Okazuje się, że w Dolnym Wrzeszczu można dobrze zjeść. Piszę tak o tej dzielnicy przez złośliwość, bo jedynymi miejscami serwującymi jedzenie były tam jedynie budki z fast-foodem. A już od jakiegoś czasu na ulicy Waryńskiego działa bardzo przyjemny i tani bar. Smakosza umiejscowiono w centralnym punkcie między placem Komorowskiego a torami SKM, na narożniku Waryńskiego i Danusi.

Wnętrze baru jest bardzo sympatyczne. Schludne stoliki, wygodne kanapy i krzesła. Ściany zostały obłożone kaflami w tonacjach błękitnych. Jednak sprawą, która wymaga podkreślenia, jest czystość, czystość i jeszcze raz czystość. Coś niesamowitego ! Nazwa baru okazała się adekwatna do treści menu. Uwagę moją skupiły jeszcze przed założeniem zamówienia tzw. Produkty garmażeryjne.

T
o, co przygotowali w Smakoszu, w niczym nie przypominało rozłażących się sałatek jarzynowych z paskiem przezroczystego majonezu. Kanapki kusiły świeżością, a na tych z serem nie "pocił się" ani jeden plasterek. Śledzia w Smakoszu widziałem w dwóch wersjach - klasycznej, ze śmietaną i cebulką, oraz po japońsku, z jajem i majonezem. Cena żadnego ze smakołyków garmażu nie przekraczała 3 złotych. Smakosz serwuje również smaczne (i tanie, oczywiście) zupy. Gorąco polecam bogracz za 3 polskie złote. Zupa ta zaskoczyła mnie zupełnie. Spodziewałem się "przeglądu tygodnia z kawałkami parówki", a to, co otrzymałem okazało się wytworem zgoła odmiennym. Bogacz miał kolor odpowiedni, czyli pomiędzy głęboką czerwienią a delikatnym brązem. Zapach i konsystencja również nie odbiegały od poziomu wypracowanego przez pokolenia ludów zamieszkujących węgierską pusztę. Jedząc, kolejno odkrywałem fragmenty papryki, drobiny ziemniaków, krążki cebuli, kulki zielonego grochu, by w końcu spróbować maleńkich cząstek pysznej wołowiny. Palce lizać, a kucharze, którzy chcą robić bogracz, na kurs do Smakosza.

P
onieważ bogracz wprawił mnie w nastrój węgierski, zdecydowanie postanowiłem temat pociągnąć. I po raz kolejny Smakosz wyszedł mi naprzeciw. W menu umieszczono bowiem pod nazwą placek cygana, w cenie 7 złotych. Już po kilku minutach na stole wylądował półmisek z ziemniaczanym plackiem, zwieńczony brązowym sosem i śmietaną. W środku znajdował się doskonały gulasz w typie klasycznego wyrobu polskiej gastronomii, czyli półgęsto z przewagą wołowiny nad pozostałymi składnikami. Rzecz smaczna, jednak okazało się, że nie przebije swymi atutami wrażeń wywołanych przez swego dalekiego kuzyna - bogracz, który od kilku minut rozgrzewał mnie od wewnątrz. W ten sposób zostałem zainfekowany wirusem powtórnych odwiedzin, ponieważ w żaden sposób nie mogłem zaatakować pozostałych smakołyków wymienionych w liście dań. A lista jest całkiem spora. De volaille, żeberka (zachwalane przez znajomego), zupa ogórkowa i galarety muszą, niestety, zaczekać do czasu następnej mojej wizyty w Smakoszu


" Gdańsk pełną gęba"
Gazeta Wyborcza, Piątek 28 Stycznia 2000