|
Czy
natchnienie istnieje, wierzysz w to?
We wszystkich szkołach, nauczyciele przedmiotów artystycznych
do znudzenia powtarzali, że natchnienie to wymysł ludzi, którzy
albo nie mają pojęcia o tworzeniu, albo wierzą w stereotypy.
Dawali do zrozumienia, że do jakiegoś poziomu zrozumienia
Sztuki, oswojenia Jej, dojść trzeba dzięki tytanicznej pracy nad
studiowaniem natury i ciągłą nieustającą pracą nad warsztatem,
nad rozwijaniem wrażliwości. Wrażliwość, twierdzili, nie
przychodzi tak z niczego, trzeba to doświadczyć, przeżyć a to
znaczy, wykonać niezliczoną ilość szkiców, studiów olejem,
ołówkiem, węglem i innymi technikami, po to tylko, żeby nie
PRZYPUSZCZAĆ, tylko żeby WIEDZIEĆ. Czekanie na natchnienie jest
marnowaniem czasu, energii i zawracaniem, po prostu, głowy.
Czy coś się zmieniło w tym zakresie w
twoim myśleniu?
Coraz częściej doświadczam tego, że gdy siadam przed sztalugą,
żeby tworzyć pięć godzin, siedzę przy niej tylko pięć minut bez
żadnego efektu. Natomiast, gdy tak na chwilę przysiądę żeby coś
maznąć pędzelkiem, no tak dosłownie na pięć minut, to siedzę
pięć godzin i efekt jest zadawalający. Oczywiście, za kilka dni
ten efekt blednie i okazuję się, że nie zrobiłem kroku do
przodu. Druga zasada szkole artystycznej, to nie wpadać w
samozachwyt, zbyt często. Grozi to tym, że młody twórca może
osiąść na laurach. Czasami mam takie chwile, że w obojętnie, do
jakiego bym archiwum swoich prac nie sięgnął, jakie katalogi nie
przejrzał to człowiek ma ochotę siąść i zapłakać nad tym, że się
nic właściwie nie zrobiło. Że to początek drogi. Cały trud
tworzenia polega na tym, że trzeba zanegować ostatnie
osiągnięcie i ciągle patrzeć w przyszłość i w to co jeszcze się
nie odkryło.
Jakie są najbardziej niemądre pytania zadawane artystom?
Jak długo zajmuję mi namalowanie obrazu. To nie czas decyduję o
efekcie. Ale wiele różnych okoliczności.
No dobrze siadasz przed sztalugą i ...?
Zaobserwowałem u siebie kilka okresów zabierania się do
tworzenia. Na samym początku staram się wyłączyć w mojej
pracowni Generator, który zasila silny Magnes, odpowiedzialny za
nieustawiczne wypychanie mnie sprzed sztalugi, sprzed stolika z
tuszem i z akwarelami. Znam to urządzenie bardzo dobrze. To ono
zawsze włącza się w wtedy, gdy trzeba cos zrobić dobrze i
terminowo (co za straszliwe słowo!). Przykład: Gdy muszę na
wtorek skończyć portret ołówkowy dla pani Zosi, to wspomniany
Magnes odpycha mnie od ulubionego ołówka 6B na dużą odległość i
cały poniedziałek sprzątam wysprzątaną piwnice, zamiatam
zamieciony chodnik przed domem, czyli wykonuję wszelkie możliwe
czynności drugorzędne i niepotrzebne oprócz skończenia tego
portretu. Wymaga to nadludzkiego wysiłku i walki. Gdy magnes
wyłączony i czuję, żę zostałem osaczony bez możliwości ucieczki
od malowania (niech przeklęte zostaną jeszcze raz, terminy
oddania prac), zanim wycisnę farby wchodzę w etap Chodziarz
Wyczynowiec Wulgarysta. Objawia się to chodzeniem po mieszkaniu
i miotaniem pod nosem (cicho, bo dzieci mogą usłyszeć) i
zaglądaniu do pracowni, czy coś się w niej nie zmieniło. Po
dłuższej chwili staje się Wulgarystą Wyciskaczem i po
wyciśnięciu farby na paletę, pamiętając oczywiście o kolejności
na palecie: biel tytanowa, biel cynkowa. żółty kadmium jasny,
żółty kadmium ciemny, pomarańczowy, ugier jasny …i tak do czerni
sadzy. Powoli mięknie kamień w żołądku i uszy odtykają się od
nadmiaru ciśnienia, ustępuję permanentne rozdrażnienie. Jest
dobrze. Do przełamania, czyli do pierwszego maźnięcia farbą
brakuje niewiele. Żeby przekroczyć Twórczy Rubikon należy już
tylko posłuchać ,,Greatest Hits” Jana Sebastiana Bacha i już.
Twój Pierwszy sukces komercyjny? Kiedy sprzedałeś swoją
pierwszą pracę?
