet... tzn będzie jedna - Ty!!".
"Yy..ale ja nie jestem kobietą..." - poskrobał się po głowie Korran. "Jeszcze nie... ale jeśli tu wrócisz to będziesz!!" - powiedział złowrogo staruszek...

(koonik)

Świniołaki o zakrwawionych ryjkach rozglądały się zdezorientowane w pustym chlewie. Jeszcze przed chwilą widziały tutaj - trochę łykowate, ale zawsze - mięsko, a teraz Korran rozpłynął się w powietrzu.
Biedne świniołaki oblizały ryjki z krwi i pokładły się w sianie. Nagle jasna poświata zalała chlew. Gdzieś w tle dało się słyszeć anielskie chóry.
Z drapieżnym uśmiechem na środku stajni pojawił się uzbrojony w Świniobija Korran the Barbarzyńca.

(Magness)

Wywijając ze świstem swym orężem, Korran (TM) runął, niczym grom w blasku swej chwały, niszcząc, miażdżąc i dłubiąc, na przerażone świniaki, które to z przerażenia robiły na ziemię (albowiem jatek nie miały, wieśniaki), jedynie kwikiem przeraźliwym dając pamiątkę swej zagładzie.

(manu)

Ostatni ze świniołaków, ślizgając się w krwi zabitych współbratymców krzyknął:
- No, please!!
Korran zawahał się.
- A kto ty jesteś?
- Ja jestem biedny świniopas - jęknął świniołak, który okazał się być człowiekiem.
- Aha - mruknął Korran.
Miecz opadł.
Krew popłynęła po posadzce.

(Magness)

Korran podrapał (wszy i pchły znowy musiały się schować) się po głowie i zaczął się zastanawiać co to znaczy świniopas. Zanim do tego doszedł poczuł czyjeś zęby na szyji...

(Rea)

... nagle świat zaczął dziwnie wirować. Korranowi zaczęło ciemnieć w oczach i gdyby potrafił wymówić takie trudne słowo mógłby powiedzieć, że opuszcza go świadomość. Już by się nieborak ponownie wrócił do dziadka, gdzie niechybnie czekała go nagroda w postaci zostania najnowszą wychowanką haremu - gdy wtem coś nagle uwaliło tę paskudną pijafkę wraz z przytroczonym do niej Korranem.
- Kie licho ??? - zapytał z wrodzoną mu ogładą barbarzyńca.
- Właśnie uratowałem ci życie! - odpowiedział mu jegomość z jakimś dziwnym patykiem w ręku.
- Kim jesteś i na co ci ta wykałaczka? - ponownie zadał pytanie Korran.
- Jestem Blady pochodzę z krain Nocy. Jestem tu po to by nieść misję, by tępić wompiry, by...
- Dobra, dobra. Daj se siana. Nadajesz jak radio marydzyja. Lepiej mi powiedz co to za badziejstwo przyssało mi się do szyji??
- Już mówiłem wompir. Pokonałem go tym o to nieświętym drzewem osiki.
- O sikać mi się chce. Lepiej więc spadaj leszczu, bo jak sie zamachnę moim nieświętym ostrzem "na-pogtomców- wompirów-i-inne-takie- badziejstwo-włóczące-się-po- świecie-i-mnie- wpieniające"
- Dobra, dobra. Weź tylko ten miecz. To mały prezencik od dziadka. Miesławny Zwiastun Niepogody.
Korran miał już posłać Bladego tam skąd przyszedł jednym machnięciem swego buta, gdy pomyślał, że ten dziadek może się nieźle wkurzyć jak to zobaczy, a to z pewnością źle się skończy dla jego zwieraczy. Postanowił więc wspaniałomyślnie przyjąć podarunek.
Lecz gdy tylko przyjął miecz...

(Hawkmoon)

..cos zazgrzytało, zajęczało, miecz się poruszył i....zaczął mówić (na ostrzu wylazły mu takie małe kaprawe oczka i krzywo uśmiechnięta mordka) : "Dzisiaj szanowni panśtwo nad nasze rejony zbliża się front atmosferyczny znad Ramptopów, co może oznaczać ogromne opady żab w trampkach.." - zaczęło padać... Korran z pewnym zniecierpliwieniem i z dużą dozą zdziwienia zdjął sobie małą żabe w czerwonych tramkach z twarzy... - "Natomiast jutro - zaczął znowu miecz - jako że sfory różowych hipopotamów z Mandżurii przesunęły się wzdłuż równika którego nie ma na północ, ktorej nie ma tym bardziej, to Wielki Niepokonany I Wielce Szanowny Pan Stefan (no wiecie... ten cieć z muzeum po drugiej stronie ulicy...) schleje się co zapewni nam stałe opady przekleństw i innych takich... Tymczasem...." ...miecz nie dokończył... prawdopodobnie zostało to spowodowane przez "zamknij się" wypowiedziane przez Korrana... albo przez walnięcie nim (mieczem) o ścianę... również spowodowane Korranem... w każdym razie jedno z tych dwóch...

