Spójrzmy prawdzie w oczy:
w niebecne
oczy potrąconego przypadkowo
przechodnia z podniesionym
kołnierzem; w stężałe
oczy wzniesione ku tablicy
z odjazdami
dalekobieżnych pociągów;
w krótkowzroczne
oczy wpatrzone z bliska
w gazetowy petit;
w oczy pośpiesznie obmywane
rankiem
z nieposłusznego snu, pospiesznie
ocierane
z dnia z łez nieposłusznych,
pośpiesznie
zakrywane monetami, bo śmierć
także jest
nieposłuszna, zbyt śpiesznie
gna w ślepy zaułek
oczodołów; więc dajmy z
siebie wszystko
na własność tym spojrzeniom,
stańmy na wysokości
oczu, jak napis kredą na
murze, odważmy się spojrzeć
prawdzie w te szare oczy,
których z nas nie spuszcza,
które są wszędzie, wbite
w chodnik pod stopami,
wlepione w afisz i utkwione
w chmurach;
a choćby się pod nami nigdy
nie ugięły
nogi, to jedno będzie nas
umiało rzucić
na kolana.
Dziennik poranny 1972 Stanisław
Barańczak