Pierwsza udane zamówienie odbyło się w formie bezgotówkowej. W
roku 1982 będąc w klasie 6-stej pochwaliłem się starszemu
koledze o dwa lata, portretem przerysowanym prosto z
radzieckiego miesięcznika „Ogoniok”. Była to twarz Leonida
Breżniewa. Do dzisiaj pamiętam te krzaczaste brwi, otwarte usta
i niezbyt mądry wyraz twarzy. Portret wykonany został ołówkiem w
małej formie (w formacie A6), lecz bardzo rzetelnie i
realistycznie. Od starszego kolegi dostałem za to …dwie bułki.
Zjadłem je ze smakiem, dumny z tego, że w taki prosty sposób
można zachwycić starszego kolegę, który lepiej grał w piłkę
nożną, wygrywał wszystkie bijatyki w szkole, był jednym słowem-
twardzielem, a rozczulał się nad realistycznym portretem.
Poczułem wtedy Wielką Moc...
Twoja ulubiona książka?
Książka, nad która wylałem hektolitry łez, to trzytomowy,,Potop”.
Jeżeli gdzieś jest dostępna nieprzemakalna wersja, np. do
czytania w wannie, to muszę ją mieć. Obawiam się, że przy
kolejnym czytaniu, zwłaszcza trzeciego tomu, gdzie chorąży
orszański Andrzej Kmicic, po przemianie ze szlachcica-hultaja w
szlachcica-patriotę, już jako Babinicz robi wszystko, żeby
odkupić swoje winy w oczach Oleńki Bilewiczówny, zamienię karki,
jak zwykle, w papkę.
No dobrze, to lektura szkolna. A ulubiona książka ostatniego
roku?
,,Widnokrąg” Wiesława Myśliwskiego, książka, którą czytałem
wstrząśnięty od piewszej do ostatniej karki. Historia zgubionego
buta, rytm i sposób opisania tej opowieści to największy epicki
dramat, od czasu antycznego dylematu Antygony. Przymierzanie
krawata hrabiego Mundka u panien Ponckich albo wybite oko
Kajtka! Tę książkę się nie czyta ale przeżywa!
Ulubiona audycja radiowa?
Niedzielna ,,Sjesta” Marcina Kydryńskiego w Programie Trzecim
Polskiego Radia. Ładuję akumulatory życiowe. Bez tego nie
mógłbym doczekać kolejnej ,,Sjesty”.
Ulubione filmy ostanio oglądane?
Wszystko co dobre, zostało dobrze ocenione a nawet nagrodzone
Oskarem przez Amerykańską Akademię Filmową, choć z Ameryki nie
pochodzi. Dwa ,,słoneczne” tytuły. Piewszy prosto z indyjskiego
Bollywood, ,,Czasem słońce, czasem deszcz” Karana Johara. Nie
chcę nic mówić o stanie wilgotności mojej chusteczki do ...nosa.
Nie inaczej pod względem wilgotnośći, było z obrazem Nikity
Michałkowa ,,Spaleni słońcem”, tutaj już nie było szczęśliwego
zakończenia. Wszystko co mogło się skończyć się źle, to się
skończyło. I to w przy muzyce Petersburskiego, ,,Ta ostatnia
niedziela”. W końcu się dowiedziałem, co zamierzał zrobić
podmiot liryczny w drugiej zwrotce tej piosenki...
Ulubiony muzyk?
No jasne, że dj Bach.
Wróćmy do spraw sztuki...
A musimy?
Tak. Jakie jest twoje miejsce sztuce?
W latach osiemdziesiątych zapytano wielkiego muzyka jazzowego, w
którym kierunku rozwija się jazz? ,,Dlaczego mnie o to
pytacie?”- Zdziwił się - ,,Zapytajcie o to Milesa Davisa! To on
wyznacza kierunki, ja tylko gram...”. Bardzo się cieszę, że
nigdy nie walczyłem o przywództwo w stadzie Wielkich Odkrywców
Sztuki. Każdy pojedynek o bycie samcem alfa, przegrałbym, gdybym
tylko stanął do walki. Ledwo nauczyłem się, w miarę, kopiować
naturę i czekałem aż mi wyrośnie okazałe poroże, narzędzie
niezbędne do spuszczania łomotu i podporządkowywania sobie
innych artystów. Nic niestety mi nie wyrosło. A przy okazji z
wiekiem i testosteronu coraz mniej w organiźmie, i na zapiecku
częściej przysiadam i grzeję kości. Jako samiec bez ambicji w
stadzie artystów, snuję się na obrzeżach stada i dobrze mi z
tym. Tu sobie skubnę jakąś trawkę (czyli zrobię wystawę
realistycznego malarstwa), tam rzucę okiem na samice (może
któraś oddali się od stada pod nieuwagę prezesa...) i tak powoli
i bez większego stresu toczy się moje artystyczne życie.
Dziękuję za rozmowę.
|