(koonik)

I w tym właśnie momencie nastąpiła wielka eksplozja, która zmiotła niemal wszystko w zasięgu wzroku Korrana z powierzchnmi ziemi. Barbarzyńca z wielkim zdziwieniem stwierdził jednak, że jemu nic nie jest, a miecz który trzymał jeszcze przed chwilą w ręku rozpłynął się w nicość (a przynajmniej tak mu się wydawało, bo tak na prawdę to Korran jeszcze nigdy wcześniej nicości nie widział). Z dziwnych nieoczekiwanych zmian jakie nastąpiły w otoczeniu Korrana, wymienić jeszcze można pojawienie się niewyskiego jegomościa, z lekka zgarbionego o nieco nędznej twarzy, którego zdaniem każdej pozostałej jeszcze przy życiu komórki mózgowej Korrana, wcześniej tu nie było.
Po chwili namysłu Korran postanowił przywrócić naturalny bieg rzeczy, więc zamachnął się swym mieczem na coś, co nie miało prawa tu być. Zanim jednak zdążył dokonać separacji lewej strony ciała przybysza od jego prawicy (co z pewnością zakończyłoby się dla przybysza koniecznością wizyty u krawca), wykonał unik i zawołał:
- Hola hola. Jestem wielce wdzięczny za uratowanie, ale nie do tego stopnia aby dać się rozpłatać byle przygłup... znaczy się szlachetnemu memu zbawcy.
- Co?? A ty kto?? - zapytał jak zwykle elokwentny Korran.
- Kto ja? Ja tam jestem nikim... ale jeśli już musisz wiedzieć - dodał przzybysz po chwili refleksji wywołanej szybkim przemieszczeniem się Korranowego miecza w swoim kierunku - jestem Hrabia Astralnej Niszy Samotnie Oglądanej Lunety Okularem, lub w skrócie HAN SOLO.
- Ta? A skąd ty tu?
- A gdzie niby mam byc ty krety... znaczy się wielmożny panie. Byłem w bardzo ważnej misji, gdy jakiś staruch podstępem mnie zwiódł na swoją wyspę, na której niby pełno pięknych kobiet. A tam czarami zamknął mnie w tym mieczu co wcześniej nim tak wymachiwałeś,że aż pękł. Z tego wynika więc że powinienem być ci wdzięczny za ratunek. Dzięki więc, lecz muszę wracać do wykonywania swej niezmiernie ważnej misji. Zastanawiam się czy nie mógłbyś mi w tym pomóc??
- Kto ja?
- Nie ścierwo gównojada ty matole, Oczywiście że ty, chyba, że masz coś ciekawszego do roboty?
- YYYYyyyyyyyyyyyyy - zastanowił się Korran - chyba nie mam.
Przyjaciele, jak się przynajmniej Korranowi zdawało, wyruszyli w ciężką pełną przygód i wyzwań drogę.

(Hawkmoon)

Szli, szli i szli...
Aż doszli do wielkiego, głebokiego dołu.
-To tu-powiedział HAN SOLO.
-Co to tu??-odpowiedział błyskotliwie Korran.
-Doszliśmy... jesteśmu w piwnicy.-dumnie stwierdził HAN SOLO.
-Po co my to tu??
-Mam misje do spełnienie. Musze przynieść słoiczek z ogórkami kiszonymi dla tego starucha...
-Spox.-odpowiedział Korran
Gdy tak sobie gadali o wszystkim i o niczym szukając słoiczka,nagle usłyszeli głos...
-Dam wam wybór jakiego sam nie miałem...
Gdy Korran to usłyszał to stwierdził (wow on coś stwierdził!!!!)
-Że what??
a głos na to...


(Rea)

- No kiszone czy konserwowe. No bo ja nie miałem takiego wyboru, no bo jak ja tu przyszedłem jeszcze nie było tu ogórków konserwowych a teraz są. więc daję wam wybór. Więc jak?
- Co jak? - trochę na odczepkę zapytał się Korran
- Pyta się jakie weźniemy ty głą... znaczy się wielmożny Korranie.
- Aha -udał że cokolwiek rozumie barbarzyńca
- Więc jak może chcecie i take i takie ale to będzie was podwójnie kosztowało.
- Kosztowało??? Eeee. Staruch powiedział że będzie za daarmo. Wiesz tax free i w ogóle...
- Co tax freee, co tax freee??? a ty myślisz że te ogórki to sobie same tak sobie rosną?? a potem to niby co same się do słoików ładuję hę??? Nie ma tak dobrze...
- Już dobra jużdobra a czego chcesz w zamian???
- No więc na przykład... no nie wiem dziewiczego runa???
- Co??? - rozumiejąc jak zwykle niewiele Korran.
- No wiesz takiego runa co jest dziewicze.
- A co to jest \"dziewicze\"?
- No wiesz...
- Dobra, dobra koniec tej lekcji wychowania seksualnego - przerwał mocno zniecierpliwiony jużtą całą sytuacją Głos - Ruszajcie po to runo bo ja nie mam czasu na bezcelowe świergotanie.
- Ale gdzie my mamy znaleźć to runo??
- No nie wiem słyszałem że ostatnie takie jest jeszcze na wyspie Argonałtuf. Ostrzegam was jednak, że dotarcie tam jest wyjątkowo niebezpieczne i wymaga szczególnego zabezpieczenia się, gdyż pilnują go wyjątkowo wredne karły o imieniu Karol.
- Karły o imieniu Karol???? - przestraszył się nie na żarty HAN SOLO
- Nie martw się o nas. Zabezpieczenie to moje drugie imię - odrzekł dumnie Korran wyciągając w górę swój miecz.
- Taaaa?? - zdziwił sie HAN SOLO - nigdy nie mówiłeś, że na drugie masz Kondom???
- Dość tego badziewienia mi tutaj ruszajcie natychmiast.
- ale w którym kierunku?
- A co ja jestem? atlas czy jak? skąd ja mam wiedzieć sami się dowiedzcie.
I tak nie bardzo wiedząc gdzie i którędy i nie bardzo wiedząc jak przyjaciele wyruszyli na poszukiwanie dziewiczego runa na wyspę argonałtuf, gdzie strzegli go karły o imeniu Karol, wyjątkowo wredne na dodatek.













Góra Strony

www.sfiction.of.pl
fantastyka na wesoło

hotel warsaw hotel krakau hotel cracow warszawa hotel hotele kraków noclegi pomorskie
Caracas hotels reservations Asuncion hotels reservations